Fot. Socjopatka (:

To drugi dzień z rzędu, który spędzam w pidżamie. Nigdzie nie biegnę, bo nie muszę. Zwalniam się z większości obowiązków i nie czuję ulgi. Kuchnia wydaje mi się dziś wyjątkowo odległa, choć dzieli mnie od niej zaledwie kilkanaście kroków. Ochota na coś ciepłego sprawia, że jednak wstaję. Może kubek zielonej herbaty z miętą postawi mnie na nogi, bo wcale nie czuję jakbym stała. A przecież stoję. Dzisiaj mało mnie we mnie.  A może wręcz przeciwnie, zbyt dużo. I dlatego jest mi tak ciężko. Na sercu i głowie.  Żeby poczuć się choć trochę lżej, wspominam miniony marzec. I właśnie dlatego zapraszam Was na marcowe What's up?

What's up? to mój nowy comiesięczny cykl wpisów, z którego dowiecie się:
  • jak mi idą treningi
  • co dobrego ląduje na moim talerzu
  • gdzie podróżuję
  • co mnie inspiruje (muzyka, książka, film, kanał na yt, blog) 
  • jakie miejsca polecam 
  • co u mnie słychać prywatnie i jakie mam przemyślenia

W dzisiejszym What's up? zdradzam m.in.:

  • czy warto trenować crossfit
  • gdzie są dobre burgery i mojito w Warszawie
  • gdzie można dobrze i tanio zjeść w Wiedniu
  • tytuły stand-upów, po  obejrzeniu których brzuchy rozbolą Was ze śmiechu (:

Marzec był... dobry. Cholernie dobry ♥.  A to wszystko za sprawą dwóch rzeczy - powrotu do regularnej aktywności fizycznej i wycieczki do Wiednia.

To właśnie miesiąc temu wróciłam do swojej miłości sprzed roku. Miłości, która potrafi mnie przetyrać jak nikt inny, sprowadzić do poziomu podłogi i sprawić, bym naparzała burpeesy jak szalona. Mowa oczywiście o crossficie, który poznałam w ubiegłe wakacje. Są to tak naprawdę jedyne zajęcia, na które chodzę z przyjemnością, nawet gdy coś mi nie wychodzi i czuję się jak totalny cienias. Znowu mam poczucie, że robię coś dla siebie, w 100% dla siebie. Crossfit to moje dwie pieczenie na jednym ogniu - robię dobrze zarówno swojemu ciału jak i umysłowi. I Wam polecam to samo. Znajdźcie aktywność, która sprawia Wam frajdę i... nie odpuszczajcie :).


Marzec był również pod hasłem promocji, podczas której upolowałam bilety autobusowe w śmiesznie niskiej cenie. Jedyne 5 złotych sprawiło, że po raz pierwszy wylądowałam w Austrii, na dodatek w towarzystwie niezawodnej Dagi. I choć spędziłyśmy w Wiedniu zaledwie jeden (chłodny) dzień, to zdążyłam się w tym mieście zakochać. Przepiękna architektura na każdym rogu, studencka pakistańska knajpa Der Wiener Deewan, w której jesz, ile chcesz i... płacisz, ile chcesz (o wysokości rachunku decydujesz przy kasie, serio!), pyszna włoska pizza w knajpie Disco Volante wypiekana w kuli dyskotekowej to zaledwie kropla w morzu atrakcji, jakie oferuje klimatyczna stolica Austrii. Jak przystało na prawdziwe shopping queens, nie mogłybyśmy odpuścić wizyty w podwiedeńskim Primarku. Moje zakupy zakończyły się trzema parami butów (tylko jedna dla mnie ;)). 


Wspomniana pakistańska knajpa i drzwi do damskiej toalety z pięknym przekazem ♥.


Moja druga w życiu wizyta w Primarku (:

Jeden marcowy trip niestety okazał się niewypałem - dosłownie. Po prostu nie doszedł do skutku, ale "nie ma tego złego...", bo dzięki temu wylądowałam w Warszawie w 7 Street Bar & Grill w towarzystwie Siostry i Jej narzeczonego na turbo wyżerce - dobrych burgerach, pysznych szejkach i obłędnym bezalkoholowym mojito, które mogłabym pić wiadrami. Jeżeli ktoś kwestionuje, że jedzonko to życie, to ja tej osobie nie ufam! :))


Ufam natomiast ludziom z dobrym poczuciem humoru, np. takim jak Łukasz "Lotek" Lodkowski. Jeżeli lubicie stand-upy i jeszcze tego pana nie znacie, to  czas najwyższy to nadrobić. Póki co obejrzałam "Zamawianie pizzy", "Blablacar", "Izba wytrzeźwień" i wszystkie trzy sprawiły, że ryłam wniebogłosy :)).



Wygląda na to, że właśnie dobrnęliśmy do końca marcowego What's up?. Mam nadzieję, że polecone przeze mnie miejsca i stand-upy znajdą się na Waszej liście do zobaczenia i wywołają niejeden uśmiech :). Zdradzicie mi swoje marcowe polecajki? Będę bardzo wdzięczna! (:

Ściskam!
 
