Jest 1 lutego, a ja zabieram się za podsumowanie ubiegłego roku. I wiecie co? Nie czuję się z tym dziwnie ani nie mam z tego powodu nawet najmniejszych wyrzutów sumienia, bo zawsze jest dobry czas na podsumowania. Dlatego  rozsiądźcie się wygodnie z kubkiem herbaty i nieprzyzwoicie dobrą kanapką - zaczynamy.

 

Styczeń

W styczniu ubiegłego roku w pewnym sensie narodziłam się na nowo, ale wtedy jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy. Złamana końcówką 2016r. postanowiłam o siebie zawalczyć, choć perspektywa: "Będzie lepiej" wydawała mi się bardzo odległa. Jeśli mnie pamięć nie myli, to już w pierwszym tygodniu stycznia zapisałam się na wiosenny Runmageddon. Ot tak, pod wpływem chwili. I pomyśleć, że opowiadający od ponad roku o swojej zajawce do biegów z przeszkodami kolega nie zdołał mnie do tego przekonać. Coś musiało zmienić się w mojej głowie. No mówiąc wprost, musiałam się mocno wkurzyć i zawieść na kimś. To właśnie wtedy zapragnęłam zmiany, a właściwie lawiny zmian. Dlaczego? Po prostu miałam świadomość, że nie zasłużyłam sobie na to całe gówno, które dostałam w ramach prezentu i postanowiłam wziąć stery w swoje ręce. Poszłam za ciosem i jeszcze w tym samym miesiącu zapisałam się na zajęcia pole dance - nasza wyjątkowa przygoda trwała ok. pięć miesięcy.

Luty

W lutym miała miejsce moja wygrana sesja zdjęciowa połączona z wywiadem dla magazynu Elle, a to wszystko w towarzystwie przesympatycznych Dziewczyn - Kasi i Justyny z kanału Loveandgreatshoes. Podczas przygotowań zostałam przepięknie umalowana i ubrana (do dziś śni mi się bomberka wybrana dla mnie przez stylistkę!). Po prostu poczułam się jak milion dolców, a moje ego zostało przyjemnie dopieszczone. Podczas wywiadu miałam sporo do powiedzenia na temat pielęgnacji skóry (kto mnie zna, ten wie, jak bardzo siedzę w temacie ;)), a ostatecznie moje wypowiedzi zostały skrócone do dwóch mało istotnych zdań. Oczywiście nie mam o to pretensji - sesja zdjęciowa oraz wywiad były zorganizowane w ramach akcji promującej jedną z marek kosmetycznych i właśnie na to położono nacisk. Pamiętam jak dziś to przyjemne uczucie, gdy stałam w Tesco na dziale z prasą i oglądałam swoją mordkę w gazecie. Na samo wspomnienie na mojej twarzy pojawia się ogromny banan :).   


Z kolei w drugim tygodniu lutego po raz pierwszy miałam na nogach narty. Zaliczyłam swój pierwszy zjazd i pierwszą efektowną glebę ;), a żeby było ciekawiej - śmigałam na nartach dobre kilka godzin, mając przeziębiony pęcherz (na samą myśl o tym chce mi się siku ;p).


18 lutego to również wyjątkowa dla mnie data. Tego dnia odbyły się warsztaty i pogaduchy z Anią - Aniamaluje, a to wszystko dzięki uprzejmości Sound Garden Hotel. Oby więcej takich wyjątkowych spotkań i inspirujących babeczek ♥.


Marzec


Dokładnie 5 marca zaczęłam sezon rowerowy - wjechało przyjemne 40 km w miłym towarzystwie. A mówiąc o rowerach, nie mogę nie pozdrowić mojej kochanej blogowej bratniej duszy - Magdy. Podejrzewam, że z początkiem marca wzięłam się również za bieganie - do Runmageddonu były niespełna trzy miesiące.


Kwiecień 


W drugi weekend kwietnia wyruszyłam z paczką blogoprzyjaciół do Gdyni na konferencję o zdrowym odżywianiu. Liseł, Szymon, Magda, Weronika, Daga, Bartek, bardzo Wam dziękuję za ten czas, bo chyba właśnie wtedy coś między nami "kliknęło" na dobre :).


9 kwietnia planowałam wrócić z Trójmiasta do Warszawy na koncert Nattali Rize (wygrałam dwa bilety w dwóch różnych konkursach i z żadnego nie skorzystałam, czaicie to? ;p), ale jak to bywa z planami - można je zmieniać do woli i tak też się stało tym razem. Dzięki temu o jeden dzień dłużej mogłam nacieszyć się morzem i... nawiązałam wyjątkową znajomość, ale to już poza Trójmiastem :).

Bezpośrednio przed Wielkanocą wybrałam się na wycieczkę do Lublina i zakochałam się w tym miejscu :). Pod koniec miesiąca wyruszyłam do Krakowa, by spędzić kilka godzin w towarzystwie Weroniki - Moyemu. Pierogi, disco-polo, spalona żarówka w samochodzie i my - to chyba najlepsze podsumowanie tego spotkania :).

