Wizyta u lekarza, która zmieniła moje życie

Autorka: 07:51 , ,


Wizyta u lekarza, która zmieniła moje życie - chwytliwy tytuł, prawda? Ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Są ludzie i sytuacje, które zasługują na duże słowa. I właśnie tak jest w tym przypadku.

Jednak cofnijmy się na chwilę w czasie. Mam podejrzenie, że część z Was czytając moje 10 przykazań pacjenta, mogła pomyśleć, że lekarze to dla mnie zło wcielone. A szczerze mówiąc, pisząc ten tekst byłam świeżo po wizycie u pani doktor, która odczarowała cudowny jak pryszcz na tyłku wizerunek polskiej służby zdrowia. Jednakże byłam tak wzruszona tą wizytą, że nie mogłam zebrać myśli do napisania tego tekstu. Dlatego postanowiłam wówczas wprowadzić Was w świat moich dotychczasowych perypetii z NFZ i dopiero później opowiedzieć tę historię. I wreszcie jest ten właściwy czas :).

Jakiś czas temu wybrałam się do lekarza w roli prawej ręki pacjenta. No wiecie, takiej osoby, która bierze lekarza za fraki i mówi mu: "Nie pierdziel, tylko dawaj skierowanko na badanko! ;)" Planowana godzina wizyty zaczęła się sporo przesuwać. 10,15, 20 minut..., a w mojej głowie całe stado puchatych baranków, które jak na złość właśnie wtedy chciały utulić mnie do snu. Gdy wreszcie doliczyłam do 60 (zarówno minut jak i baranków - bo te baranki dość powolne były ;), nadeszła moja kolej. Weszłam do gabinetu i pokrótce opisałam całą sytuację. Kto, co, gdzie, jak i po co. Sprawa była o tyle skomplikowana, że potrzebowałam dwóch odrębnych skierowań do tego samego specjalisty, skierowania na badanie krwi oraz recepty, którą tak naprawdę powinien wystawić lekarz-specjalista, a nie ten pierwszego kontaktu, do którego wówczas się udałam. A była to młoda, przesympatyczna dziewczyna, która wzięła sobie do serca całą sprawę i od ręki wystawiła mi wszelkie potrzebne skierowania oraz wypisała receptę. 

I mogłabym na tym tę historię zakończyć, a Wy zastanawialibyście się w duchu: "No i z czego tak się, głupia babo, cieszysz? Ot, zwykła wizyta - nic specjalnego." Ale teraz zapnijcie dobrze pasy i przygotujcie się na emocjonalny rollercoaster. Kiedy opowiedziałam o postawionej diagnozie oraz przebiegu choroby, po raz pierwszy zobaczyłam po drugiej stronie stołu człowieka, a nie lekarza, który ze stoperem w ręku mierzy, jak długo będę się streszczać. To było coś w rodzaju rozmowy z najlepszą przyjaciółką, która z przejęciem i szczerym zasmuceniem spija nasze każde słowo.  I wreszcie nie był to jeden z tych cholernych monologów, podczas których jedna ze stron patrzy na drugą jak na idiotę. Gdy po około 30 minutach (! - czujecie to? przypominam, że wizyta była na NFZ) zadowolona bardziej niż niejeden ganja farmer zaczęłam się zbierać do wyjścia, zostałam poproszona o pozostanie jeszcze przez chwilę, która jak się ostatecznie okazało, trwała kolejne pół godziny (z tego miejsca pozdrawiam wszystkich ziomków z kolejki, którzy musieli mnie ostro hejtować! :D)

I wtedy się zaczęło. Zostałam zapytana, jak z pacjentem radzimy sobie z chorobą, w jaki sposób wpływa ona na nasze codzienne funkcjonowanie i wtedy...popłynęłam. Jak zwykle zaczęło się niewinnie - mały błysk w oku, który nie wiadomo kiedy zmienił się w powódź stulecia. I nie chodziło tu tylko o to, że było mi tak cholernie ciężko z tym wszystkim, że w końcu pękłam, tylko o fakt, że wreszcie znalazł się ktoś, kogo interesowało coś więcej niż objawy - suche fakty przyklejone do kolejnej anonimowej, chorej jednostki. Już Wam kiedyś wspominałam, że strasznie nie lubię płakać w miejscach publicznych, wśród obcych ludzi, których ciekawskie spojrzenia wywołują we mnie zażenowanie do kwadratu. Są jednak sytuacje, w których wszystkie blokady puszczają i nie ma ratunku. Więc jak już popłynął pierwszy, nieco nieśmiały potok moich łez, usłyszałam przemiłe: "Proszę nie płakać, bo ja nie mam żadnych chusteczek. A nie, jednak mam!" Uff. Odetchnęłam z ulgą, mając pewność, że moja powódź nie zaleje poczekalni i tych wszystkich uczulonych na wodę morską babć :). Jak już się ogarnęłam, podziękowałam za wszystko, dodając, że po raz pierwszy spotykam lekarza, który ma w sobie tyle empatii. Na co w odpowiedzi usłyszałam, że jestem super dziewczyną.

No kurde, przy tych tekstach romantyczne sceny z Zakochanego Kundla mogą się schować ;). A tak poważnie, dzielę się z Wami tą historią, bo wierzę, że przywraca ona wiarę nie tylko w lekarzy, ale również w dobrych ludzi. Oni naprawdę istnieją. Może czasem chowają się po kątach i znalezienie ich nie należy do najprostszych zadań, ale naprawdę są :). 