Ostatnio zdradziłam Ci swoje pierwsze cztery lifehacki na szczęśliwe życie - klik. Sposoby na to, by zaczynać każdy kolejny dzień z wielkim uśmiechem na twarzy zarówno "pomimo" jak i "dzięki" różnym życiowym doświadczeniom i okolicznościom. Jeżeli jednak czujesz niedosyt, a w Twojej głowie wciąż pojawia się pytanie:
  • Skąd czerpać siłę?
  • Jak znaleźć energię do życia?
  • Jak przestać narzekać i zacząć cieszyć się życiem? 

... to zapraszam Cię na drugi wpis o tej tematyce :).

 

Nie przypisuj sobie zbyt dużej sprawczości 


Myślę, że większości z nas siła kojarzy się z poczuciem kontroli i sprawczością. I oczywiście jest w tym sporo prawdy. W końcu same możemy być tym słynnym sterem, żeglarzem i okrętem. Same decydujemy, gdzie w danej chwili jesteśmy, kto nam towarzyszy i czym się zajmujemy. Są jednak rzeczy, na które nie mamy absolutnie żadnego wpływu albo mamy naprawdę niewielki. Są to przede wszystkim sytuacje losowe - wypadek, choroba, śmierć, czyli tak naprawdę TOP 3 zdarzeń, na myśl o których mamy gęsią skórkę. W momencie, kiedy przestaniemy sobie przypisywać zbyt dużą sprawczość i powiemy sobie szczerze "To, co robię jest wystarczające", przestaniemy się również za te rzeczy obwiniać. To najtrudniejsza i jednocześnie najbardziej wartościowa praca domowa do odrobienia. Warto się do niej przyłożyć nie tylko dla nas samych, ale również dla naszych bliskich. Ulga, spokojniejsze głowa i serce gwarantowane.

Fot. Mikołaj Sumiński. / MUA Marlena Markowska

 

Wystawiaj się na próby 


To, że każdy z nas ma jakieś lęki i obawy to jedna sprawa. To, co z nimi robimy to druga. Jak zwykle mamy dwa klasyczne rozwiązania - zamieść je pod dywan i udawać, że wcale ich tam nie ma albo przepracować. Zawsze wybieram numer dwa. Powiem Ci szczerze, że jeszcze do niedawna bałam się w zasadzie wszystkiego, co nowe. Tego, czego nie mogłam w 100% przewidzieć i zaplanować. A nie da się ukryć, że jest sporo takich sytuacji, których kalendarz nie jest w stanie uwzględnić. Wcześniej każde niezapowiedziane BOOOM!  oznaczało moje wycofanie i rezygnację. Możliwe, że dzięki temu czułam się spokojna i bezpieczna, ale na pewno nie byłam spełniona, zadowolona z siebie i życia. A na pewno nie tak jak jestem teraz.  Brak satysfakcji sprawił, że postanowiłam działać pomimo lęku. I Ciebie zachęcam do tego samego. Jeżeli czegoś się boisz, nie poświęcaj swojego czasu i energii na walkę z tym stanem. To nie ma sensu. Po prostu bój się i rób. Więcej na temat oswajania lęku przeczytasz w jednym z moich wcześniejszych wpisów - o tutaj.

Bądź kobietą, którą chciałabyś mieć za przyjaciółkę 


Brzmi banalnie, prawda?  Ale chyba nie ma bardziej zawistnej społeczności od kobiecej. W sumie to bardzo dziwne. Czujemy podobnie, mamy podobną wrażliwość. Wchodzimy w te same role (np. bycie matką), a mimo to często na dzień dobry traktujemy się jak swoich największych wrogów. Odpowiada Ci taki układ? Spoko, ale pamiętaj, że jeżeli zachowujesz się jak kawał jędzy, to dostaniesz to samo od innych, być może z nawiązką. To, do czego bardzo chciałabym Cię zachęcić to wyłamanie się z tego bezsensownego schematu i wspieranie innych kobiet w ich dążeniach. Otwarte komplementowanie babeczek, nawet tych obcych. Inspirowanie się tymi obrotnymi zamiast zazdroszczenia im. Niech dobra energia krąży! :)

Wyznaczaj sobie pozytywne cele  


Pozytywne cele to te będące marzeniami :). Tym razem niech nie będą to rzeczy, które skrupulatnie zapisujesz w swoim plannerze turboproduktywności, rzeczy wymagające Twojego ogromnego zaangażowania. Niech to będzie wakacyjny wyjazd, który śni Ci się każdej nocy, spotkanie z kumpelą, które nie wiedzieć czemu przekładałaś już dobre sto razy albo kolacja w świetnej knajpie, na którą Cię stać, ale dotychczas po prostu na sobie dziadowałaś $.  To może być mała albo wielka rzecz. Dobra książka, cholernie kaloryczny deser na mieście albo nieprzyzwoicie długa kąpiel. Lot do Amsterdamu albo do najbliższego monopolowego po butelkę najlepszego wina. Whatever makes you happy, just do it, Kobieto!

Ale zaraz, zaraz, nie uciekaj mi jeszcze. Podobno za darmo można dostać tylko w mordę, więc żeby nie było, że naprodukowałam się dla Ciebie za darmo, czekam na Twoje sposoby na życiowy power i latanie po suficie. No nie bądź sknera, zdradź mi je w komentarzu pod postem :)).  

Ściskam!