Maj 


W maju wygrałam karnet do lokalnego fitness clubu i pocisnęłam troszkę z zajęciami. A już 27 maja przebiegłam Rummageddon Intro (3 kilometry, 15 przeszkód), mając najlepszych ludzi u boku :).


Czerwiec


W czerwcu odhaczyłam kolejny koncert Bednarka podczas Dni Ursusa. To był ostatni miesiąc współpracy z moim ówczesnym pracodawcą, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam ;).

Lipiec


Lipiec był istną petardą. Cztery dni w Amsterdamie.  96 godzin czystego szczęścia i poznawania nowego, a to wszystko w najlepszym towarzystwie. Mój drugi lot samolotem, a pierwszy zagraniczny i pierwszy... w pojedynkę! :D 


Końcówka lipca to weekendowy powrót do Gdyni za sprawą See Bloggers, czyli kolejne spotkanie na blogerskim szczycie haha :). 


Sierpień


Sierpień to reggae. Duuużo reggae ♥. Nie wyobrażam sobie tego miesiąca bez Ostródy (... i Shaggy'ego! :)) W zasadzie na spontanie zapadła decyzja o wyjeździe w Bieszczady i autostopie - to wtedy pękło moje pierwsze 200 kilometrów przejechanych autostopem :). Nie zabrakło noclegu na dziko i zdobycia Tarnicy. Dla takich chwil warto żyć, dlatego nie zwolniłam tempa i bezpośrednio z Bieszczad pojechałam do Bielawy - na kolejny festiwal reggae. Koncertu Naamana nie zapomnę do końca życia.


Wrzesień


Początek roku szkolnego zszedł się w czasie ze zmianami w życiu zawodowym. Nie obyło się bez nerwów, ale teraz mogę przyznać z ogromną ulgą - tego mi było trzeba. Nie chcąc wchodzić w szczegóły i publiczne pranie brudów, powiem Wam jedno. Żyjcie w zgodzie ze sobą - zawsze, bez względu na to, czy chodzi o życie prywatne czy zawodowe. I nie rezygnujcie z wartości, w które naprawdę wierzycie. Nie warto, a zwłaszcza nie dla pieniędzy i ludzi, którzy mówią prawdę tylko wtedy, gdy się pomylą.

Wrzesień był również pod hasłem corocznego Święta Kwiatów, Owoców i Warzyw. Odhaczyłam swój pierwszy w życiu koncert Dawida Kwiatkowskiego. Mówcie, co chcecie, ale chłopak daje radę ;). W drugiej połowie września doszła do skutku moja wygrana sesja zdjęciowa. Marlena, Mikołaj - zrobiliście kawał dobrej roboty :).


Dwa dni później  wybrałam się na egzamin  do Pro Make Up Academy w roli modelki. Moja wizażystka, Marysia, spisała się na medal.

 
W sobotę 23 września o 08:30 wystartowałam w kolejnym Runmageddonie - tym razem był to Rekrut, czyli 6 kilometrów i 30 przeszkód. Tego dnia zdobyłam swój pierwszy medal :). 


Październik


W porównaniu do innych miesięcy październik był bardzo spokojny. Jedynym wydarzeniem, które zapamiętałam była warszawska konferencja dotycząca życia osobistego. Niestety nie do końca sprostała moim oczekiwaniom ze względu na swój powierzchowny charakter, tj serwowanie absolutnie podstawowej wiedzy głównie z zakresu odżywiania i aktywności fizycznej. Osoby, które nie miały wcześniejszej styczności z tymi tematami mogły wyjść z konferencji usatysfakcjonowane.

Spośród ok. sześciu wybranych przeze mnie warsztatów trzy naprawdę przypadły mi do gustu. Największym zaskoczeniem okazały się warsztaty dot. stresu oraz joga śmiechu, na którą trafiłam przypadkiem. Jeżeli jeszcze o niej nie słyszeliście, to najwyższy czas to nadrobić :).


Listopad


W listopadzie ukończyłam swój pierwszy Bieg Niepodległości na 5 kilometrów, do którego w ogóle się nie przygotowałam. Około 2-miesięczna przerwa w bieganiu sprawiła, że biegło mi się cholernie ciężko. Na szczęście nie poddałam się na trasie i drewniany medal z orzełkiem dołączył do mojej skromnej kolekcji.


18 listopada wyruszyłam do Wrocławia, by po raz trzeci zostać wolontariuszem podczas One Love i spędzić cudowny dzień w towarzystwie mojej kochanej Pauli.



Grudzień

W grudniu miał miejsce mój długo wyczekiwany koncert Gentlemana. Tego, co ten człowiek zrobił na scenie nie da się opisać. MAJ-STER-SZTYK. Co prawda nie udało mi się go złapać po koncercie, ale ten czas uświetniła mi obecność Alborosie, z którym nagrałam krótki filmik :).

Dzień później wystartowałam z Lisem na kolejną Blogowigilię, na której poznałyśmy kilka naprawdę fajnych ziomków. Było ozdabianie gwiazdy betlejemskiej, escape room, do którego nie zdążyłyśmy się wybrać, wysyłanie świątecznych kartek do podopiecznych fundacji Anny Dymnej ♥ i kilka innych atrakcji. Najważniejszy jednak był czas, który spędziłyśmy razem - ja, Liseł, Kasia i Emilka.


