Choć mój blog nie jest o seksie, to dzisiaj odpowiem na nurtujące Cię pytanie - jak zrobić sobie dobrze w zaledwie 5 minut?  

Znam sporo kobiet, które myślą, że żeby zadowolić siebie trzeba najpierw zadowolić innych - partnera, szefa, przyjaciółkę. Są w stanie zrobić wiele, by zasłużyć na ich miłość, przyjaźń, czas i uznanie. I jak się pewnie domyślacie, jest to bardzo toksyczne zachowanie z dwóch względów. Po pierwsze, w języku zdrowych relacji wyrażenie "zasłużyć sobie na..." w ogóle nie powinno występować, a zwłaszcza kiedy mówimy o szacunku.  Nie wiem jak Ty, ale ja nie muszę zapieprzać jak osioł, wchodzić nikomu w dupę ani gotować 3-daniowego obiadu, by być szanowaną. Jasne, nie mam kontroli nad tym, co ktoś o mnie pomyśli, ale to ja decyduję, czy i którą opinię wezmę sobie do serca. A poza tym najważniejszą osobą, która powinna mnie szanować jestem ja sama. I właśnie od tego trzeba zacząć.

Niby prosta sprawa, a jednak tak często:

  • Uczymy się i zgarniamy piątki tylko po to, by zasłużyć na uznanie rodziców.
  • Zakładamy niewygodne, cholernie wysokie szpilki, by usłyszeć komplement od typa, którego pierwszy raz widzimy na oczy. 
  • Albo wręcz przeciwnie, rezygnujemy z założenia ulubionej sukienki, by nasz facet nie miał powodów do zazdrości.
  • Przytakujemy innym, by zasłużyć na miano bezkonfliktowych osób.
  • Rezygnujemy z marzeń, bo ktoś powiedział, że w tym wieku nie wypada albo w ogóle kobiecie to nie przystoi.

Serio? "Zasłużyć" to my sobie możemy w konkursie literackim abo będąc honorowym dawcą krwi, a nie jako żona czy córka.

Po drugie, żeby dzielić się z innymi, trzeba najpierw samemu zgromadzić. To naturalne, że w relacji z bliskimi chcemy dać z siebie wszystko, co najlepsze. I właśnie dlatego wstajemy kwadrans wcześniej, by zrobić ukochanemu facetowi śniadanie. Potrafimy zarwać nockę, byleby wyciągnąć przyjaciółkę z tarapatów. Jesteśmy w stanie rzucić wszystko i jechać na drugi koniec Polski tylko po to, by powiedzieć: "Tęskniłam" i choć na chwilę zanurzyć się w ulubionych ramionach.
I na etapie tych mikro gestów wszystko gra, bo w końcu pokazujemy jak bardzo nam zależy, prawda? 

Problem jednak leży w naszych oczekiwaniach. Często traktujemy bliskich jak łatkę, która uratuje nasze stare jeansy.  Chcemy kochać i tę miłość dostać w zamian, ale tutaj pojawia się pytanie, czy w ogóle potrafimy nią kogoś obdarzyć? Nie chodzi mi o tę "miłość", która pada na kolana i błagalnym tonem prosi o chwilę czułości. Ani o tę, która mówi: "Zrobię dla Ciebie wszystko, choćby kosztem swojego dobra". Taka "miłość" jest destrukcyjna, a przecież miłość powinna uskrzydlać, a nie upierdalać nam te skrzydła u podstaw. Taka "miłość" to niemiłość do samej siebie.

Jak zrobić sobie dobrze? - sprawdzone sposoby



A przecież chcesz mieć fajną, zdrową relację ze swoim partnerem czy dzieckiem. Wiem to, bo sama o tym marzę. I właśnie dlatego codziennie robię sobie dobrze.  Okazuję sobie troskę na tysiące sposobów:

  • Jem zdrowo z szacunku do swojego zdrowia. 
  • Trenuję, bo chcę być jeszcze silniejsza. 
  • Chodzę od rana do wieczora w pidżamie, kiedy potrzebuję totalnego resetu. 
  • Zakładam czerwoną sukienkę, kiedy chcę się poczuć jak milion dolców. 
  • Słucham muzyki w samotności, by pozbierać myśli.
  • Śpiewam w samochodzie, bo to poprawia mój nastrój.
  • Chodzę ze sobą do kina i na koncerty, bo to daje mi ogromną energię. 
  • Podróżuję sama, by poznać siebie jeszcze lepiej.
  • Szukam inspiracji w ludziach, książkach, kiedy mam wrażenie, że żyję byle jak. 
  • Mówię o sobie dobrze albo wcale, bo dbam o poczucie własnej wartości. 
Wiem, że miłość do samej siebie to podstawa zdrowych relacji, a ja bardzo sobie cenię szeroko rozumiane zdrowie. W końcu nie bez powodu nazwałam się Fitkolą :). Zastanawiam się, czy masz podobne podejście do mojego i czy też robisz sobie dobrze. Jeżeli tak, to koniecznie napisz mi, jak to robisz i co jest gwarancją Twojego emocjonalnego orgazmu  :D.

Ściskam!

 Na zdjęciu z Socjopatką ♥ / Fot. Bartosz Sobczak :)

Patrzysz w lustro i nie dowierzasz. Z Twoich ulubionych jeansów wylewają się dwie spore fałdki. Pospiesznie zdejmujesz spodnie, żeby sprawdzić, czy naprawdę wyglądasz aż tak kiepsko czy może jednak nie umiesz dobrać właściwych ubrań do swojej sylwetki. Po chwili stoisz przed lustrem w skąpej bieliźnie. I widzisz czarno na białym. Mnóstwo perłowych rozstępów, które pamiętają jeszcze Twoje nastoletnie lata. Małe "pajączki" na nogach - takie same jak u Twojej mamy i babci. Niejednolita skóra. Komicznie sterczący biust, ale nie tak ponętnie jak u tych pań z pornosów. Po kilkunastu minutach dokładnego "przeglądu" pada wiekopomne: "Biorę się za siebie!". Co tu dużo mówić, potrzebujesz motywacji. Ale nie takiej jednorazowej w postaci zerknięcia do lustra, tylko długofalowej. Masz dwie drogi. Twoim motorem napędowym może być miłość albo nienawiść do samej siebie.

Znienawidź


Niektóre kobiety uważają, że żeby wreszcie wziąć się w garść, trzeba sobie porządnie dokopać. Obrzydzić się samej sobie. Nawrzucać, jaka to jesteś słaba i beznadziejna. Wydrukować sobie swoje najbardziej obleśne zdjęcie w możliwie największym formacie i w chwilach słabości zerkać na to beznadziejne ciało - przestrogę, a jednocześnie dowód na to, jak bardzo można się zaniedbać. Podczas treningu nakręcać się do działania masą negatywnych myśli na swój temat. Nienawiść do siebie i swojego ciała przekuć w największą siłę. Bo przecież nic tak nie motywuje jak poczucie niezadowolenia, a co za tym idzie, realna potrzeba zmiany .

