Jako rasowy obżartuch nie przepadam za  kotletami odgrzewanymi 5-ty dzień z rzędu. Ja wiem, że kotlety są smaczne, ale nie kiedy są stare i kiedy wciskają Ci je na siłę mama, babcia i sąsiadka jednocześnie. Jest przecież tyle pysznego jedzonka do odkrycia. Po co więc się tak ograniczać? I dokładnie tak samo jest z akcjami blogerskimi. Polecamy tych wszystkim znanych, których gwiazda świeci najjaśniej. Nieważne, że 95% blogerów byłoby w stanie wyrecytować adres ich bloga bez najmniejszego zająknięcia. Nieważne, że ta kolejna wzmianka nic nie wnosi do kolorytu blogosfery. Promujemy to, co znane i "bezpieczne". Nie lubimy się wychylać i odsłaniać swoich prywatnych kart. Zwłaszcza, gdy kółeczka wzajemnej adoracji są tak kuszące.



 Nikolina z fitkola.blogspot.com i Milena z najlepszapora.pl


Ale nie dla mnie i nie dla Mileny z bloga Najlepsza Pora, która zaprosiła mnie do współtworzenia akcji: Odkrywamy blogosferę. Pewnie teraz zastanawiasz się, czym ta akcja miałaby się różnić od tysiąca innych blogowych polecajek? Spieszę z pomocą i już Ci wszystko tłumaczę.

Odkrywamy blogosferę


Najwyższy czas na przewietrzenie blogosfery i odkrycie nowych, wartościowych miejsc. Naszym celem jest zwrócenie Twoich oczu na mało znanych twórców, którzy bez wątpienia zasługują na swoje "5 minut" i dotarcie do szerszego grona odbiorców. Dlatego co powiesz na nurkowanie w sieci? Znajdź 3 raczkujące lub po prostu dotychczas Ci nieznane blogi i napisz na ich temat świąteczny wpis, który opublikujesz 31 sierpnia. Dlaczego akurat wtedy? Okazja jest nie byle jaka. Właśnie wtedy przypada Dzień Blogów - dzień, w którym warto pokazać, że blogosfera to naprawdę inspirujący i niekoniecznie hermetyczny świat. Myślę, że większości z nas na co dzień brakuje czasu na regularne przekopywanie blogosfery w poszukiwaniu nowości. Jednakże wspólnymi siłami możemy stworzyć bazę blogerskich perełek, które będziemy mogli sukcesywnie poznawać ;).



Jak stworzyć wpis?


Jedyne o co Cię proszę to stworzenie w/w wpisu. Zasady są naprawdę proste. Od dziś do 30 sierpnia masz czas na znalezienie i wybranie najciekawszych, a jednocześnie mało docenianych blogów. 31 sierpnia publikujesz wpis ze swoimi typami, w którym uzasadniasz, kto i dlaczego powinien poznać wskazanych przez Ciebie twórców. Będzie mi niezmiernie miło, jeżeli w swoim wpisie wykorzystasz oficjalny plakat akcji, który jest do pobrania tutaj.

Jeżeli podoba Ci się idea promowania nowych twórców, poślij dalej w świat informację o akcji :). Jako mały bloger zdaję sobie sprawę, jak duże znaczenie ma choćby mała wzmianka, lajk czy udostępnienie, dlatego już teraz z góry Ci dziękuję za pomoc!

Jeżeli masz jakieś pytania bądź wskazówki dot. przebiegu akcji, pisz śmiało! Tylko z Twoim udziałem wietrzenie blogosfery ma szansę się udać! :) 


Ściskam

Fot. Socjopatka :*

Wyobraź sobie kilkuletnie dziecko bazgrzące w zeszycie. Właśnie skończyło rysować swój pierwszy w życiu ogród. Wow, ile w nim pięknych, wyjątkowych kwiatów. Ale zaraz, zaraz, narysowało to wszystko lewą ręką? Oops, musimy tego malca naprawić. Podczas kolejnych zabaw będziemy trzymać go za lewą rączkę, wtedy z braku wyboru zacznie malować prawą. Ej, to nie działa. Dziecko odruchowo uwalnia lewą rękę z uścisku dorosłej dłoni i sięga po kredkę. To może zrobimy inaczej, bo wiesz "lewa rączka jest zła, a prawa dobra" - idziemy w uparte, ale ono dalej swoje. Przecież obydwie rączki są takie same. Ale nie dla nas. Żeby je przekonać przyjmujemy bardziej stanowczy ton i strategię. Za każdym razem, gdy sięgnie lewą ręką po kredkę, dostanie po niej linijką.  Poczuje ból, to wreszcie się oduczy. I być może rzeczywiście tak się stanie.

Nasz "zdrowy," oduczony leworęczności malec podrośnie i wreszcie pójdzie do szkoły. Zgarnie pierwszą jedynkę z matematyki, bo choć poprawnie rozwiąże zadanie, nie skorzysta ze sposobu podanego w podręczniku. Poczuje złość i niezrozumienie sytuacji, bo przecież wynik się zgadza. Ba, każde, nawet najmniejsze działanie odzwierciedla jego logiczne rozumowanie. Za nieprzyznanie racji nauczycielowi zgarnie uwagę w gratisie. Z biegiem czasu matematyka przestanie sprawiać mu przyjemność. Nie będzie już żadnej ekscytującej burzy mózgów, tylko twarde i, nie wiedzieć czemu, jedynie słuszne zasady. Wreszcie po siedmiu godzinach wyjdzie ze szkoły. Odetchnie świeżym powietrzem i poczuje się wolny. Tylko przez chwilę. Zaraz ktoś pociągnie go z bara za to, że ma glany i nie słucha Rihanny. Pieprzony outsider - tak mówią o nim rówieśnicy. 