To było 12 miesięcy pełnych próbowania nowego, przesuwania kolejnych granic i rozwijania skrzydełek.  Niech 2018 będzie jeszcze lepszy - dla Was i dla mnie.

Ściskam!
 Fot. Mikołaj Sumiński / MUA Marlena Markowska 
Przez okrągły rok zmotywowane blogiery zalewają internet swoimi DIY planerami - tygodnikami, miesięcznikami. Polecają najlepsze habit trackery i co-tam-jeszcze-sobie-zamarzysz, a to wszystko ku chwale turbo produktywności. Za każdym razem, gdy coś takiego widzę, w mojej głowie pojawia się myśl: "No nic tylko rzucić robotę, zostać w domu i drukować te magicznie zmieniające życie tabelki, testować skazujące nas na sukces apki". Jednak już jeden mały łyk wina sprawia, że krew dopływa mi do mózgu i porzucam te szalone plany (... i drukuję po pracy ;p, np. taki piękny roczny mini-planer od Los Grafikos). Ale część tzw. influencerów chyba nie pije wina (nawet Prosecco z open baru?!) albo pije za słabe, bo dalej napieprza jak karabin maszynowy motywującymi cytatami w nieco dopieszczonej wersji - "Carpe diem, Koty!". Na prawo i lewo trąbią o swoich planach podbicia świata w najbliższym czasie - "Misie Pysie, koniecznie bądźcie ze mną w najbliższy poniedziałek". O upieczonej szarlotce dla teściowej, naprawionym kranie i porannej aktualizacji social mediów (a to wszystko w zaledwie 1,5 godziny!) piszą jak o zdobyciu Oscara.

Blogerskie pierdololo 


Rozglądam się wokół i zaraz, zaraz... Ja też mam sprawny kran i zdarza mi się upiec ciasto. No dobra, teściowej jeszcze się nie dorobiłam (U got me!). I choć też chętnie o tej szarlotce napiszę, ba, nawet pstryknę jej kilka fotek, to pod koniec roku nie zbiera mi się na pierdololo, czyli brak konsekwencji i gadanie dla samego gadania ("A nuż ktoś ważny zalajkuje i machnę virala" ;)). Ludzie, którzy planują każdą minutę swojego życia pod kątem produktywności pod koniec grudnia odkrywają Amerykę (sorry, kto inny był pierwszy). Jak jeden mąż twierdzą, że podsumowania są zbędne. Że to tylko przechwałki zamieszczone na łamach internetu. Albo wręcz przeciwnie - podkopywanie własnej, i tak niskiej, samooceny. Serio? To ci sami, którzy częściej podsumowują niż robią? One more wine, please, bo na trzeźwo nie dam rady.

Czy warto robić podsumowanie roku, miesiąca...? 


A ja właśnie myślę, że podsumowania są spoko, bo wtedy czarno na białym widzimy, co nam służy, a co nas krzywdzi. Co robimy zajebiście, a do czego mamy słomiany zapał. Na czym nam zależy. Na czym powinno nam zacząć zależeć bardziej, a w  jakich kwestiach możemy całkowicie odpuścić. Dużo łatwiej to wszystko ustalić, gdy patrzymy z dystansu, który przychodzi z czasem. A czy to będzie rok, dwa miesiące czy tydzień nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Tak samo jak to, czy wyciągnięte wnioski potraktujecie jak coś bardzo intymnego czy podzielicie się tym ze światem. Wasze życie, Wasze decyzje. W podsumowaniach najważniejsze jest to, żeby najpierw opadły nierzadko skrajne emocje - nadmierna ekscytacja, złość, urażona duma czy nie do końca uzasadniony żal do siebie,  które potrafią kosmicznie zakrzywić rzeczywistość. Dlatego dajcie sobie czas i... nie bójcie się podsumowań. Są naprawdę dobrym drogowskazem :).

Ściskam!


 Wrześniowy Runmageddon Rekrut (6km, 30 przeszkód) z moją ekipą :) 

Jesień może oznaczać tylko jedno - paradowanie w skąpym bikini mamy już za sobą. Uff. Wreszcie można poluzować szelki, nie spinać się z dietą i odpuścić siłownię. Przez kolejne kilka miesięcy nikt nie będzie wytykał nam cellulitu i pokaźnej oponki na brzuchu. Grube swetry i kurtki przykryją wszystko - włącznie z potrzebą dbania o siebie i swoje zdrowie. 

Jak zmotywować się do ćwiczeń jesienią i zimą?


W tym całym szale na bycie fit priorytetem powinno być zdrowie i bardzo dobre samopoczucie. Nie nogi-karabiny. Nie krata na brzuchu. Nie ładnie zarysowane plecy. Tylko zdrowie. Cała reszta to przyjemne efekty uboczne, które jeszcze bardziej nakręcają do działania. Chyba każda z nas zna przynajmniej jedną atrakcyjną, szczupłą dziewczynę, która nie jest ani zdrowa ani tym bardziej szczęśliwa, prawda? No właśnie, ładna sylwetka nie załatwi sprawy. Nie sprawi, że będziemy dla siebie lepsze. Nie zmotywuje nas do dalszego rozwoju na różnych płaszczyznach życia. Na rozwój i bycie szczęśliwą trzeba mieć po prostu siłę - zarówno tę fizyczną jak i psychiczną. A dbałość o siebie powinna wynikać z troski o samą siebie, a nie bycia surowym sędzią albo swoim własnym wrogiem.