Pokochaj

Jest jeszcze drugi sposób. Zawsze można zacząć zmiany z miłości do samej siebie. Ale wiesz, niekoniecznie takiej ślepej i narcystycznej. Chodzi po prostu o przyjazne, pozytywne nastawienie: "Ej, jestem fajną babką. Zasługuję na wszystko, co najlepsze - dobre zdrowie i sprawne ciało, dlatego biorę się za siebie!" I uwierz mi na słowo, możesz tak myśleć bez względu na to, czy masz 5 czy 15 kg za dużo na swoim koncie. Bo tu nie chodzi o to, jak wygląda ciało, tylko, co myśli głowa. Kochając i będąc kochaną, możesz przenosić góry (zwłaszcza gdy nieobcy jest Ci trening siłowy! ;p). I nie ma to większego znaczenia, czy mówimy o relacji z drugim człowiekiem czy samą sobą. Miłość i szacunek to najlepszej jakości paliwo, dzięki któremu dotrzesz tam, gdzie naprawdę chcesz się widzieć. Każda, nawet najmniejsza zmiana w Twoim ciele sprawi, że docenisz swoją dotychczas wykonaną pracę i będziesz miała siłę na więcej :).

Zdecyduj 


To, którą wybierzesz drogę zależy wyłącznie od Ciebie. Ale pozwól, że coś Ci powiem. Negatywne myśli na swój temat są jak fałszywa przyjaciółka, która obiecuje pomoc, a tak naprawdę jeszcze Ci tych problemów dokłada. Przez chwilę czujesz się pozytywnie nakręcona, ale to, co pozornie stymuluje do działania, tak naprawdę ściąga Cię w dół. I na nic te wszystkie utracone kilogramy czy zabiegi w SPA. Z nienawiścią na tylnym siedzeniu daleko nie zajedziesz. Ok, odbębnisz te 5, 10, może nawet 15 treningów, ale prędzej czy później stracisz zapał. Bo po co masz się starać dla kogoś, na kim Ci nie zależy? Po co masz się starać dla samej siebie?

Mając piękne, wysportowane ciało, możesz dalej czuć się jak śmieć. Tak samo jak mając nieidealne ciało, możesz czuć się piękna i wartościowa. Wszystko to kwestia wyboru. Proszę, wybieraj mądrze. 

Ściskam!
 

 

Nie jestem idiotą


Nie lubię pieprzenia. Takiego gadania, że jeśli się czegoś boisz, to przegrywasz życie. Że jeśli z dnia na dzień nie rzucasz pracy ani partnera, to jesteś największym cykorem i loserem w jednym. A jeśli nie pływasz w oceanie pełnym rekinów w przerwie między piątym a piętnastym kieliszkiem absyntu, to Twoje życie nie ma najmniejszego sensu. Nie wspominając już o zaciągniętym na spontanie kredycie, który będziesz spłacać do usranej śmierci.

Bo w tym wszystkim nie chodzi o to, żeby robić totalne głupoty i niczego się nie bać. No przecież nie jesteś idiotą. Masz mózg, którego dzielnie używasz dzień w dzień. To normalne, że w Twojej głowie kłębi się masa wątpliwości i obaw. Martwisz się o to, co będzie jutro. Masz przecież sporo zobowiązań. Jesteś odpowiedzialny za siebie i za bliskich - to wszystkim znane "jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś" nie wzięło się z kosmosu.

A jeśli nie dam rady?


Ale powiedzmy sobie szczerze, bardzo często boisz się czegoś tylko dlatego, że jest nowe i nieznane. Boisz się, bo w siebie nie wierzysz. Boisz się podjąć nowej pracy, choć do obecnej chodzisz jak za karę. Boisz się pojechać na zagraniczne wakacje życia, bo pewnie okaże się, że Twój angielski jest mega słaby. Boisz się zagadać do grupki nieznajomych na imprezie, bo prawdopodobnie zrobisz z siebie idiotę. Boisz się udzielać rad, bo przecież zawsze jest ktoś, kto wie lepiej od Ciebie. Boisz się założyć 10-centymetrowe szpilki, bo co sobie ktoś pomyśli o dziewczynie mającej ponad 180 cm wzrostu. Boisz się spróbować krewetek, bo co jeśli się okaże, że wcale ich nie lubisz i wyrzuciłeś kasę w błoto. 

Ja też się boję wielu rzeczy. Naprawdę. Tak było, jest i będzie. Ale to nie znaczy, że pozwolę żeby strach mnie paraliżował. Żeby sterował moim życiem. Decydował, gdzie mam być, a gdzie być nie powinnam. Nie będę siedziała w złotej klatce tylko dlatego, że jest "ciasna, ale własna" i... dobrze mi znana. Wiem, że poza nią jest całe mnóstwo rzeczy, które chcę poznać. I nie mam żadnej pewności, że rzeczy, o których dzisiaj myślę z uśmiechem na twarzy okażą się dla mnie dobre. Ale to nieważne. Chcę widzieć, doświadczać, smakować tego, co nowe. Czuć to wszystko na własnej skórze. Choćbym się następnego dnia miała porzygać od tych nowości.

Bój się i rób 



I nie zamierzam zgrywać bohatera narodowego, który bez najmniejszego mrugnięcia skacze w ogień. Bo w życiu nie chodzi o to, żeby przestać się bać. Chodzi o to, żeby działać pomimo lęku. Dlatego bój się i rób. Nie chowaj się za maminą spódnicą ani pod łóżkiem.  Rób swoje. Rób wszystko to, o czym marzysz, a co być może wydaje się poza Twoim zasięgiem. Rób wszystko, na co podobno już jesteś za stary. Wszystko, czego Ci nie wypada, a na myśl o czym masz dreszcze. Zacznij pisać tę cholerną książkę. Naucz się wreszcie pływać. Nie żałuj tysiaka na skok ze spadochronem, o którym tak trąbisz znajomym od dobrych 5 lat. Co z tego, że masz już ponad 30. Chcesz, żeby Twoje życie było jak powolne umieranie? Nie? To nie żałuj sił, czasu i pieniędzy na spełnianie marzeń. Kolekcjonuj wrażenia, a nie przedmioty, które za kilka lat nie będą miały dla Ciebie żadnej wartości. Idź przed siebie i już nigdy nie rezygnuj. Z siebie. 


Ściskam!


Wiem, że kobiet nie pyta się o wiek, ale skoro nie jestem wciętym Sebixem ani obleśnym Pawełkiem z koprem pod nosem, to zaryzykuję. 18? 20? 26? No ile masz? Dobrze, proste pytania mamy za sobą. To jedziemy dalej. Jak długo żyjesz? Nie, nie pytam Cię tym razem o wiek. Pytam, jak długo żyjesz - tak naprawdę? 5, 10 lat? A może jeszcze nie zaczęłaś?

Urlop od życia



Ja miałam małą przerwę od życia. Przez kilka miesięcy nie było mnie dla Ciebie. Nie było mnie dla samej siebie. Budziłam się każdego ranka z cholernym bólem brzucha. Stresowała mnie już sama myśl, że zaczyna się nowy dzień, który muszę jakoś przeżyć.  Nie byłam wtedy sobą. Niby oddychałam, ale wewnątrz czułam się martwa. Na kilometr śmierdziało trupem. Wszystko, co robiłam było mechaniczne. Śniadanie, wyjście do pracy, sen. I tak w kółko. Każdy kęs jedzenia, każdy obowiązek przeplatany był płaczem. Z bezsilności. Z bólu, który rozrywał serce, ale nie chciał zabić. Tak naprawdę, do końca. 


W pewnym momencie zaczął pojawiać się spokój. Dwie godziny płaczu i pół godziny spokoju. Z czasem odwróciły się proporcje. Po krótkim płaczu było kilka godzin spokoju. Takiego dziwnego wyciszenia i pustki, przez którą czułam się nieswojo, ale która była sto razy lepsza od bólu. Jak już weszłam w strefę obojętności, mogłam tam zostać na dłużej. Było całkiem bezpiecznie i w miarę wygodnie. No wiesz, to słynne "chujowo, ale stabilnie." Jeżeli choć raz straciłaś grunt pod nogami, to na pewno wiesz, jak pragnie się stabilizacji. Jednej małej rzeczy, która będzie na pewno i na zawsze. Bez względu na mniej lub bardziej sprzyjające okoliczności.