Wpisuję w wyszukiwarkę hasło: "skąd czerpać siłę do życia?" i w zaledwie 0,60 sekundy wyskakuje mi 1 460 000 źródeł o tej tematyce. Co gorsza, wcale mnie ta liczba nie dziwi.  W końcu bardzo często czujemy się słabi. Czasem nie dostrzegamy drzemiącej w nas mocy. A czasem rzeczywiście gubimy ją w codziennym biegu. Pozwalamy innym się z niej okradać. Nierzadko sami to robimy. 

Mnie też zdarzają się gorsze momenty, ale szybko się po nich podnoszę. I myślę, że właśnie na tym polega życie. Nie chodzi w nim o to, żeby kurczowo trzymać się barierki w obawie przed upadkiem. Tylko o to, by obić tyłek setki razy i po każdej glebie otrzepać kolanka, podnieść się i  pójść dalej. Jak to zrobić? Ile ludzi, tyle sposobów, by tę siłę odzyskać. Pozwól, że podzielę się z Tobą moimi sposobami. Są proste, a przede wszystkim skuteczne. Jedyne czego potrzebujesz to chęć pracy nad sobą i konsekwencja. W sumie mam 8 sprawdzonych lifehacków, poprawiaczy nastroju, energetycznych dopalaczy - zwał jak zwał. Łap dziś ode mnie pierwsze cztery:


Zaakceptuj to, kim jesteś teraz


W obecnym kształcie. Z aktualną wagą , stanem zdrowia, zasobnością portfela, wykształceniem lub jego brakiem. I dopiero wtedy wprowadzaj zmiany. Nie ma sensu zmieniać się dla kogoś, kogo nie lubisz. Uwierz mi, że nienawiść jest kiepskim motorem napędowym. Możesz nazywać siebie "grubą świnią", zapieprzać na siłowni jak dziki osioł, trzymać czystą michę, zrobić niesamowitą formę i ...do końca życia tą "świnią" pozostać. Magiczna liczba na wadze ani odbicie w lustrze tego nie zmienią. To, co musi się zmienić to Twój sposób myślenia. To samo tyczy się pozostałych dziedzin życia. Możesz skończyć dwa kierunki studiów, zrobić doktorat, całe mnóstwo kursów doszkalających i dalej czuć się głupkiem. Dlatego zanim zaczniesz akcję: metamorfoza, powiedz sobie w myślach: "Jestem spoko i właśnie dlatego biorę się za siebie". 

Nie mów o siebie źle i nie ośmieszaj się w towarzystwie 


Odnoszę wrażenie, że kobiety przez większość czasu skupiają się na swojej rzekomej przeciętności i wszem i wobec ją manifestują. Zawsze mamy słabe wyniki w pracy, słabe zdrowie, związki, a nawet paznokcie. No nic tylko się położyć i pachnieć słabością. Wydaje mi się, że takie podejście ma dwie przyczyny. Po pierwsze, zbyt dużą wagę przywiązujemy do niepowodzeń. Robimy z nich ewenement na skalę światową, wierząc, że "lepiej jak ja o tym opowiem niż ktoś inny miałby to zrobić za mnie i mnie publicznie ośmieszyć". Po drugie, chorujemy na "skromność", a dokładniej mówiąc, jej błędne rozumienie. Bo skromnością nie jest kajanie się, robienie z siebie męczennicy czy życiowego nieudacznika. Nie jest nią również umniejszanie swojej wartości ani zasług. Ta prawdziwa skromność to umiejętność rozmawiania o swoich sukcesach bez jednoczesnego stawiania się ponad innymi. To jak, jesteś "skromna" czy skromna?


 Na zdjęciach z Dagą - Socjopatką :). Fot. Bartosz Sobczak :) 
 

Dawaj sobie to, czego oczekujesz od innych  


Prawda jest taka, że inni ludzie nie są od spełniania naszych oczekiwań. Choćby nie wiem jak się starali, nie są w stanie załatać ran, które nosimy głęboko w sercu. Nawet Twój ukochany mężczyzna nie będzie w stanie zapewnić Ci poczucia bezpieczeństwa, jeśli sama go sobie nie dasz, np. poprzez szacunek do swojego zdrowia czy budowanie poduszki finansowej. Z kolei komplementy zarówno obcych jak i bliskich nie sprawią, że się polubisz. One mogą co najwyżej poprawić Twoje samopoczucie. Na chwilę. To wszystko, czego potrzebujesz i o czym marzysz musi wyjść z Ciebie, z Twojego wnętrza. Inni  ludzie mogą tylko albo i aż Cię w tym wspierać.

Czerp siłę ze wspomnień 


W gorszych momentach wspomnienia są najlepszą siłą napędową. Kiedy wydaje Ci się, że gorzej być nie może, to właśnie one sprawiają, że znowu stajesz na nogi i chce Ci się chcieć. Najlepsze źródła wspomnień to moim zdaniem:

  • Słoik dobrych zdarzeń, do którego wrzucasz mini-karteczki, które w słabszy dzień przypominają Ci o beztroskich wakacjach, wygranym konkursie, usłyszanym od nieznajomego komplemencie czy motywującym do działania cytacie :) (więcej na temat magicznego słoika przeczytacie u Ani z bloga Ania maluje :))
  • Kalendarz, ale nie taki w formie "to-do list", tylko taki, który jest zbiorem "awesome things I've done" z przypisaną im  konkretną datą, która sprawia, że wspomnienia są wiecznie żywe :) (pamięć bywa zawodna).
  • Zdjęcia - w obecnych czasach zwłaszcza te umieszczone w mediach społecznościowych, bo niestety już mało kto wywołuje zdjęcia lub regularnie przegląda setki folderów na dysku. Dla mnie formę takiego publicznego albumu pełni instagram (kto nie obserwuje @fitkola, ten gapa! ;p). Uwielbiam po jakimś czasie wracać do tych wszystkich pięknych momentów, które jednym razem łapałam w pośpiechu, a drugim celebrowałam te chwile znacznie dłużej. 