A gdyby tak zmienić priorytety?


I właśnie dlatego zachęcam nas (siebie również!) do aktywności fizycznej bez względu na to, co widzimy za oknem. Słońce, deszcz, śnieg niech nie będą wyznacznikiem naszego zaangażowania. Każda z nas zasługuje na dobre samopoczucie zarówno przy plus jak i minus 20 stopniach. Wiem, że w tym drugim przypadku dużo trudniej znaleźć motywację. W końcu nic tak nie motywuje jak wizja zbliżającego się wielkimi krokami urlopu czy zbyt ciasna weselna sukienka. Ale jeśli przewartościujemy w swojej głowie priorytety i zdrowie stanie się naszym numerem #1, to wszystko stanie się dużo prostsze. Każdy wybór, każda życiowa decyzja będzie poprzedzona pytaniem: Czy to służy mojemu zdrowiu i lepszemu samopoczuciu? Jeżeli tak, wchodzę w to. Jeżeli nie, biorę nogi za pas i tyle mnie widzieli ;).  

Spokojnie! 


Poza tym jesień i zima są naprawdę spoko z trzech względów. Przede wszystkim dają nam możliwość działania w swoim tempie, na spokojnie. Już nie wpisujemy w wyszukiwarkę desperackich haseł typu:
     
  • Jak zgubić 10 kg w miesiąc? - Najprościej kupić worek ziemniaków i zostawić go przy kasie. Jeśli trzeba zgubić więcej, czynność należy powtórzyć ;). 
  • Czy pokocha mnie taką grubą? - A czy Ty pokochasz go takiego nieidealnego? 
  • Kostiumy kąpielowe dla wielorybów - Angażujesz się w działania Green Peace czy o co chodzi? 

Robimy swoje, nie widząc na horyzoncie deadline'u, który już za chwilę zweryfikuje, czy to, co tak dzielnie dźwigamy na swoich serdelkach zasługuje na miano "beach body" (Beach body? Bitch please!) Działając bez presji czasu, działamy mądrze. Nie łapiemy się drakońskich diet czy aktywności, które zdecydowanie przerastają obecne możliwości naszego ciała. Krótko mówiąc, po prostu nie wariujemy i nie robimy sobie krzywdy. 

Do celu! 



Druga kwestia to efekty. Chodź jest to bardzo indywidualna kwestia, to oczywistym jest, że dużo więcej możemy osiągnąć w przeciągu 10 miesięcy niż w niespełna dwa. Dlatego jeśli wciąż upieracie się przy tym, że to głównie wizja lata napędza Was do działania, pomyślcie, że już teraz - w te szare, deszczowe dni pracujecie na te letnie, spędzone w swoich wymarzonych miejscach. Zwłaszcza w takich momentach szkoda tracić czas i energię na wieczne niezadowolenie z siebie. Wtedy bardzo łatwo przegapić lub zrezygnować z pięknych wakacyjnych wspomnień. Dlatego jeśli byle fałdka na brzuchu jest w stanie powstrzymać Was przed kąpielą w oceanie, to... marsz na siłownię/na dwór! Spacerowanie szybkim tempem, bieganie, ćwiczenia w domowym zaciszu lub na siłowni, joga, pływanie - to wszystko przybliża Was do wakacji, podczas których będziecie martwić się jedynie tym, czy Wasze ulubione szorty zmieszczą się do bagażu podręcznego, a nie czy w ogóle odważycie się je na siebie założyć (sic!).

To się opłaca


Poza tym jesienno-zimowy okres ma jeszcze jedną zaletę. Przychodzi październik, a wraz z nim pustoszeją siłownie i leśne ścieżki. Wtedy dużo łatwiej wyjść z domu i nad sobą popracować, zwłaszcza jeśli wizja gapiących się na Was ludzi (to tylko schiza ;), dotychczas powstrzymywała Was przed działaniem. Co więcej, dbając o swoje interesy, siłownie i kluby fitness oferują atrakcyjne karnety i świąteczne vouchery w korzystnych cenach. To idealna okazja, żeby spróbować czegoś nowego! 

Mam ogromną nadzieję, że każdy, kto zapyta wujka Google: "Jak zmotywować się do ćwiczeń jesienią i zimą?", znajdzie odpowiedź w postaci mojego tekstu i podniesie tyłeczek z kanapy :). 


Trzymajcie się ciepło i... zdrowo! 
 