Odważnie


Łatwo się zasiedzieć, ale to nie jest życie na 100%. To takie bierne patrzenie na to, co mi się przydarza. A przecież nigdy nie chciałam, żeby życie mi się przydarzało. Sama chciałam nim kierować. Odkrywać piękne miejsca, poznawać dobrych ludzi. Dawać i brać czystą, pozytywną energię. Dlatego zaryzykowałam. Zdjęłam puchate kapcie, założyłam płaszcz. I wyszłam z domu. Zobaczyłam, że znów świeci słońce. A może ono cały czas świeciło, tylko schowana za roletami go nie widziałam? Zaczęłam ryzykować. Pchać się w nieznane. Robić rzeczy, o których od dłuższego czasu marzyłam. I jakby tego było mało, poznałam ludzi, którzy marzą o tym samym. Którzy mają rozwiązanie na każdy problem, a nie problem na każde rozwiązanie. Którzy tak jak ja są w stanie spakować się w ciągu 5 minut i pojechać na drugi koniec Polski. Ot tak, żeby zjeść razem nieprzyzwoicie dobry obiad. Wreszcie przestałam się zastanawiać, czy mogę, czy dam radę. Już nie tracę czasu na myślenie godzinami, czy to bezpieczne, czy to dobre. Dopóki tego sama nie sprawdzę, nie będę wiedziała. Pewnie w oczach niektórych jestem wariatem, ale nie dbam o to. Dawno nie byłam taka szczęśliwa :-).        



Ściskam! 


Gdybym miała Wam powiedzieć, jak się teraz czuję, wystarczyłoby mi jedno słowo - ulga. Ostatnie miesiące były dla mnie cholernie stresujące przede wszystkim za sprawą studiów. Pisanie pracy magisterskiej i związane z tym komplikacje w dużej mierze nie wynikające z mojej winy dały mi popalić do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczęłam wątpić w swój edukacyjny happy ending. Ale jednak udało się zrobiłam to. Wzięłam się w garść i doprowadziłam sprawę do samego końca. 

Muszę przyznać, że druga połowa września była dla mnie czystym wariactwem. Cały mój świat sprowadził się do krążenia między nową pracą a domem, w którym jedyną intymną relację utrzymywałam z Wordem. Przez kilka dni spałam po 2-4 godziny. Kładłam się spać po północy i wstawałam przed 03:00. Pisałam, nanosiłam poprawki, uzupełniałam braki w bibliografii i tak bez przerwy do godziny 13:00, kiedy wsiadałam w samochód i jechałam do pracy. Wracałam ok. 20:00. Wtedy miałam chwilę na ciepły, często typowo fast-foodowy posiłek i pospiesznie wypitą herbatę. I później znowu 4 godziny na pisanie, śmieszne kilka godzin na sen i kolejny 10-godzinny maraton (wówczas :)) niedoszłego magistra. Było ciężko, zwłaszcza wtedy, gdy buntowało się ciało, a głowa chciała pracować. Ale zacisnęłam zęby i tym sposobem od dwóch dni jestem spełnioną panią magister i bardzo podbudowaną Nikoliną :-).

Sama obrona była dla mnie magiczna. Stres przed wejściem do sali, a później duża pewność siebie i ogromny spokój. Szczegółowo odpowiadałam na wszystkie pytanie aż w pewnym momencie osoby z komisji zaczęły pod nosem śmieszkować, że taka ze mnie gaduła ;-). Wychodząc z sali, miałam świadomość, że naprawdę dałam radę i że wszystko zagrało tak jak chciałam. Po chwili zostałam zawołana na ogłoszenie wyników. I usłyszałam: Jako przewodniczący komisji gratuluję uzyskania tytułu magistra z oceną bardzo dobrą. Boże, myślałam, że umrę ze szczęścia. A to jeszcze nie był koniec! Przewodniczący komisji, który jak pewnie się orientujecie nie zadaje żadnych pytań i jest odpowiedzialny jedynie za część formalną i prawidłowy przebieg obrony, powiedział: Zazwyczaj nie słucham, co kto mówi, ale Pani naprawdę słuchałem i to z prawdziwą przyjemnością. Czujecie to? No myślałam, że im się tam rozpłynę i będą mnie zbierać z podłogi łyżeczką :). 

I nie piszę tego wszystkiego z czystej próżności, choć muszę przyznać, że to cudowne uczucie być z siebie tak cholernie dumnym jak ja jestem teraz. Piszę to głównie po to, żeby podzielić się z Wami swoim szczęściem i pokazać Wam, że nigdy, ale to nigdy nie można się poddawać. Uwierzcie mi, że ten wpis nie jest w stanie oddać nawet w małym stopniu tego, w jak bardzo czarnej (no offence!) dupie byłam. A teraz jestem na szczycie i Grubson może mnie pocałować w... rękę oczywiście ;).  
  
Ściskam Was bardzo serdecznie,
Wasza cholernie szczęśliwa Fitkola FATkola :)
(to wszystko wina tych kilku pudeł Guseppe! ;p) 

PS. Na zdjęciu od lewej: obłędne kwiaty, które dostałam po obronie ♥, moja szczęśliwa micha :) i tort-prezent autorstwa Lubego :).  

Właśnie skończyłam 24 lata. No dobra, ściemniam. To było przedwczoraj, a ja wciąż zastanawiam się, co ze sobą zrobić, by za rok świętując swoje ćwierćwiecze, rozdziawić w lustrze japę szerzej niż w tym roku. I właśnie dlatego postanowiłam stworzyć listę rzeczy, które chciałabym naprawić - w sobie przede wszystkim. Gotowi? To zaczynamy!

1.  Jeszcze bardziej uwierzyć w siebie

Moja obecna pewność siebie jest jakieś sto razy większa od tej sprzed kilku lat. A jednak wciąż czuję jej niedosyt. To coś na kształt geograficznej depresji, która z biegiem lat przekształciła się w równinę - niby wyżej, lepiej, bliżej słońca, a jednak wciąż do niego za daleko. Co prawda, po dawnej mnie, którą bolała każda kąśliwa uwaga i która bała się mieć inną opinię, buty czy zeszyt nie został nawet ślad. Ale powiedzmy sobie szczerze, pewność siebie nie sprowadza się tylko do krzykliwego stroju i dosadnie wyrażonej opinii wbrew temu, co pomyślą inni. 

Pewność siebie to też świadomość, że nie musisz za każdym razem się zastanawiać ani tym bardziej każdemu udowadniać, że zasługujesz na to, co najlepsze. Ty to po prostu wiesz, a inni mają przyjąć to za pewnik - i tu naprawdę nie ma się nad czym rozwodzić. Ja natomiast jestem cały czas na etapie wiecznego udowadniania sobie i innym. Że zasługuję na miłość i szacunek. Że jestem wartościową kobietą, fajnym pracownikiem i dobrym materiałem na przyjaciela. Że pewne rzeczy wychodzą mi robię naprawdę dobrze. To wieczne udowadnianie wszystkiego wszystkim nie tylko męczy, ale też podcina skrzydełka. Widzieliście kiedyś tańczącego na wietrze motyla bez skrzydeł? Bo ja nie.