Wygląda na to, że znasz już moje pierwsze cztery sposoby na to, by odzyskać swój wewnętrzny power. Jeżeli intrygują Cię kolejne cztery, koniecznie zajrzyj tu do mnie w piątek, 23 marca, bo właśnie wtedy opublikuję drugą część tego wpisu :).

Niech moc będzie z Tobą, 
ściskam! 

Choć mój blog nie jest o seksie, to dzisiaj odpowiem na nurtujące Cię pytanie - jak zrobić sobie dobrze w zaledwie 5 minut?  

Znam sporo kobiet, które myślą, że żeby zadowolić siebie trzeba najpierw zadowolić innych - partnera, szefa, przyjaciółkę. Są w stanie zrobić wiele, by zasłużyć na ich miłość, przyjaźń, czas i uznanie. I jak się pewnie domyślacie, jest to bardzo toksyczne zachowanie z dwóch względów. Po pierwsze, w języku zdrowych relacji wyrażenie "zasłużyć sobie na..." w ogóle nie powinno występować, a zwłaszcza kiedy mówimy o szacunku.  Nie wiem jak Ty, ale ja nie muszę zapieprzać jak osioł, wchodzić nikomu w dupę ani gotować 3-daniowego obiadu, by być szanowaną. Jasne, nie mam kontroli nad tym, co ktoś o mnie pomyśli, ale to ja decyduję, czy i którą opinię wezmę sobie do serca. A poza tym najważniejszą osobą, która powinna mnie szanować jestem ja sama. I właśnie od tego trzeba zacząć.

Niby prosta sprawa, a jednak tak często:

  • Uczymy się i zgarniamy piątki tylko po to, by zasłużyć na uznanie rodziców.
  • Zakładamy niewygodne, cholernie wysokie szpilki, by usłyszeć komplement od typa, którego pierwszy raz widzimy na oczy. 
  • Albo wręcz przeciwnie, rezygnujemy z założenia ulubionej sukienki, by nasz facet nie miał powodów do zazdrości.
  • Przytakujemy innym, by zasłużyć na miano bezkonfliktowych osób.
  • Rezygnujemy z marzeń, bo ktoś powiedział, że w tym wieku nie wypada albo w ogóle kobiecie to nie przystoi.

Serio? "Zasłużyć" to my sobie możemy w konkursie literackim abo będąc honorowym dawcą krwi, a nie jako żona czy córka.

Po drugie, żeby dzielić się z innymi, trzeba najpierw samemu zgromadzić. To naturalne, że w relacji z bliskimi chcemy dać z siebie wszystko, co najlepsze. I właśnie dlatego wstajemy kwadrans wcześniej, by zrobić ukochanemu facetowi śniadanie. Potrafimy zarwać nockę, byleby wyciągnąć przyjaciółkę z tarapatów. Jesteśmy w stanie rzucić wszystko i jechać na drugi koniec Polski tylko po to, by powiedzieć: "Tęskniłam" i choć na chwilę zanurzyć się w ulubionych ramionach.
I na etapie tych mikro gestów wszystko gra, bo w końcu pokazujemy jak bardzo nam zależy, prawda? 

Problem jednak leży w naszych oczekiwaniach. Często traktujemy bliskich jak łatkę, która uratuje nasze stare jeansy.  Chcemy kochać i tę miłość dostać w zamian, ale tutaj pojawia się pytanie, czy w ogóle potrafimy nią kogoś obdarzyć? Nie chodzi mi o tę "miłość", która pada na kolana i błagalnym tonem prosi o chwilę czułości. Ani o tę, która mówi: "Zrobię dla Ciebie wszystko, choćby kosztem swojego dobra". Taka "miłość" jest destrukcyjna, a przecież miłość powinna uskrzydlać, a nie upierdalać nam te skrzydła u podstaw. Taka "miłość" to niemiłość do samej siebie.