 Na zdjęciu z Socjopatką ♥ / Fot. Bartosz Sobczak :)

Patrzysz w lustro i nie dowierzasz. Z Twoich ulubionych jeansów wylewają się dwie spore fałdki. Pospiesznie zdejmujesz spodnie, żeby sprawdzić, czy naprawdę wyglądasz aż tak kiepsko czy może jednak nie umiesz dobrać właściwych ubrań do swojej sylwetki. Po chwili stoisz przed lustrem w skąpej bieliźnie. I widzisz czarno na białym. Mnóstwo perłowych rozstępów, które pamiętają jeszcze Twoje nastoletnie lata. Małe "pajączki" na nogach - takie same jak u Twojej mamy i babci. Niejednolita skóra. Komicznie sterczący biust, ale nie tak ponętnie jak u tych pań z pornosów. Po kilkunastu minutach dokładnego "przeglądu" pada wiekopomne: "Biorę się za siebie!". Co tu dużo mówić, potrzebujesz motywacji. Ale nie takiej jednorazowej w postaci zerknięcia do lustra, tylko długofalowej. Masz dwie drogi. Twoim motorem napędowym może być miłość albo nienawiść do samej siebie.

Znienawidź


Niektóre kobiety uważają, że żeby wreszcie wziąć się w garść, trzeba sobie porządnie dokopać. Obrzydzić się samej sobie. Nawrzucać, jaka to jesteś słaba i beznadziejna. Wydrukować sobie swoje najbardziej obleśne zdjęcie w możliwie największym formacie i w chwilach słabości zerkać na to beznadziejne ciało - przestrogę, a jednocześnie dowód na to, jak bardzo można się zaniedbać. Podczas treningu nakręcać się do działania masą negatywnych myśli na swój temat. Nienawiść do siebie i swojego ciała przekuć w największą siłę. Bo przecież nic tak nie motywuje jak poczucie niezadowolenia, a co za tym idzie, realna potrzeba zmiany .

Pokochaj

Jest jeszcze drugi sposób. Zawsze można zacząć zmiany z miłości do samej siebie. Ale wiesz, niekoniecznie takiej ślepej i narcystycznej. Chodzi po prostu o przyjazne, pozytywne nastawienie: "Ej, jestem fajną babką. Zasługuję na wszystko, co najlepsze - dobre zdrowie i sprawne ciało, dlatego biorę się za siebie!" I uwierz mi na słowo, możesz tak myśleć bez względu na to, czy masz 5 czy 15 kg za dużo na swoim koncie. Bo tu nie chodzi o to, jak wygląda ciało, tylko, co myśli głowa. Kochając i będąc kochaną, możesz przenosić góry (zwłaszcza gdy nieobcy jest Ci trening siłowy! ;p). I nie ma to większego znaczenia, czy mówimy o relacji z drugim człowiekiem czy samą sobą. Miłość i szacunek to najlepszej jakości paliwo, dzięki któremu dotrzesz tam, gdzie naprawdę chcesz się widzieć. Każda, nawet najmniejsza zmiana w Twoim ciele sprawi, że docenisz swoją dotychczas wykonaną pracę i będziesz miała siłę na więcej :).

Zdecyduj 


To, którą wybierzesz drogę zależy wyłącznie od Ciebie. Ale pozwól, że coś Ci powiem. Negatywne myśli na swój temat są jak fałszywa przyjaciółka, która obiecuje pomoc, a tak naprawdę jeszcze Ci tych problemów dokłada. Przez chwilę czujesz się pozytywnie nakręcona, ale to, co pozornie stymuluje do działania, tak naprawdę ściąga Cię w dół. I na nic te wszystkie utracone kilogramy czy zabiegi w SPA. Z nienawiścią na tylnym siedzeniu daleko nie zajedziesz. Ok, odbębnisz te 5, 10, może nawet 15 treningów, ale prędzej czy później stracisz zapał. Bo po co masz się starać dla kogoś, na kim Ci nie zależy? Po co masz się starać dla samej siebie?

Mając piękne, wysportowane ciało, możesz dalej czuć się jak śmieć. Tak samo jak mając nieidealne ciało, możesz czuć się piękna i wartościowa. Wszystko to kwestia wyboru. Proszę, wybieraj mądrze. 

Ściskam!
 

Mówi się, że: "Dobra jakość sama się obroni" i  jest w tym sporo prawdy, ale to nie zmienia faktu, że zasługuje ona na nasze wsparcie. Zwłaszcza w czasach, kiedy powszechnie promuje się osoby, zachowania i idee, które z pozytywnymi wartościami nie mają nic wspólnego. Popularne staje się często to, co kontrowersyjne (na siłę) i zwyczajnie głupie. Internet zalany jest pseudoekspertami od wszystkiego, ludźmi, którzy "leżą i pachną" i których życiową postawę można zamknąć w krótkim: "Bo MJE się należy." Oczywiście w tym całym bajzlu jest również miejsce na jakość. Jednak jest to dość ciasna, zamknięta przestrzeń, do której nie można sobie ot tak wejść. To ją zamieszkują już wszystkim znani twórcy internetowi, których nazwiska rok w rok przewijają się w blogerskich polecajkach. I szczerze mówiąc, zastanawiam się, po co to wszystko? Po co promować coś, co już wypromowane i co jest prężnie działającą marką?