2. Mniej się bać
 
W swoje 25-te urodziny chciałabym też mniej się bać. I tak naprawdę lepsza samoocena i pewność siebie są w stanie w 80% załatwić sprawę. Bo kiedy z całego serducha wierzysz, że choćby skały srały, to Ty i tak sobie poradzisz, to ten pieprzony lęk jest mniejszy, a w niektórych sytuacjach może nie pojawić się wcale. Wtedy zdecydowanie łatwiej przetrwać każdy uczuciowy huragan, finansowe dno i zdrowotny zakręt. A ludzie? Ludzie mogą się tylko dziwić, że zamiast czołgać się przez kolejne kilometry swojego życia, otrzepujesz kolanka, poprawiasz włosy i dumnie idziesz dalej.

Ale na częstotliwość i intensywność lęku wpływa nie tylko samoocena i pewność siebie, ale również stosunek do zmian. A jak wiadomo, zmiana zmianie nierówna. Osobiście nie mam większego problemu ze zmianą fryzury czy rezygnacją z 5-gwiazdkowego hotelu (w którym btw. nigdy nie byłam :D) na rzecz namiotu rozbitego wśród krwiożerczych komarów i leśnych stworów. Gorzej jednak, gdy chodzi o poważniejsze kwestie związane z edukacją czy pracą. Wtedy rozkminiam wszystko na 100 sposobów i choć ryzyko jest równe bądź mniejsze od potencjalnych korzyści, zdarza mi się odpuszczać. Bo boję się, że wpadnę z deszczu pod rynnę. Że stracę grunt pod nogami, a "dobra zmiana" odbije mi się czkawką. 

I gwoli jasności, nie twierdzę, że każda zmiana jest dobra, bo to by była jedna wielka ściema. Nie zawsze warto porzucić to, co znane, sprawdzone i dobre na rzecz wielkiej niewiadomej. Przecież zmiana to nie nowy telewizor, na który dostaniesz 2 lata gwarancji, w trakcie obowiązywania której miły pan serwisant zadba, żeby wszystko było w jak najlepszym porządku. Nikt nie weźmie za Ciebie odpowiedzialności, gdy coś pieprznie. Ale przyznaj, są jednak sytuacje, w których całym sobą czujesz, że tuż za rogiem czai się coś dobrego, a jednak odpuszczasz, bo...  bo po prostu się boisz. I ja mam dokładnie tak samo. A najgorsze jest to, że na tej rezygnacji się nie kończy. Później pojawia się cała pielgrzymka myśli, które każą Ci bawić się we Wróżbitę Macieja i gdybać, jak cudowne mogłoby być Twoje życie, gdybyś jednak zaryzykował. I właśnie tych myśli nie lubię najbardziej.

3. Bardziej ufać

Bezpieczne życie jest...bezpieczne - powiedziała Nikolina Coelho (po autografy proszę zgłaszać się pod tym postem ;). I choć w zamyśle spadochron jest super, to jednak szelki potrafią czasem uwierać. Dlatego chciałabym móc bezgranicznie zaufać i przeżyć emocjonalny Mount Everest, a w gorszym przypadku, totalnie się spalić. Odczuwać wszystko na 100%, a nie bezpieczne 80%, które choć gwarantuje margines bezpieczeństwa, to jednak nie pozwala doświadczać wielu rzeczy w pełni. 
 
4. Jeszcze bardziej wyluzować

Poza tym chciałabym jeszcze bardziej zluzować gumę w majtach. "Miej wywalone" praktykuję od jakiegoś czasu, ale potrzebuję rozwinąć ten życiowy projekt na jeszcze większą skalę. W sumie zabawne i paradoksalne jest to, że choć naprawdę dużo we mnie dystansu do siebie, to jednak wciąż daję się złapać w pułapkę "Pani Idealnej".  I że jeżeli ja krytykuję siebie samą (co robię nad wyraz często), to wszystko jest ok. Gorzej jednak, gdy robi to ktoś bliski (opinia reszty spływa po mnie jak po kaczce). A jeszcze zabawniejsze jest to, że słowa krytyki z ust kogoś ważnego uderzają we mnie  nie dlatego, że jestem oburzona: "Jak on(a) śmie mnie krytykować?", tylko dlatego, że ciężko pracuję na to, by w oczach bliskich być perfekcją o dwóch zgrabnych nogach - co oczywiście jest głupie i nierealne.

5. Iść po swoje

Last but not least, chciałabym wreszcie się ogarnąć i nie zbaczać z obranego celu. Nie zniechęcać się, nie rozleniwiać po kilku tygodniach czy miesiącach ciężkiej pracy nad spełnianiem swoich marzeń. Wreszcie przestać koncentrować się na tym, jak odległy jest mój cel i jak wiele litrów potu wyleję zanim zobaczę choćby skrawek sukcesu. Po prostu robić swoje. Nie rozglądać się na boki i nie wybiegać zbytnio w przyszłość. Robić, robić, robić i...nigdy nie przestawać.

I tym sposobem dobrnęliśmy do końca. Już wiesz, jakie 5 rzeczy chciałabym w sobie naprawić - nie dlatego, że są do niczego, ale dlatego, że chcę wejść na wyższy poziom relacji z samą sobą. Nie chcę być już swoją dobrą koleżanką, tylko przyjaciółką, która zrobi wszystko, żebym była szczęśliwa.

To teraz Twoja kolej - powiedz mi, nad czym chcesz popracować :-).

Ściskam!
  

Jeżeli czasem masz ochotę wziąć samą siebie za fraki i powiedzieć: Durna Babo, znowu ryczysz?, to ten tekst jest dla Ciebie i dla każdej innej osoby, której wydaje się, że wrażliwość to oznaka słabości. Ja pokażę Ci, że wrażliwość i towarzysząca jej empatia to Twoja ogromna siła. Zapraszam do lektury. 
 ______________________________________________
Królowa Dramy

No nie wierzę, znowu to robisz! Ryczysz na tej żałosnej komedii romantycznej oglądanej po raz pięćdziesiąty ósmy. Robisz to zawsze, gdy Dżesika wraca do Dżejka. Gdy Riczard pomaga słodkiej babci pozbierać rozsypane pomidory. Ty ryczysz nawet wtedy, gdy Lukas przez cały odcinek obiera te cholerne szparagi. Przecież to taka symboliczna, utkana z prawdziwych emocji scena. A to, że ciągnie się jak guma w starych gaciach czy, jak wolisz, mozzarella na pizzy to oczywiście jej dodatkowy atut. 

______________________________________________
 Skąd się urwałaś, średniowieczna lasko?

Filmy filmami, a życiem życiem. Ale nie u Ciebie. Złośliwi najchętniej przyznaliby Ci nagrodę za najbardziej przekonującą grę aktorską. Ale Ty nigdy nie udajesz. Po prostu jesteś ekstremalnie wrażliwa. Bardziej czuła niż struny w gitarze. Nawet wtedy, gdy przechodnie patrzą się na Ciebie jak na idiotkę, gdy przenosisz ślimaka na drugą, bezpieczniejszą stronę ulicy. Również wtedy, gdy Twój facet ma niezłą bekę, odnajdując Twój wiersz sprzed 15 lat, w którym pisałaś o tym, że uwikłana w sieci przeznaczenia nie możesz złapać oddechu. Znaczy się...o miłości pisałaś ;). Jasna sprawa. Pozwól, że ze  zwykłej ludzkiej "przyzwoitości" nie wspomnę o łezce w oku, która kręci Ci się za każdym razem, gdy widzisz parę 70-latków trzymających się za ręce.  No ale dobra, w tej sytuacji pękają nawet najwięksi twardziele.