Czuję w kościach, że zapamiętam tę wizytę do końca życia. I z całego serducha życzę Wam, żebyście na swojej drodze spotykali wyłącznie takich lekarzy* :).

*Moja historia to nie zachęta do uprawiania regularnego poczekalningu :D. Dbajcie o swoje zdrowie! :-) 

Ściskam!

ZOBACZ TAKŻE

13 komentarze

  1. Czytając miałam łzy w oczach! Nie wiem co Ci powiedzieć, ale wiem, że jesteś wspaniałą dziewczyną! Najlepszą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cholercia, to nie ja tu miałam błyszczeć, tylko pani doktor! :D Dziękuję Kochana! :*

      Usuń
  2. To naprawdę świetne, że udało Ci się znaleźć takiego lekarza. Oni zazwyczaj nie kojarzą nam się dobrze, ale sami dali ku temu powody. Tak czy siak naprawdę fajnie, że jeszcze są takie osoby. :)
    Ale ludzie w poczekalni naprawdę Cię chyba znienawidzili... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba ich ze świecą szukać, ale naprawdę warto :-). Hahaha :D ja się boję tam pokazać po raz drugi! :D

      Usuń
  3. Ten tekst faktycznie przywraca wiarę w lekarzy..ja ich nie lubię raczej, ale to dlatego że nie trafiłam jeszcze na takiego co by zwyczajnie po ludzku wysłuchał drugą osobę. Chociaż teraz jak chodzę na rehabilitację to mam takiego lekarza-chyba tak go można nazwać - który zawsze mnie wysłucha też przy nim płakałam i mam poczucie, że mogę opowiedzieć o wszystkim. Z tym że to terapeuta więc chyba powinien słuchać, ale jest w tym autentyczny i na prawdę stara się pomóc :)
    Wzruszył mnie Twój tekst, a lekarka ma rację że super z Ciebie dziewczyna!:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że złe opinie na ich temat są w większości przypadków uzasadnione. A lekarz, o którym piszesz to skarb :-). Cieszę się, że na takiego trafiłaś :).

      Dzięki, Daga! :* To dla mnie naprawdę cholernie ważne słowa :). Bardzo dziękuję! :*

      PS. Dużo zdrówka dla Ciebie!

      Usuń
  4. No i pani doktor dobrze Ci powiedziała, bo świetna z Cb dziewczyna! :* Dobrze, że spotkałaś takich lekarzy, a nie tych na których się narzeka :) Ja też tydzień zaczęłam od wizyty u lekarza i jeszcze jedna wizyta w tym tygodniu mnie czeka, ale w sumie też nie mogę narzekać jakoś na moją lekarkę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :* To w takim razie trzymam kciuki za drugą wizytę i życzę Ci duuużo zdrówka :-).

      Usuń
  5. Takich lekarzy jest jak na lekarstwo. Ale co tam lekarzy takich ludzi po prostu. Być może na takich w większości trafiam, ale obracam się wśród różnych i zdecydowanie za rzadko na mojej drodze stają ludzie, którzy widzą więcej niż czubek własnego nosa i korzyści jakie mogą z Ciebie mieć. Dobrze, że zdarzają się tacy ludzie i takie sytuacje, które trochę naprawiają te zepsute postrzeganie, ale za mało tego za mało. Doskonale wiem i rozumiem co przechodzisz próbując pomóc bliskiej Ci osobie. Sama jestem w takiej sytuacji i cóż trzeba być twardym, bo ktoś bardzo bliski takich nas potrzebuje, a potem w nas narasta ogromna fala żalu i bezradności, którą jak wyleje ciężko zatamować. Jesteś silna i cudowna. Mówiła ci to pani doktor, mówiłam Ci to wczoraj, powtórzę jeszcze dziś. Dużo siły dla Ciebie Mała! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Morduniu, właśnie wróciłam do domu, padam wręcz na ryjek, a tu taki cudowny, uskrzydlający komentarz <3. I właśnie dlatego musimy się spotkać - poprawić te cholerne statystyki dot. małej ilości fajnych ludzi ;). No patrz, to jesteś mi jeszcze bliższa niż mi się wydawało ;). Szkoda tylko, że tym razem łączy nas taka smutna kwestia. Jesteśmy twarde baby i damy radę <3. A Tobie....to ja nawet nie muszę tego powtarzać. Mam nadzieję, że sama masz świadomość tego, jakim jestem zarąbistym człowiekiem, naprawdę. Tobie również dużo siły! Całusy ogromne!

      Usuń
  6. Jaka perła w morzu lekarskich person...niesamowita historia :-) Wyobrażam sobie, jaki szok (pozytywny, oczywiście) przeżyłaś na tej wizycie. Przywracasz wiarę w ludzi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idealne porównanie :-) Właśnie na tym mi zależało, dziękuję :).

      Usuń
  7. Taki lekarz to prawdziwy skarb. Ja się zawsze zastanawiam jak tak siedzę jak osioł i opowiadam historię choroby, czy lekarz w ogóle mnie słucha, bo zatrważająco często mam wrażenie, że rozmyśla właśnie co zjeść na obiad i odnotowuje tylko nazwy chorób z mojego monologu ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz!:-)