Strasznie nie lubię hermetycznych światów, bo wychodzę z założenia, że hermetyczna to może być opakowanie na szynkę, a nie blogosfera. Dlatego postanowiłam działać razem z Mileną z bloga Najlepsza Pora i troszkę to środowisko przewietrzyć. Chyba nie mogłyśmy wybrać lepszej daty na finał akcji: Odkrywamy Blogosferę niż 31 sierpnia - Dzień Blogów, dzień wszystkich tych, którzy tworzą w sieci coś swojego. Podkreślam, to nie dzień TOP 10 ani nawet TOP 100 blogerów, ale każdego, kto wnosi do blogosfery swoje "trzy grosze."

Dzisiejszy dzień to dla mnie ukłon w stronę tych, którzy tworzą wartościowe treści, a mimo tego wciąż są znani stosunkowo małej ilości odbiorców. Zatem poznaj 3 blogi, które moim zdaniem zasługują na większą uwagę:


O istnieniu tego bloga dowiedziałam się podczas swojej pierwszej podróży BlaBlaCar, kiedy miałam przyjemność jechać z przesympatyczną siostrą autorki tego bloga. Gosia tworzy niesamowicie apetyczne dania bazujące na konopiach. Czuwających strażników prawa od razu informuję - są to konopie z gatunku Cannabis Sativa L., który jest ubogi w substancje psychoaktywne i którego spożycie nie wywołuje efektu odurzenia. Powiem więcej, wykazuje on niesamowicie szerokie w właściwości prozdrowotne, o których również przeczytasz na blogu "Uśmiechniętej Łyżeczki" :). Gosia jest zwolenniczką diety roślinnej i propagatorką zdrowego stylu życia. Tak samo jak ja wierzy w lecznicze właściwości żywności. Jej najnowszy wpis poświęcony jest diecie przy Hashimoto, dlatego jeżeli problemy z tarczycą nie są Ci obce, koniecznie zapoznaj się z jego treścią. Poza tym jest autorką książki "Konopie w kuchni" i mnóstwa artykułów publikowanych na łamach najbardziej znanych stron poświęconych tematyce konopnej.    


Określenie tworzonych przez nią treści mianem "wpisów" to nieporozumienie. Ziemolina, bo tak o sobie mówi, jest autorką artykułów przez duże "A". Jako dermokonsultantka z wieloletnim doświadczeniem pomoże Ci bardziej zrozumieć swoją skórę. Rozwieje Twoje wątpliwości dot. rodzaju skóry, pomoże Ci w kwestii wyboru ochrony przeciwsłonecznej. Dokładnie wytłumaczy procesy zachodzące w skórze, dzięki czemu dużo łatwiej będzie Ci dostosować pielęgnację do problemu, z którym się w danej chwili borykasz. Poza tym wprowadzi Cię w świat nowinek dermokosmetycznych, ale wierz mi na słowo, tu nie ma miejsca na przypadki ani nieprzemyślane współprace. Angelika poleca wyłącznie te produkty, w których działanie naprawdę wierzy i o których skuteczności przekonała się na własnej skórze. Prywatnie Pani Kosmostolog ceni sobie spokojne, sielskie życie. Koniecznie musicie zobaczyć jej dom w leśniczówce - to kwintesencja spokoju i domowego ciepła.

To jedyny typowo lifestyle'owy blog w moim zestawieniu. Ewelina przeszła długą drogę od fitnesski do dziewczyny, której priorytetem stało się uporządkowanie spraw zdrowotnych. I to właśnie dlatego zdecydowała się  na dietę niemalże w pełni wegetariańską/wegańską. Ev jest niesamowicie naturalna i szczera. Kiedy jest dobrze, skacze i ma ochotę wykrzyczeć swoje szczęście całemu światu. A kiedy coś się wali, nie ma żadnych oporów żeby o tym głośno powiedzieć. Obecnie na jej blogu znajdziecie sporo wpisów poświęconych pielęgnacji twarzy i polecanym przez nią kosmetycznym perełkom. Jeżeli Waszym zakupom przyświeca hasło: "Raz a dobrze", to znajdziecie u niej sporo wysokopółkowych produktów dobrej jakości. Pozablogowo Ewelina jest ogromną fanką zespołu Coldplay. Halo, czy jest na sali ktoś, kto nie kocha numerów takich jak "Fix you", "Scientist" czy "Everglow"? :)

Wspólnie Odkrywamy Blogosferę


Naprawdę wierzę, że wskazane przeze mnie Odkrycia Blogosfery przypadną do gustu również Tobie. Ale zaraz, zaraz, jeżeli się coś bierze, to warto byłoby też coś od siebie dać :). Będę Ci niezmiernie wdzięczna, jeżeli jeszcze dzisiaj opublikujesz na łamach swojego bloga 3 polecajki i zalinkujesz do swojego wpisu w naszej nowo powstałej grupie na Facebooku. Jeżeli jednak chcesz wziąć udział w akcji, a dowiedziałeś się o niej za późno, nic straconego! Opublikuj wpis jutro i wiedz, że będzie Ci wybaczone! :)  Ale koniecznie pamiętaj o dołączeniu do grupy (naprawdę jeszcze tego nie zrobiłeś?! :P) i dodaniu linku do swojego wpisu pod  naszym zbiorczym postem! 

Już teraz z całego serducha dziękuję Ci za wsparcie i udział w akcji. Jednakże na prawdziwe podziękowania i podsumowanie całej akcji przyjdzie jeszcze czas.