Najgorsze jest jednak to, że Ty jesteś żywą emocją 24h/dobę. Tykającą bombą, która może wybuchnąć dosłownie wszędzie, bez względu na okoliczności. W kinie. Na dworcu. W autobusie. Na siłowni. W szkole. W pracy. Wystarczy jeden silny, zazwyczaj cholernie bolesny bodziec i czujesz, że się topisz we własnym bólu, smutku i złości. I nie powstrzyma Cię nawet wstyd ani te wszystkie zdziwione spojrzenia obcych ludzi. Nie pomoże też dobrze znany lifehack: Jeśli chcesz powstrzymać łzy,  skieruj wzrok ku górze. Wypada? Nie wypada? Nieważne. Niestety nie jesteś jak wkurzający budzik, który zawzięcie dzwoni kolejno o 05:45, 05:50,05:55. Ciebie nie można wyłączyć jednym, małym kliknięciem. 
______________________________________________
  Wrażliwość = życiowa uważność

I być może jedynym, o  czym marzysz jest pozbycie się wrażliwości. Bo czujesz, że to taka mała-wielka manifestacja Twojej słabości. I choć nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, to z tego miejsca przybijam Ci wirtualną pionę, bo ja też jestem wrażliwcem. I chcę Ci powiedzieć, że choć nasza wrażliwość lubi czasem uwierać jak przymałe buty, to nie zamieniłabym jej na nic innego. Bo to właśnie dzięki niej czuję, że żyję. Doświadczam wszystkiego dwa razy mocniej. Czuję i widzę więcej. I choć czasami może cierpię bardziej niż inni, to innym razem spływa po mnie deszcz szczęścia - taki, który nie przydarza się ludziom wypranym z emocji. I cieszę się, że nie jestem obojętna, choć świat zdaje się krzyczeć: Liczy się tylko kant Twojej kwadratowej dupy! :D. Ja po prostu nie umiem i nie chcę udawać, że nie widzę czyjeś krzywdy czy cierpienia. 

Ale gwoli jasności, wrażliwość to nie tylko dostrzeganie tych wszystkich smutnych rzeczy. To również zauważanie w codzienności wielu pięknych rzeczy. Nie wiem, jak Ciebie, ale mnie na przykład bardzo wzrusza muzyka - prawdziwa muzyka. Taka będącą czymś więcej niż kompromis między czyimś brakiem talentu i ustawieniami autotunera :D.  Chodzi mi o taką, przy której czujesz, że ktoś ubrał Twoje myśli w słowa i nuty. I z jednej strony czujesz się totalnie podekscytowana, a z drugiej nieco zaniepokojona, bo skąd do cholery ktoś zna Twoje myśli?! 

Poza tym, wrażliwość pozwala Ci cieszyć się tym wszystkimi cudami, które większość ludzi pochopnie nazywa szarą codziennością. Cieszy Cię nawet kilka błękitnych obłoków zakręconych bardziej niż niejedna owca, a zapach szczeniąt uspokaja. Do szczęścia wystarcza Ci spacer na boso po łące, podczas gdy inni męczą się w tych swoich niewygodnych Louboutinach. Obsesyjnie patrzą pod nogi, zamiast dostrzegać piękno wokół. Omija ich całe mnóstwo rzeczy, które Ty odczuwasz całą sobą.


I jak, dalej uważasz, że wrażliwość to wada? :)

Ściskam!

Większość z nas na początku swojej przygody z  aktywnością fizyczną bacznie przygląda się fit celebrytom - nie tylko tym, którzy dorobili się ciepłego fotela w telewizji śniadaniowej, ale również rzeszy instagramowiczów, którzy dzień w dzień zalewają nas morzem motywacji. No właśnie, motywacja jest tutaj kluczowa, zwłaszcza, że początki bywają ekstremalnie trudne. Dlatego zawzięcie szukamy inspiracji - osób, które wirtualnie poprowadzą nas za rączkę i pokażą, że naprawdę warto się spocić.

Z zapartym tchem śledzimy ich każdy trening, każdy posiłek oznaczony hasztagiem #czystamicha i mamy poczucie, że jesteśmy świadkami wielkich rzeczy. Z czasem inspiracja przeradza się w przynajmniej częściową imitację. Płatki owsiane czy kasza jaglana przestają smakować. Bliżej im do paszy dla konia niż smacznego śniadania. Co innego nasiona chia czy zielony jęczmień. To jest prawdziwe jedzenie! 

To samo dzieje się z domowym treningiem wykonanym w lekko przetartych legginsach. Ten nagle staje się nudny i nieefektywny, dlatego trzeba ogarnąć markowe dresy i czym prędzej podreptać na siłownię. Ale nie jakąś tam podrzędną, w naszym rodzinnym pipidówku. "Warsiawy" nam trzeba. Fruwających na bieżni metek i błysku fleszy naszego najnowszego iphone'a. No workout without fame czy jakoś tak.

Po czasie dostrzegamy realne zmiany. Drogi strój rzeczywiście robi robotę. Szczupło, szczuplej, najszczuplej. Ale zaraz, zaraz, to my miałyśmy być szczuplejsze, a nie nasz portfel. Hmmm...no nic. Spróbujmy podziałać dietą.

Śniadanie - pudding chia ze startą laską wanilii i odrobiną czarnuszki. Do tego biała herbata, ale tylko ta z ekologicznej plantacji - jakakolwiek inna ssie. Drugie śniadanie - wytrawna muffinka bez glutenu, bez nabiału, bez fruktozy. W gruncie rzeczy to...bez smaku :D. Obiad - stejk z dzika z dodatkiem komosy ryżowej. Podwieczorek - filet z uśmiechniętego rekina z dodatkiem czerwonego pieprzu. Kolacja - jajko przepiórcze. Kury są jakieś takie...démodé.

Zatem masz już te swoje szykowne dresy i niebanalne posiłki. Masz wszystko. Wszystko za wyjątkiem motywacji. I wiesz co Ci powiem? Możesz być chodzącą reklamą Adidasa i "superfoods", a i tak w Twoim życiu nic się nie zmieni. No może poza iskierką zazdrości w oczach koleżanek, których nie stać na te hajlajfowe stylówy i dziwne żarcie. Ty wciąż będziesz taka sama - ekstremalnie zakompleksiona i nieszczęśliwa.

I tak będzie zawsze, jeśli nie zrozumiesz, że praca nad swoim ciałem to przede wszystkim praca nad swoją głową. Nad swoimi myślami. Ta cała materialna otoczka okaże się gówno warta, jeżeli nie dasz sobie szansy. Jeżeli nie uwierzysz, że to od Ciebie zależy, czy będziesz silną kobietą czy taką, którą jest w stanie powalić nawet delikatny wietrzyk.

Dlatego zamiast inwestować pieniądze w te wszystkie cudawianki, zainwestuj czas w siebie. Znajdź wolną chwilę i wybierz choćby najbardziej lajtowy trening z youtube'a. Możliwe, że nawet on okaże się dla Ciebie nie do przejścia. To nic, że nie jesteś w stanie dać z siebie 100%. Dzisiaj dasz z siebie 50%, a jutro 60%. Za miesiąc lub dwa przekonasz się, że to, co jeszcze do niedawna było nie do przeskoczenia nie jest dla Ciebie żadnym wyzwaniem Wreszcie zobaczysz, jak płynna jest granica Twojej wytrzymałości.

Zdrowsze, silniejsze, smuklejsze ciało będzie tylko przyjemnym skutkiem ubocznym. Najważniejsze jest to, co wydarzy się w Twojej głowie. Byle problem nie będzie już w stanie wywołać w Tobie lawiny stresu. Z większą śmiałością zaczniesz walczyć o swoje. Nie dasz nikomu sobą pomiatać. Będziesz spokojniejsza, pewniejsza siebie. Będziesz po prostu szczęśliwsza. I właśnie tego życzę Ci z całego serducha.