Jak zrobić sobie dobrze? - sprawdzone sposoby



A przecież chcesz mieć fajną, zdrową relację ze swoim partnerem czy dzieckiem. Wiem to, bo sama o tym marzę. I właśnie dlatego codziennie robię sobie dobrze.  Okazuję sobie troskę na tysiące sposobów:

  • Jem zdrowo z szacunku do swojego zdrowia. 
  • Trenuję, bo chcę być jeszcze silniejsza. 
  • Chodzę od rana do wieczora w pidżamie, kiedy potrzebuję totalnego resetu. 
  • Zakładam czerwoną sukienkę, kiedy chcę się poczuć jak milion dolców. 
  • Słucham muzyki w samotności, by pozbierać myśli.
  • Śpiewam w samochodzie, bo to poprawia mój nastrój.
  • Chodzę ze sobą do kina i na koncerty, bo to daje mi ogromną energię. 
  • Podróżuję sama, by poznać siebie jeszcze lepiej.
  • Szukam inspiracji w ludziach, książkach, kiedy mam wrażenie, że żyję byle jak. 
  • Mówię o sobie dobrze albo wcale, bo dbam o poczucie własnej wartości. 
Wiem, że miłość do samej siebie to podstawa zdrowych relacji, a ja bardzo sobie cenię szeroko rozumiane zdrowie. W końcu nie bez powodu nazwałam się Fitkolą :). Zastanawiam się, czy masz podobne podejście do mojego i czy też robisz sobie dobrze. Jeżeli tak, to koniecznie napisz mi, jak to robisz i co jest gwarancją Twojego emocjonalnego orgazmu  :D.

Ściskam!

Jest 1 lutego, a ja zabieram się za podsumowanie ubiegłego roku. I wiecie co? Nie czuję się z tym dziwnie ani nie mam z tego powodu nawet najmniejszych wyrzutów sumienia, bo zawsze jest dobry czas na podsumowania. Dlatego  rozsiądźcie się wygodnie z kubkiem herbaty i nieprzyzwoicie dobrą kanapką - zaczynamy.

 

Styczeń

W styczniu ubiegłego roku w pewnym sensie narodziłam się na nowo, ale wtedy jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy. Złamana końcówką 2016r. postanowiłam o siebie zawalczyć, choć perspektywa: "Będzie lepiej" wydawała mi się bardzo odległa. Jeśli mnie pamięć nie myli, to już w pierwszym tygodniu stycznia zapisałam się na wiosenny Runmageddon. Ot tak, pod wpływem chwili. I pomyśleć, że opowiadający od ponad roku o swojej zajawce do biegów z przeszkodami kolega nie zdołał mnie do tego przekonać. Coś musiało zmienić się w mojej głowie. No mówiąc wprost, musiałam się mocno wkurzyć i zawieść na kimś. To właśnie wtedy zapragnęłam zmiany, a właściwie lawiny zmian. Dlaczego? Po prostu miałam świadomość, że nie zasłużyłam sobie na to całe gówno, które dostałam w ramach prezentu i postanowiłam wziąć stery w swoje ręce. Poszłam za ciosem i jeszcze w tym samym miesiącu zapisałam się na zajęcia pole dance - nasza wyjątkowa przygoda trwała ok. pięć miesięcy.

Luty

W lutym miała miejsce moja wygrana sesja zdjęciowa połączona z wywiadem dla magazynu Elle, a to wszystko w towarzystwie przesympatycznych Dziewczyn - Kasi i Justyny z kanału Loveandgreatshoes. Podczas przygotowań zostałam przepięknie umalowana i ubrana (do dziś śni mi się bomberka wybrana dla mnie przez stylistkę!). Po prostu poczułam się jak milion dolców, a moje ego zostało przyjemnie dopieszczone. Podczas wywiadu miałam sporo do powiedzenia na temat pielęgnacji skóry (kto mnie zna, ten wie, jak bardzo siedzę w temacie ;)), a ostatecznie moje wypowiedzi zostały skrócone do dwóch mało istotnych zdań. Oczywiście nie mam o to pretensji - sesja zdjęciowa oraz wywiad były zorganizowane w ramach akcji promującej jedną z marek kosmetycznych i właśnie na to położono nacisk. Pamiętam jak dziś to przyjemne uczucie, gdy stałam w Tesco na dziale z prasą i oglądałam swoją mordkę w gazecie. Na samo wspomnienie na mojej twarzy pojawia się ogromny banan :).   


Z kolei w drugim tygodniu lutego po raz pierwszy miałam na nogach narty. Zaliczyłam swój pierwszy zjazd i pierwszą efektowną glebę ;), a żeby było ciekawiej - śmigałam na nartach dobre kilka godzin, mając przeziębiony pęcherz (na samą myśl o tym chce mi się siku ;p).


18 lutego to również wyjątkowa dla mnie data. Tego dnia odbyły się warsztaty i pogaduchy z Anią - Aniamaluje, a to wszystko dzięki uprzejmości Sound Garden Hotel. Oby więcej takich wyjątkowych spotkań i inspirujących babeczek ♥.


Marzec


Dokładnie 5 marca zaczęłam sezon rowerowy - wjechało przyjemne 40 km w miłym towarzystwie. A mówiąc o rowerach, nie mogę nie pozdrowić mojej kochanej blogowej bratniej duszy - Magdy. Podejrzewam, że z początkiem marca wzięłam się również za bieganie - do Runmageddonu były niespełna trzy miesiące.


Kwiecień 


W drugi weekend kwietnia wyruszyłam z paczką blogoprzyjaciół do Gdyni na konferencję o zdrowym odżywianiu. Liseł, Szymon, Magda, Weronika, Daga, Bartek, bardzo Wam dziękuję za ten czas, bo chyba właśnie wtedy coś między nami "kliknęło" na dobre :).