Ściskam!

Jako rasowy obżartuch nie przepadam za  kotletami odgrzewanymi 5-ty dzień z rzędu. Ja wiem, że kotlety są smaczne, ale nie kiedy są stare i kiedy wciskają Ci je na siłę mama, babcia i sąsiadka jednocześnie. Jest przecież tyle pysznego jedzonka do odkrycia. Po co więc się tak ograniczać? I dokładnie tak samo jest z akcjami blogerskimi. Polecamy tych wszystkim znanych, których gwiazda świeci najjaśniej. Nieważne, że 95% blogerów byłoby w stanie wyrecytować adres ich bloga bez najmniejszego zająknięcia. Nieważne, że ta kolejna wzmianka nic nie wnosi do kolorytu blogosfery. Promujemy to, co znane i "bezpieczne". Nie lubimy się wychylać i odsłaniać swoich prywatnych kart. Zwłaszcza, gdy kółeczka wzajemnej adoracji są tak kuszące.



 Nikolina z fitkola.blogspot.com i Milena z najlepszapora.pl


Ale nie dla mnie i nie dla Mileny z bloga Najlepsza Pora, która zaprosiła mnie do współtworzenia akcji: Odkrywamy blogosferę. Pewnie teraz zastanawiasz się, czym ta akcja miałaby się różnić od tysiąca innych blogowych polecajek? Spieszę z pomocą i już Ci wszystko tłumaczę.

Odkrywamy blogosferę


Najwyższy czas na przewietrzenie blogosfery i odkrycie nowych, wartościowych miejsc. Naszym celem jest zwrócenie Twoich oczu na mało znanych twórców, którzy bez wątpienia zasługują na swoje "5 minut" i dotarcie do szerszego grona odbiorców. Dlatego co powiesz na nurkowanie w sieci? Znajdź 3 raczkujące lub po prostu dotychczas Ci nieznane blogi i napisz na ich temat świąteczny wpis, który opublikujesz 31 sierpnia. Dlaczego akurat wtedy? Okazja jest nie byle jaka. Właśnie wtedy przypada Dzień Blogów - dzień, w którym warto pokazać, że blogosfera to naprawdę inspirujący i niekoniecznie hermetyczny świat. Myślę, że większości z nas na co dzień brakuje czasu na regularne przekopywanie blogosfery w poszukiwaniu nowości. Jednakże wspólnymi siłami możemy stworzyć bazę blogerskich perełek, które będziemy mogli sukcesywnie poznawać ;).



Jak stworzyć wpis?


Jedyne o co Cię proszę to stworzenie w/w wpisu. Zasady są naprawdę proste. Od dziś do 30 sierpnia masz czas na znalezienie i wybranie najciekawszych, a jednocześnie mało docenianych blogów. 31 sierpnia publikujesz wpis ze swoimi typami, w którym uzasadniasz, kto i dlaczego powinien poznać wskazanych przez Ciebie twórców. Będzie mi niezmiernie miło, jeżeli w swoim wpisie wykorzystasz oficjalny plakat akcji, który jest do pobrania tutaj.

Jeżeli podoba Ci się idea promowania nowych twórców, poślij dalej w świat informację o akcji :). Jako mały bloger zdaję sobie sprawę, jak duże znaczenie ma choćby mała wzmianka, lajk czy udostępnienie, dlatego już teraz z góry Ci dziękuję za pomoc!

Jeżeli masz jakieś pytania bądź wskazówki dot. przebiegu akcji, pisz śmiało! Tylko z Twoim udziałem wietrzenie blogosfery ma szansę się udać! :) 


Ściskam

Fot. Socjopatka :*

Wyobraź sobie kilkuletnie dziecko bazgrzące w zeszycie. Właśnie skończyło rysować swój pierwszy w życiu ogród. Wow, ile w nim pięknych, wyjątkowych kwiatów. Ale zaraz, zaraz, narysowało to wszystko lewą ręką? Oops, musimy tego malca naprawić. Podczas kolejnych zabaw będziemy trzymać go za lewą rączkę, wtedy z braku wyboru zacznie malować prawą. Ej, to nie działa. Dziecko odruchowo uwalnia lewą rękę z uścisku dorosłej dłoni i sięga po kredkę. To może zrobimy inaczej, bo wiesz "lewa rączka jest zła, a prawa dobra" - idziemy w uparte, ale ono dalej swoje. Przecież obydwie rączki są takie same. Ale nie dla nas. Żeby je przekonać przyjmujemy bardziej stanowczy ton i strategię. Za każdym razem, gdy sięgnie lewą ręką po kredkę, dostanie po niej linijką.  Poczuje ból, to wreszcie się oduczy. I być może rzeczywiście tak się stanie.