Pamiętaj, że jesteś dzielna i bardzo, ale to bardzo mocno w Ciebie wierzę - tak samo jak w siebie samą :-).

PS. Koniecznie daj znać, czy zgadzasz się ze mną, że motywacji warto szukać w sobie, a  nie w innych. Odezwij się, nawet jeśli mamy całkowicie odmienne zdanie. Dyskusje są mega fajne i rozwijające :-). 


Zośka wstaje o 05:15, by na spokojnie odprawić swój poranny rytuał. Sięga po wielki kufer z wytłoczonym logo znanej marki i zabiera się do pracy. Wysypuje wszystko na swoją śnieżnobiałą pościel i zabiera się za przegląd - dokładniejszy niż ten coroczny u mechanika. Biedna ginie wśród sterty baz, podkładów, korektorów, bronzerów i wielopaków sztucznych rzęs. I jak co dzień staje przed ciężkim wyborem - to jaką dziś założyć maskę? Hmmm... najlepiej taką, która będzie najmniej przypominała ją samą.  

 _____________________________________

Cała prawda o makijażu 
 _____________________________________ 

Przyglądając się takim Zośkom i ich podejściu do makijażu, odnoszę wrażenie, że jest on jednocześnie naszym wybawieniem jak i przekleństwem. Bo z jednej strony pozwala nam wydobyć z siebie to, co najlepsze, podkreślić atuty i odwrócić uwagę od ewentualnych niedoskonałości, a  z drugiej uzależnia tak samo jak tabliczka czekolady jedzona pospiesznie co wieczór pod łóżkiem, żeby przypadkiem nikt nie widział. 

Gwoli jasności, ja makijaż lubię, uwielbiam, a wręcz kocham miłością nieczystą. Za to, że dzięki niemu mogę poczuć się jak artysta malujący w 3D ;-). Za to, że daje mi nieograniczone możliwości bawienia się swoim wizerunkiem. Za to, że dzisiaj mogę być Amy Winehouse, a  jutro Marylin Monroe. A jak się bardzo postaram, to nawet tynk na twarzy Kardashianek zacznie na mój widok pękać...z zazdrości. Za to, że pozwala mi się skupić na tym, co we mnie najpiękniejsze i odwraca uwagę od głupich niedoskonałości, którymi nie mam ochoty zaprzątać sobie głowy.

I wszystko jest cudownie dopóki mamy do tego wszystkiego dystans. Dopóki jest to dla nas tylko fajna zabawa, przyjemny rytuał, a może nawet pasja czy praca. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy łapiemy się na tym, że nastawiamy swój budzik o 5 minut wcześniej niż ten chłopaka, by ten przypadkiem nie zobaczył nas w wersji sauté - z cieniami pod oczami, ziemistą cerą i blizną na brwi. Kiedy zaśpimy do pracy i zamiast ogarnąć się w kilka minut i wylecieć jak z procy na najbliższy autobus, wolimy się spóźnić niż pokazać w nieidealnym wydaniu. Kiedy na myśl o wakacjach zamiast się cieszyć zaczynamy się stresować, bo ciężko paradować w pełnym make-upie w 30-stopniowym upale. 

 _____________________________________ 

UWAGA! Zdjęcie bez makijażu 
Wchodzisz na własną odpowiedzialność :)
 _____________________________________ 

Ostatnio znowu wrzuciłam do sieci swoje zdjęcie bez makijażu. Tym razem padło na instagram (klik): 

Od razu zaznaczam, że pokazanie się w takiej wersji nie jest dla mnie ani wielkim wyzwaniem ani osiągnięciem. Dlatego gdy spotkacie mnie w weekend w supermarkecie albo któregoś dnia zobaczycie biegnącą na pociąg, jest duże prawdopodobieństwo, że będę właśnie tak wyglądać ;-). I nie mam z tym absolutnie żadnego problemu, bo to właśnie jestem ja. Prawdziwa. Naturalna. Taka, która nie musi się chować za tymi wszystkim warstwami baz, podkładów czy pudrów.  

A w związku z tym, że nie chcę być odosobnionym przypadkiem, z tego miejsca chciałabym Was, Kobietki, poprosić, żebyście spojrzały na siebie nieco łaskawszym okiem. Żebyście zrozumiały, że jesteście czymś więcej niż tylko piękną twarzą. Marzy mi się, żeby wraz z malejącą ilością podkładu w tubce nie malała Wasza pewność siebie, bo to właśnie ona jest jedną z najbardziej seksownych rzeczy, jakie możemy na siebie założyć ;). 

Jeżeli jednak po raz kolejny zakiełkuje w Waszych głowach myśl, że tylko dzięki makijażowi możecie wyglądać dobrze, przypomnijcie sobie moje słowa:

 _____________________________________ 
Piękne obrazy powstają tylko na dobrym płótnie
_____________________________________ 

A to oznacza, że gdybyśmy nie były naturalnie piękne, wyglądałybyśmy źle nawet w makijażu*. Makijaż to tylko dodatek, dobrze dobrane tło, które ma za zadanie podkreślić wyjątkowość pierwszego planu. Zatem skoro jesteśmy stworzone do grania pierwszych skrzypiec, to po jaką cholerę na własne życzenie usuwamy się w cień?

*no dobra, mówię tu o takim codziennym makijażu wykonanym samodzielnie, bez pomocy sztabu specjalistów, którzy zaserwują nam wieloetapowe konturowanie, które nawet panią hipopotamową może przemienić w żyrafę :D

Dziewczyny,  mam nadzieję, że ten tekst zasieje w Was choćby malutkie ziarno, które z czasem zaowocuje lepszą samooceną. Jeżeli widzicie, że Wasza mama, siostra, przyjaciółka, sąsiadka przypomina bardziej zakompleksioną dziewczynkę niż pewną siebie kobietę, podzielcie się z nią tym tekstem. Pokażmy, że ta słynna solidarność jajników naprawdę istnieje :). 

PS. Koniecznie dajcie mi znać, czym jest dla Was makijaż - jestem bardzo ciekawa!

Ściskam!
Być może jesteś jedną z osób, dla których dzień bez porównywania się do innych jest dniem straconym. Dlatego z iskierką zazdrości w oku obserwujesz panie w futrach (wiecie, że prawdziwe futra są passe? :)) skąpane od stóp do głów w Chanel no.5. Z dokładnością chirurga kalkulujesz dochody biznesmena, którego codziennie widujesz w autobusie. To znaczy....Ty go widzisz z perspektywy zakurzonego okna autobusu, a on Ciebie ze swojego pachnącego luksusem porsche ;). A na widok superlaski, która swoimi nogami mogłaby opleść całą kulę ziemską masz ochotę ze smutku zeżreć z musztardą swoje dwie paróweczki. Los bywa okrutny, prawda?

Nieee! Los wcale nie jest okrutny. To Ty masz masochistyczne skłonności do...porównywania się do innych. I choć robisz to z dumą w myśl popularnego ostatnimi czasy samodoskonalenia, tak naprawdę robisz sobie dużą krzywdę. Już Ci mówię, dlaczego.

1. Porównując się do innych, przyjmujesz złą perspektywę.

Nagle okazuje się, że Twoje m2 zrobiło się jakieś ciaśniejsze, a Twoje stare, niezawodne auto nie nadaje się już nawet na weekendowe wycieczki do marketu. Nawet Twój ukochany pies robi się jakiś taki pokraczny i nieułożony - nie to co corgi Królowej Elżbiety. Zaczynasz śnić czyjeś sny, a tym samym zapominasz o swoich. O tym, czego naprawdę pragniesz, co jest dla Ciebie istotne. O tym, kim naprawdę chcesz być. Tracisz tożsamość i stajesz się czyjąś nieudaną kopią. Wtedy jesteś jak reprodukcja Damy z łasiczką - niby ładna, a jednak mało wartościowa, bo nieautentyczna. 