9 kwietnia planowałam wrócić z Trójmiasta do Warszawy na koncert Nattali Rize (wygrałam dwa bilety w dwóch różnych konkursach i z żadnego nie skorzystałam, czaicie to? ;p), ale jak to bywa z planami - można je zmieniać do woli i tak też się stało tym razem. Dzięki temu o jeden dzień dłużej mogłam nacieszyć się morzem i... nawiązałam wyjątkową znajomość, ale to już poza Trójmiastem :).

Bezpośrednio przed Wielkanocą wybrałam się na wycieczkę do Lublina i zakochałam się w tym miejscu :). Pod koniec miesiąca wyruszyłam do Krakowa, by spędzić kilka godzin w towarzystwie Weroniki - Moyemu. Pierogi, disco-polo, spalona żarówka w samochodzie i my - to chyba najlepsze podsumowanie tego spotkania :).

Maj 


W maju wygrałam karnet do lokalnego fitness clubu i pocisnęłam troszkę z zajęciami. A już 27 maja przebiegłam Rummageddon Intro (3 kilometry, 15 przeszkód), mając najlepszych ludzi u boku :).


Czerwiec


W czerwcu odhaczyłam kolejny koncert Bednarka podczas Dni Ursusa. To był ostatni miesiąc współpracy z moim ówczesnym pracodawcą, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam ;).

Lipiec


Lipiec był istną petardą. Cztery dni w Amsterdamie.  96 godzin czystego szczęścia i poznawania nowego, a to wszystko w najlepszym towarzystwie. Mój drugi lot samolotem, a pierwszy zagraniczny i pierwszy... w pojedynkę! :D 


Końcówka lipca to weekendowy powrót do Gdyni za sprawą See Bloggers, czyli kolejne spotkanie na blogerskim szczycie haha :). 


Sierpień


Sierpień to reggae. Duuużo reggae ♥. Nie wyobrażam sobie tego miesiąca bez Ostródy (... i Shaggy'ego! :)) W zasadzie na spontanie zapadła decyzja o wyjeździe w Bieszczady i autostopie - to wtedy pękło moje pierwsze 200 kilometrów przejechanych autostopem :). Nie zabrakło noclegu na dziko i zdobycia Tarnicy. Dla takich chwil warto żyć, dlatego nie zwolniłam tempa i bezpośrednio z Bieszczad pojechałam do Bielawy - na kolejny festiwal reggae. Koncertu Naamana nie zapomnę do końca życia.


Wrzesień


Początek roku szkolnego zszedł się w czasie ze zmianami w życiu zawodowym. Nie obyło się bez nerwów, ale teraz mogę przyznać z ogromną ulgą - tego mi było trzeba. Nie chcąc wchodzić w szczegóły i publiczne pranie brudów, powiem Wam jedno. Żyjcie w zgodzie ze sobą - zawsze, bez względu na to, czy chodzi o życie prywatne czy zawodowe. I nie rezygnujcie z wartości, w które naprawdę wierzycie. Nie warto, a zwłaszcza nie dla pieniędzy i ludzi, którzy mówią prawdę tylko wtedy, gdy się pomylą.

Wrzesień był również pod hasłem corocznego Święta Kwiatów, Owoców i Warzyw. Odhaczyłam swój pierwszy w życiu koncert Dawida Kwiatkowskiego. Mówcie, co chcecie, ale chłopak daje radę ;). W drugiej połowie września doszła do skutku moja wygrana sesja zdjęciowa. Marlena, Mikołaj - zrobiliście kawał dobrej roboty :).


Dwa dni później  wybrałam się na egzamin  do Pro Make Up Academy w roli modelki. Moja wizażystka, Marysia, spisała się na medal.

 
W sobotę 23 września o 08:30 wystartowałam w kolejnym Runmageddonie - tym razem był to Rekrut, czyli 6 kilometrów i 30 przeszkód. Tego dnia zdobyłam swój pierwszy medal :). 


Październik


W porównaniu do innych miesięcy październik był bardzo spokojny. Jedynym wydarzeniem, które zapamiętałam była warszawska konferencja dotycząca życia osobistego. Niestety nie do końca sprostała moim oczekiwaniom ze względu na swój powierzchowny charakter, tj serwowanie absolutnie podstawowej wiedzy głównie z zakresu odżywiania i aktywności fizycznej. Osoby, które nie miały wcześniejszej styczności z tymi tematami mogły wyjść z konferencji usatysfakcjonowane.

Spośród ok. sześciu wybranych przeze mnie warsztatów trzy naprawdę przypadły mi do gustu. Największym zaskoczeniem okazały się warsztaty dot. stresu oraz joga śmiechu, na którą trafiłam przypadkiem. Jeżeli jeszcze o niej nie słyszeliście, to najwyższy czas to nadrobić :).


Listopad


W listopadzie ukończyłam swój pierwszy Bieg Niepodległości na 5 kilometrów, do którego w ogóle się nie przygotowałam. Około 2-miesięczna przerwa w bieganiu sprawiła, że biegło mi się cholernie ciężko. Na szczęście nie poddałam się na trasie i drewniany medal z orzełkiem dołączył do mojej skromnej kolekcji.


18 listopada wyruszyłam do Wrocławia, by po raz trzeci zostać wolontariuszem podczas One Love i spędzić cudowny dzień w towarzystwie mojej kochanej Pauli.