Nasz "zdrowy," oduczony leworęczności malec podrośnie i wreszcie pójdzie do szkoły. Zgarnie pierwszą jedynkę z matematyki, bo choć poprawnie rozwiąże zadanie, nie skorzysta ze sposobu podanego w podręczniku. Poczuje złość i niezrozumienie sytuacji, bo przecież wynik się zgadza. Ba, każde, nawet najmniejsze działanie odzwierciedla jego logiczne rozumowanie. Za nieprzyznanie racji nauczycielowi zgarnie uwagę w gratisie. Z biegiem czasu matematyka przestanie sprawiać mu przyjemność. Nie będzie już żadnej ekscytującej burzy mózgów, tylko twarde i, nie wiedzieć czemu, jedynie słuszne zasady. Wreszcie po siedmiu godzinach wyjdzie ze szkoły. Odetchnie świeżym powietrzem i poczuje się wolny. Tylko przez chwilę. Zaraz ktoś pociągnie go z bara za to, że ma glany i nie słucha Rihanny. Pieprzony outsider - tak mówią o nim rówieśnicy. 

Wreszcie skończy tę cholerną szkołę i pójdzie do pracy. Zaproponuje ciekawe rozwiązanie i zostanie zrugany. Przez współpracowników - bo ledwo przyszedł, a już się panoszy i wychodzi przed szereg. Przez szefa - bo swoim niestandardowym pomysłem podważa kilkunastoletnie doświadczenie przełożonego. I znów, tak samo jak za czasów szkolnych, ktoś zabije w nim kolejne pokłady kreatywności i radość tworzenia. 

Na szczęście życie nie kończy się na pracy. Facet znajdzie wreszcie kobietę swojego życia. Mega ciepłą, inteligentną, zaradną i...7 lat od niego starszą. Na dodatek z 5-latkiem pod pachą. Dla niego ten związek będzie prawdziwym wyzwaniem. Będzie stawał na głowie, żeby udowodnić jej, że pomimo różnicy wieku, nie jest wiecznym chłopcem i stworzy ciepły dom dla jej dziecka. Innego zdania będą jednak jego matka i całe zastępy ciotek, których imiona ledwo pamięta. No bo jak to tak? Starsza, na dodatek z dzieckiem? To nie przystoi. Poza tym skoro ktoś ją wcześniej zostawił świadczy o tym, że niezłe z niej ziółko. Wszystkowiedzące matrony będą mieszać, mącić i bardzo prawdopodobne, że wreszcie dopną swego.  Kobieta go zostawi, bo ile można znosić docinki i upokorzenia. 

Minie kilkadziesiąt lat i nic się nie zmieni. Całe życie upłynie mu pod hasłem niespełnienia. Bo zawsze ktoś lub coś będzie go usilnie sprowadzać na ziemię. Nawet jeśli będzie w wieloletnim związku i dorobi się gromadki dzieci. W podeszłym wieku napisze testament. Coś w stylu: "Proszę, nie przynoście na mój pogrzeb kwiatów. Zamiast tego ufundujcie temu ubogiemu, zdolnemu dzieciakowi z sąsiedztwa obóz sportowy." I znów nikt, nawet najbliżsi, nie uszanują jego woli. Jego prawa do własnych decyzji. Jego inności i własnego sposobu na życie i... śmierć. Pogrzeb bez morza kwiatów? Nie ma mowy. Co powiedzą sąsiadki? Znów będzie się liczyło, co pomyśli cały świat. I znów w tym świecie zabraknie miejsca dla niego prawdziwego - marzyciela i idealisty, faceta z błyskiem w oku i niepowtarzalną energią.       

Tacy ludzie jak on umierają codziennie pomiędzy naszym pierwszym a drugim gryzem kanapki. Robią to za każdym razem, gdy podcinamy im skrzydła. Gdy zabijamy ich potencjał. Piętnujemy nieszablonowe zachowanie. Karzemy za wyjątkowość. Nazywamy idiotami za to, że mają wiecznie przyklejony uśmiech do twarzy. Zabijamy pomysłowość. Zapominamy, że można inaczej. Inaczej niż ja czy Ty. Zapominamy, że przecież do niedawna byliśmy tacy sami. Z głową pełną pomysłów i nadziei. Z tysiącem marzeń, które jak się chce, można spełnić. Ale w pewnym momencie przestaliśmy słuchać samych siebie i dopuściliśmy do siebie głos z zewnątrz. Bełkot, z którego wynikało, że 90% rzeczy nam nie wolno, a pozostałych 10% nie wypada. Pozwoliliśmy zabić swoje marzenia. Z czasem zaczęliśmy zabijać je w innych. Swoim brakiem wiary i wsparcia. Gardzącym spojrzeniem, ironicznym słowem. I wiesz, tak się zastanawiam, po cholerę nam lek na raka skoro to my jesteśmy mistrzami zabijania? Na co dzień i od święta. Do kotleta i rosołu. W przerwie na mecz i podczas wyjścia do pracy. Robimy to cały czas.

Myślę, że najwyższy czas się obudzić. Zacząć żyć i pozwolić żyć innym. Nie tylko dawać przyzwolenie, ale również pomagać innym wzrastać. Bo jeśli damy coś od siebie, to wcale nam nie ubędzie. Urośniemy razem z tym, którego nakarmiliśmy dobrą energią.  Ot, życiowy paradoks.  

PS. Koniecznie obejrzyj. To tylko 8 minut. 8 minut, które może zmienić Twoje życie.
PS.1. Jeżeli spodobał Ci się mój tekst, proszę, podaj go dalej. Nie lubię pisać do ściany.  

 Ściskam!