2. Samodoskonalenie zaczyna się od porównywania się do ściśniętej gorsetem Grycanki

Myślisz, że porównywanie się do innych to klucz do samodoskonalenia. Zaraz, zaraz, do czego? Samodoskonalenia - jak sama nazwa wskazuje, do samodoskonalenia potrzebujesz jedynie siebie. Swojej chęci, siły i determinacji. Nie potrzebujesz wyciągów z nieswoich kont, niekończącej się listy sukcesów swojego idola ani zdjęcia uroczo napuchniętej celebrytki, która po wampirzym liftingu wygląda młodziej niż Ty w trzeciej klasie podstawówki. Naprawdę! (:

3. Kiedy wreszcie będziesz jak X, wszystkie kompleksy odejdą w niepamięć. 

No jasne, pięć z nich odmaszeruje na czas trzygodzinnego zabiegu, podczas którego miła Pani w białych laczkach rozmasuje Twój podły cellulit (przy okazji dowiesz się, że masz go nawet pod pachą ♥ nie gadaj, że nie zauważyłaś?:>). A później te wszystkie złe myśli wrócą ze zdwojoną siłą. No bo co po jednym zabiegu, przez który przez cały boży miesiąc jadłaś tylko biały, suchy chleb, który spasł Cię jeszcze bardziej? Teraz potrzebujesz codziennej dostawy zielonego jęczmienia z boxa od Ani Lewandowskiej, no i tej...ołmajgad, jak ona się nazywa...aaa...celebrytki (czyt. złotego kółka, na które Cię nie stać, a jednak kupisz, bo łot gołs eraund koms eraund (cokolwiek to znaczy :)))

Dziewczyny! Zwracam się przede wszystkim do Was, bo to zwłaszcza płeć piękna lubi się katować ciągłym porównywaniem do innych. Zaakceptujcie siebie w aktualnej wersji, a dopiero później zacznijcie zmieniać siebie dla siebie. Nie dla chwilowej aprobaty przegłodzonej koleżanki ani seksistowskich tekstów typa z siłowni, który cały olej z głowy przelał do shakera z odżywką białkową. Stawajcie się lepsze z myślą o swoim szczęściu, zdrowiu i samorealizacji. 

Ja też nie jestem pseudoideałem z okładki Glamour. I choć nie mam krateczki na brzuchu ani ust, którymi mogłabym przykryć nos, to jednak patrząc w lustro, uśmiecham się do siebie. I tego samego Wam życzę! Buziaki!



Gdybyś mogła zmienić w sobie jedną rzecz, co by to było? Może wybieliłabyś piegi albo zmniejszyła swój uroczy garbek na nosie. Wydłużyłabyś nogi, a może wygładziła twarz. Wzmocniłabyś paznokcie i zagęściła włosy. Odessany z brzucha tłuszczyk wstrzyknęłabyś w biust. Pewnie widząc swoje przeciętnej długości rzęsy, wpadłabyś na genialny pomysł, żeby przedłużyć je na stałe metodą 10:1. No wiesz, wkładając je przechodniom do oczu, na pewno nie przeszłabyś niezauważona. A przecież właśnie na tym Ci zależy. Żeby ktoś Cię dostrzegł. A właściwie nie Ciebie, tylko Twoje fizyczne piękno. Czyli to, do czego wszystkie dążymy.

Gdybym mogła zmienić w sobie jedną rzecz, wybrałabym oczy. Pozbawiłabym ich krótkowzroczności. Ale nie tej, której zawdzięczam urocze okulary na nosie i która sprawia, że po zmroku zamiast ludzi widzę zabawnie rozmyte plamy :D, tylko tej, która pozwala mi widzieć ostro jedynie niedoskonałości. Jakieś śmieszne cellulity, zaskórniki (szkoda, że do zaskórniaków nie mam tak bystrego oka $ :), rozstępy, podkrążone oczy, matowe włosy i inne cuda. Szkoda, że tak trudno zobaczyć całą resztę. Długie nogi, drobny nos, ładny uśmiech. Blask w oku, figlarny pieprzyk na policzku i słodko sterczące łopatki. Szkoda, że tak trudno zobaczyć w sobie fajną babkę, którą każda z nas jest.  Szkoda, że jeszcze trudniej zobaczyć w sobie dobrą córkę, kochającą matkę, atrakcyjną kobietę, wartościowego pracownika.

Tak dłużej być nie może, dlatego mam dla Ciebie propozycję. Za każdym razem, kiedy pomyślisz o sobie źle, zrób głupim myślom na złość, robiąc coś, co sprawia, że czujesz się ze sobą dobrze, że czujesz się wyjątkowo. Weź dłuższą kąpiel w obfitej pianie, która zapewni Ci umysłowy reset. Skatuj swoje leniwe 'ja' podczas wieczornego workoutu i daj się ponieść jakże osławionym endorfinom. Zjedz coś wyjątkowego zamiast nudnych jak intelektualne wynurzenia celebrytów kanapek z żółtym serem, które wrzucasz w siebie z wątpliwą przyjemnością. Podziel się z kimś swoimi umiejętnościami, by przypomnieć sobie, jak wiele potrafisz. Wypij lampkę wina, którego otwarcie odkładasz na wieczne 'potem'. Załóż swoją najlepszą sukienkę i bądź gwiazdą dla samej siebie. Możesz nią być zarówno w przepoconym dresie jak i małej czarnej, której wartość przewyższa mój roczny dochód. Traktuj siebie jak swoją najlepszą przyjaciółkę,a w końcu naprawdę się nią staniesz :).

PS. A zamiast motylka czy innego tribala :D, wytatuuj sobie na czole: JESTEM WARTOŚCIOWA. Może być  nawet gotycką czcionką ;). A jeśli zdarzy Ci się o tym zapomnieć, przeglądaj się często w lustrze (:

MOC ENDORFIN DLA WSZYSTKICH FAJNYCH BABECZEK! (:


Moje zeszłoroczne boyfriendy zdają się mówić, że trochę mnie ubyło. I o ile fajnie jest widzieć pierwsze efekty celu postawionego sobie jakieś 2-3 lata temu, tak pojawia się też pytanie, czy to całe dążenie do zmian rzeczywiście wynika z moich wewnętrznych pobudek czy może jednak jest odpowiedzią na oczekiwania dzisiejszego świata. Po chwili zastanowienia stwierdzam, że robię to wszystko dla siebie. Ufff, mogę odetchnąć z ulgą, a przy okazji wyjawić Ci kilka faktów na swój temat:

Nie przejdę na restrykcyjną dietę po to, by w kręgu okolicznych dresów zasłużyć na miano "dobrej dupery".


Wracając z jakiegoś bananowego klubu, nie będę dziko pląsać na połamanych szpilkach i zdzierać do krwi stóp, by móc  napisać w kolejnym poście: Jak wynika z moich obliczeń, moje nogi są dłuższe niż u statystycznej Europejki.


A gdy jakiś palant po raz kolejny wyśmieje latem  mój jasny kolor skóry, nie pobiegnę pokornie na solarium, by nierówno przypalić swoje cztery litery i nakarmić raczkiem znamiona. 


Jeżeli w moim życiu pojawi się silikon, to będzie to co najwyżej silikonowe etui Moschino na telefon. Zatem jeśli zechcesz mnie uszczęśliwiać na siłę, wciskając mi silikon w stanik, ja włożę Ci go do majtek (:.