Grudzień

W grudniu miał miejsce mój długo wyczekiwany koncert Gentlemana. Tego, co ten człowiek zrobił na scenie nie da się opisać. MAJ-STER-SZTYK. Co prawda nie udało mi się go złapać po koncercie, ale ten czas uświetniła mi obecność Alborosie, z którym nagrałam krótki filmik :).

Dzień później wystartowałam z Lisem na kolejną Blogowigilię, na której poznałyśmy kilka naprawdę fajnych ziomków. Było ozdabianie gwiazdy betlejemskiej, escape room, do którego nie zdążyłyśmy się wybrać, wysyłanie świątecznych kartek do podopiecznych fundacji Anny Dymnej ♥ i kilka innych atrakcji. Najważniejszy jednak był czas, który spędziłyśmy razem - ja, Liseł, Kasia i Emilka.


To było 12 miesięcy pełnych próbowania nowego, przesuwania kolejnych granic i rozwijania skrzydełek.  Niech 2018 będzie jeszcze lepszy - dla Was i dla mnie.

Ściskam!
 Fot. Mikołaj Sumiński / MUA Marlena Markowska 
Przez okrągły rok zmotywowane blogiery zalewają internet swoimi DIY planerami - tygodnikami, miesięcznikami. Polecają najlepsze habit trackery i co-tam-jeszcze-sobie-zamarzysz, a to wszystko ku chwale turbo produktywności. Za każdym razem, gdy coś takiego widzę, w mojej głowie pojawia się myśl: "No nic tylko rzucić robotę, zostać w domu i drukować te magicznie zmieniające życie tabelki, testować skazujące nas na sukces apki". Jednak już jeden mały łyk wina sprawia, że krew dopływa mi do mózgu i porzucam te szalone plany (... i drukuję po pracy ;p, np. taki piękny roczny mini-planer od Los Grafikos). Ale część tzw. influencerów chyba nie pije wina (nawet Prosecco z open baru?!) albo pije za słabe, bo dalej napieprza jak karabin maszynowy motywującymi cytatami w nieco dopieszczonej wersji - "Carpe diem, Koty!". Na prawo i lewo trąbią o swoich planach podbicia świata w najbliższym czasie - "Misie Pysie, koniecznie bądźcie ze mną w najbliższy poniedziałek". O upieczonej szarlotce dla teściowej, naprawionym kranie i porannej aktualizacji social mediów (a to wszystko w zaledwie 1,5 godziny!) piszą jak o zdobyciu Oscara.

Blogerskie pierdololo 


Rozglądam się wokół i zaraz, zaraz... Ja też mam sprawny kran i zdarza mi się upiec ciasto. No dobra, teściowej jeszcze się nie dorobiłam (U got me!). I choć też chętnie o tej szarlotce napiszę, ba, nawet pstryknę jej kilka fotek, to pod koniec roku nie zbiera mi się na pierdololo, czyli brak konsekwencji i gadanie dla samego gadania ("A nuż ktoś ważny zalajkuje i machnę virala" ;)). Ludzie, którzy planują każdą minutę swojego życia pod kątem produktywności pod koniec grudnia odkrywają Amerykę (sorry, kto inny był pierwszy). Jak jeden mąż twierdzą, że podsumowania są zbędne. Że to tylko przechwałki zamieszczone na łamach internetu. Albo wręcz przeciwnie - podkopywanie własnej, i tak niskiej, samooceny. Serio? To ci sami, którzy częściej podsumowują niż robią? One more wine, please, bo na trzeźwo nie dam rady.

Czy warto robić podsumowanie roku, miesiąca...? 


A ja właśnie myślę, że podsumowania są spoko, bo wtedy czarno na białym widzimy, co nam służy, a co nas krzywdzi. Co robimy zajebiście, a do czego mamy słomiany zapał. Na czym nam zależy. Na czym powinno nam zacząć zależeć bardziej, a w  jakich kwestiach możemy całkowicie odpuścić. Dużo łatwiej to wszystko ustalić, gdy patrzymy z dystansu, który przychodzi z czasem. A czy to będzie rok, dwa miesiące czy tydzień nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Tak samo jak to, czy wyciągnięte wnioski potraktujecie jak coś bardzo intymnego czy podzielicie się tym ze światem. Wasze życie, Wasze decyzje. W podsumowaniach najważniejsze jest to, żeby najpierw opadły nierzadko skrajne emocje - nadmierna ekscytacja, złość, urażona duma czy nie do końca uzasadniony żal do siebie,  które potrafią kosmicznie zakrzywić rzeczywistość. Dlatego dajcie sobie czas i... nie bójcie się podsumowań. Są naprawdę dobrym drogowskazem :).

Ściskam!


 Wrześniowy Runmageddon Rekrut (6km, 30 przeszkód) z moją ekipą :) 

Jesień może oznaczać tylko jedno - paradowanie w skąpym bikini mamy już za sobą. Uff. Wreszcie można poluzować szelki, nie spinać się z dietą i odpuścić siłownię. Przez kolejne kilka miesięcy nikt nie będzie wytykał nam cellulitu i pokaźnej oponki na brzuchu. Grube swetry i kurtki przykryją wszystko - włącznie z potrzebą dbania o siebie i swoje zdrowie. 

Jak zmotywować się do ćwiczeń jesienią i zimą?