Nie przeobrażę się z naturalnej szatynki w platynową królową lokalnej dyskoteki, która przy okazji fryzjerskich eksperymentów straci 80% włosów, a w konsekwencji znacząco podniesie sprzedaż naturalnych jak usta Natalii Siwiec włosów clip-in.


Nie przestanę nosić przydużych t-shirtów ani spodni z obniżonym krokiem, by zasłużyć na miano kobiecej. Kobiecość to stan umysłu, czyli to, jak ja czuję się sama ze sobą, a nie Ty ze mną.


Nie położę się spać w makijażu, by kolejnego poranka o 05:15 dostarczyć Ci estetycznych wrażeń. Obudził się w Tobie esteta? Zapraszam zatem do galerii sztuki.


Będę dbać o siebie dla siebie. Dla lepszego samopoczucia i zdrowia. Poczucia kontroli nad swoim ciałem, swoimi myślami.


Poza pięcioma porcjami warzyw i owoców będę karmić się dobrymi myślami. Z chęcią poczęstuję też Ciebie! Ale ale... podobno nie ma nic za darmo ;). Dlatego napisz mi w komentarzu, ile w Twoim życiu jest rzeczy, które robisz tylko dla siebie. Nie dla pochwał czy świętego spokoju, lecz w 100% dla siebie.

Zauważ, że na każdym kroku mniej lub bardziej obcy ludzie bez najmniejszego skrępowania zaglądają nam do majtek. Zalecają waginoplastykę, zmianę pracy i znalezienie bogatszego faceta. Sugerują przejście na dietę i naciągnięcie skóry powiek. Mamy dwa wyjścia: słuchać ich "cennych rad" albo skupić się na sobie, swoich myślach, swoim rozwoju. To co wybierasz?

Choć wszystkimi kończynami podpisuję się pod stwierdzeniem, że kobiecość rodzi się w głowie, to jednak muszę przyznać, że ta nasza babska głowa to dość skomplikowana rzecz. Nieustannie wystawia nas na próby, testując przy tym naszą pewność siebie i samoakceptację. Spiskujące z nią hormonalne huśtawki, chwilowy brak dystansu do siebie czy życiowe zawirowania potrafią dać nieźle w kość i zazwyczaj skutecznie zrujnować nasz pozytywny obraz siebie. Dołóżmy do tego jeszcze okres(morderca nie ma serca!) wmawiający nam na ''pocieszenie'', że nawet taka beznadziejna i straszna potwora znajdzie swego amatora. Wtedy jedyne, co nam zostaje to wyciągnąć z kieszeni zmiętoloną, zasmarkaną chusteczkę i pomachać naszej kobiecości na pożegnanie, wykrzykując przy tym desperacko Arrivederci! Ale poczekaj, coś mi tu nie gra. Żadna z nas nie jest wspomnianą potworą, dlaczego więc same przypisujemy sobie jej atrybuty?

Wspominałam już kiedyś, że kobiecość to taki wredny mebel, który bardzo lubi się kurzyć. Tzn. wredny jest tylko wtedy, kiedy go nie odkurzamy, leżymy do góry kołami, hodując imponujący cellulit. (Kiedy pseudoprzyjaciółka robi na widok Twojego tyłka ironiczne WOW, to wiedz, że coś się dzieje ;-)). W pozostałych przypadkach kobiecość to nasza najlepsza kumpela, która podnieca się dosłownie naszym każdym działaniem, za każdym razem dodając, że znów mamy +1000 do zajebistości ;-).

Co więc zrobić, by ta przyjaźń trwała na dobre i na złe? Regularnie zażywać 120mg próżności na czczo, żeby się nie odbijało głupimi myślami. Kurację stosować dożywotnio z uwzględnieniem regularnych konsultacji z lekarzem bądź farmaceutą pod postacią rodziny i przyjaciół. Jeśli stwierdzą, że dawka była za duża, zmniejszyć z zaleceniem, lecz w żadnym wypadku nie zaniechać kuracji. Należy pamiętać, że próżność można przyjmować pod wieloma postaciami. Jedną z nich jest narcystyczna sesja zdjęciowa. No wiesz, samojebki z ręki, zwane hajlalfowo selfie, mają moc. Jeżeli jednak to dla Ciebie za dużo na początek, zorganizuj z Mamą/Siostrą/koleżanką wspólną sesję zdjęciową. Zróbcie sobie wypasiony makijaż, ałtfity na bogato [czyt. wyciągamy z szafy najlepsze szpilki - tak, dokładnie te z półki 'do stania'] i cykajcie zdjęcia. Gwarantuję frajdę nie tylko z samej sesji, ale również jej efektów. Nic tak nie poprawia samooceny jak naoczny dowód na to, że jesteśmy PIĘKNE. A żeby nie być posądzoną o bycie Ciocią Dobrą Radą nie stosującą się do własnych rad, zamieszczam efekty mojej siostrzanej sesji:


Na koniec dodam tylko, że autorką naszych make-upów jestem ja oraz, że było to moje pierwsze spotkanie ze słynnymi Ardell Demi Wispies ;).

Ściskam :),
N.

Jego uśmiech i wzrok skierowane  w stronę innej kobiety sprawiają, że w jednej chwili z bogini seksu stajesz się kopciuchem. Zastanawiałaś się kiedyś, jak z tym walczyć? Być eko strzelając mu z liścia? Skarcić wzrokiem, a może wręcz przeciwnie - udać obojętną? Niestety, powyższe sposoby dadzą złudne i jedynie chwilowe poczucie ulgi. Jedynym skutecznym rozwiązaniem jest praca nad samooceną. Zdziwiona, że problem leży właśnie w niej? Nawet nie próbuj mi wmówić, że byle spojrzenie może sprawić, że pewna siebie kobieta zacznie zastanawiać się nad sensem swojego związku, swoją atrakcyjnością i tym, czy zasłużyła na tak zajebistego faceta jakim jest Rysiek - notoryczny nieopuszczacz klapy sedesowej. No heloł. Faceci to pieprzeni wzrokowcy i nawet największemu romantykowi czasem ucieka oko. Zrozum, że spojrzenie to nie wyrocznia, a puszczenie oka nie czyni go posiadaczem największego penisa we wsi. Za to Twoja pewność siebie i świadomość własnej wartości są więcej warte niż wylewające się ze stanika balony czy pochwa poddana waginoplastyce. Dlatego doceń siebie, Kobieto! I Ty i ja zasługujemy na to, co najlepsze. Bez względu na kolor skóry, zasobność portfela, opadające powieki, wykształcenie, trądzik. Gdyby tak nie było, nie poświęcałabym swojego czasu i tego przekazu Tobie, i Tobie, i Tobie również. Ale ja po prostu wiem, że zasługujesz na to, co najlepsze, a w tym przypadku jest to wirtualny kop wymierzony w Twój soczysty pośladek. No już, czujesz się lepiej? :) Proszę, powiedz, że choć trochę.

Jeżeli jednak Twoja wysoka samoocena nie rozwiąże problemu, przyjrzyj się Ryśkowi dokładnie i przypomnij sobie, czy odkąd pamiętasz oglądał się za panienkami. Jeżeli tak, to koniecznie zabierz go na wycieczkę. No wiesz, tak w ramach rekompensaty za to, że zamiast z blondynką spotykał się przez 1,5 roku  z Tobą - rumianą brunetką. Pojedźcie razem na pole. Wróć do samochodu pod byle pretekstem i zostaw buraka tam skąd przyszedł :).


Ściskam :),
N.