W tym całym szale na bycie fit priorytetem powinno być zdrowie i bardzo dobre samopoczucie. Nie nogi-karabiny. Nie krata na brzuchu. Nie ładnie zarysowane plecy. Tylko zdrowie. Cała reszta to przyjemne efekty uboczne, które jeszcze bardziej nakręcają do działania. Chyba każda z nas zna przynajmniej jedną atrakcyjną, szczupłą dziewczynę, która nie jest ani zdrowa ani tym bardziej szczęśliwa, prawda? No właśnie, ładna sylwetka nie załatwi sprawy. Nie sprawi, że będziemy dla siebie lepsze. Nie zmotywuje nas do dalszego rozwoju na różnych płaszczyznach życia. Na rozwój i bycie szczęśliwą trzeba mieć po prostu siłę - zarówno tę fizyczną jak i psychiczną. A dbałość o siebie powinna wynikać z troski o samą siebie, a nie bycia surowym sędzią albo swoim własnym wrogiem.

A gdyby tak zmienić priorytety?


I właśnie dlatego zachęcam nas (siebie również!) do aktywności fizycznej bez względu na to, co widzimy za oknem. Słońce, deszcz, śnieg niech nie będą wyznacznikiem naszego zaangażowania. Każda z nas zasługuje na dobre samopoczucie zarówno przy plus jak i minus 20 stopniach. Wiem, że w tym drugim przypadku dużo trudniej znaleźć motywację. W końcu nic tak nie motywuje jak wizja zbliżającego się wielkimi krokami urlopu czy zbyt ciasna weselna sukienka. Ale jeśli przewartościujemy w swojej głowie priorytety i zdrowie stanie się naszym numerem #1, to wszystko stanie się dużo prostsze. Każdy wybór, każda życiowa decyzja będzie poprzedzona pytaniem: Czy to służy mojemu zdrowiu i lepszemu samopoczuciu? Jeżeli tak, wchodzę w to. Jeżeli nie, biorę nogi za pas i tyle mnie widzieli ;).  

Spokojnie! 


Poza tym jesień i zima są naprawdę spoko z trzech względów. Przede wszystkim dają nam możliwość działania w swoim tempie, na spokojnie. Już nie wpisujemy w wyszukiwarkę desperackich haseł typu:
     
  • Jak zgubić 10 kg w miesiąc? - Najprościej kupić worek ziemniaków i zostawić go przy kasie. Jeśli trzeba zgubić więcej, czynność należy powtórzyć ;). 
  • Czy pokocha mnie taką grubą? - A czy Ty pokochasz go takiego nieidealnego? 
  • Kostiumy kąpielowe dla wielorybów - Angażujesz się w działania Green Peace czy o co chodzi? 

Robimy swoje, nie widząc na horyzoncie deadline'u, który już za chwilę zweryfikuje, czy to, co tak dzielnie dźwigamy na swoich serdelkach zasługuje na miano "beach body" (Beach body? Bitch please!) Działając bez presji czasu, działamy mądrze. Nie łapiemy się drakońskich diet czy aktywności, które zdecydowanie przerastają obecne możliwości naszego ciała. Krótko mówiąc, po prostu nie wariujemy i nie robimy sobie krzywdy. 

Do celu! 



Druga kwestia to efekty. Chodź jest to bardzo indywidualna kwestia, to oczywistym jest, że dużo więcej możemy osiągnąć w przeciągu 10 miesięcy niż w niespełna dwa. Dlatego jeśli wciąż upieracie się przy tym, że to głównie wizja lata napędza Was do działania, pomyślcie, że już teraz - w te szare, deszczowe dni pracujecie na te letnie, spędzone w swoich wymarzonych miejscach. Zwłaszcza w takich momentach szkoda tracić czas i energię na wieczne niezadowolenie z siebie. Wtedy bardzo łatwo przegapić lub zrezygnować z pięknych wakacyjnych wspomnień. Dlatego jeśli byle fałdka na brzuchu jest w stanie powstrzymać Was przed kąpielą w oceanie, to... marsz na siłownię/na dwór! Spacerowanie szybkim tempem, bieganie, ćwiczenia w domowym zaciszu lub na siłowni, joga, pływanie - to wszystko przybliża Was do wakacji, podczas których będziecie martwić się jedynie tym, czy Wasze ulubione szorty zmieszczą się do bagażu podręcznego, a nie czy w ogóle odważycie się je na siebie założyć (sic!).

To się opłaca


Poza tym jesienno-zimowy okres ma jeszcze jedną zaletę. Przychodzi październik, a wraz z nim pustoszeją siłownie i leśne ścieżki. Wtedy dużo łatwiej wyjść z domu i nad sobą popracować, zwłaszcza jeśli wizja gapiących się na Was ludzi (to tylko schiza ;), dotychczas powstrzymywała Was przed działaniem. Co więcej, dbając o swoje interesy, siłownie i kluby fitness oferują atrakcyjne karnety i świąteczne vouchery w korzystnych cenach. To idealna okazja, żeby spróbować czegoś nowego! 

Mam ogromną nadzieję, że każdy, kto zapyta wujka Google: "Jak zmotywować się do ćwiczeń jesienią i zimą?", znajdzie odpowiedź w postaci mojego tekstu i podniesie tyłeczek z kanapy :). 


Trzymajcie się ciepło i... zdrowo!