Wreszcie skończy tę cholerną szkołę i pójdzie do pracy. Zaproponuje ciekawe rozwiązanie i zostanie zrugany. Przez współpracowników - bo ledwo przyszedł, a już się panoszy i wychodzi przed szereg. Przez szefa - bo swoim niestandardowym pomysłem podważa kilkunastoletnie doświadczenie przełożonego. I znów, tak samo jak za czasów szkolnych, ktoś zabije w nim kolejne pokłady kreatywności i radość tworzenia. 

Na szczęście życie nie kończy się na pracy. Facet znajdzie wreszcie kobietę swojego życia. Mega ciepłą, inteligentną, zaradną i...7 lat od niego starszą. Na dodatek z 5-latkiem pod pachą. Dla niego ten związek będzie prawdziwym wyzwaniem. Będzie stawał na głowie, żeby udowodnić jej, że pomimo różnicy wieku, nie jest wiecznym chłopcem i stworzy ciepły dom dla jej dziecka. Innego zdania będą jednak jego matka i całe zastępy ciotek, których imiona ledwo pamięta. No bo jak to tak? Starsza, na dodatek z dzieckiem? To nie przystoi. Poza tym skoro ktoś ją wcześniej zostawił świadczy o tym, że niezłe z niej ziółko. Wszystkowiedzące matrony będą mieszać, mącić i bardzo prawdopodobne, że wreszcie dopną swego.  Kobieta go zostawi, bo ile można znosić docinki i upokorzenia. 

Minie kilkadziesiąt lat i nic się nie zmieni. Całe życie upłynie mu pod hasłem niespełnienia. Bo zawsze ktoś lub coś będzie go usilnie sprowadzać na ziemię. Nawet jeśli będzie w wieloletnim związku i dorobi się gromadki dzieci. W podeszłym wieku napisze testament. Coś w stylu: "Proszę, nie przynoście na mój pogrzeb kwiatów. Zamiast tego ufundujcie temu ubogiemu, zdolnemu dzieciakowi z sąsiedztwa obóz sportowy." I znów nikt, nawet najbliżsi, nie uszanują jego woli. Jego prawa do własnych decyzji. Jego inności i własnego sposobu na życie i... śmierć. Pogrzeb bez morza kwiatów? Nie ma mowy. Co powiedzą sąsiadki? Znów będzie się liczyło, co pomyśli cały świat. I znów w tym świecie zabraknie miejsca dla niego prawdziwego - marzyciela i idealisty, faceta z błyskiem w oku i niepowtarzalną energią.       

Tacy ludzie jak on umierają codziennie pomiędzy naszym pierwszym a drugim gryzem kanapki. Robią to za każdym razem, gdy podcinamy im skrzydła. Gdy zabijamy ich potencjał. Piętnujemy nieszablonowe zachowanie. Karzemy za wyjątkowość. Nazywamy idiotami za to, że mają wiecznie przyklejony uśmiech do twarzy. Zabijamy pomysłowość. Zapominamy, że można inaczej. Inaczej niż ja czy Ty. Zapominamy, że przecież do niedawna byliśmy tacy sami. Z głową pełną pomysłów i nadziei. Z tysiącem marzeń, które jak się chce, można spełnić. Ale w pewnym momencie przestaliśmy słuchać samych siebie i dopuściliśmy do siebie głos z zewnątrz. Bełkot, z którego wynikało, że 90% rzeczy nam nie wolno, a pozostałych 10% nie wypada. Pozwoliliśmy zabić swoje marzenia. Z czasem zaczęliśmy zabijać je w innych. Swoim brakiem wiary i wsparcia. Gardzącym spojrzeniem, ironicznym słowem. I wiesz, tak się zastanawiam, po cholerę nam lek na raka skoro to my jesteśmy mistrzami zabijania? Na co dzień i od święta. Do kotleta i rosołu. W przerwie na mecz i podczas wyjścia do pracy. Robimy to cały czas.

Myślę, że najwyższy czas się obudzić. Zacząć żyć i pozwolić żyć innym. Nie tylko dawać przyzwolenie, ale również pomagać innym wzrastać. Bo jeśli damy coś od siebie, to wcale nam nie ubędzie. Urośniemy razem z tym, którego nakarmiliśmy dobrą energią.  Ot, życiowy paradoks.  

PS. Koniecznie obejrzyj. To tylko 8 minut. 8 minut, które może zmienić Twoje życie.
PS.1. Jeżeli spodobał Ci się mój tekst, proszę, podaj go dalej. Nie lubię pisać do ściany.  

 Ściskam!

Tegoroczne See Bloggers nie było pierwszym blogerskim wydarzeniem, w którym wzięłam udział, ale na pewno pierwszym tak dużym i nadmorskim :). Muszę przyznać, ze zarówno lokalizacja (Pomorski Park Naukowo-Technologiczny) jak i organizacja samego wydarzenia zrobiły na mnie duże wrażenie. Za wybór dużej, nowoczesnej przestrzeni oraz utrzymanie porządku przy 1700 uczestnikach przez calutkie dwa dni organizatorom należą się ukłony. To samo tyczy się Carrefour, OSM Łowicz, Bracia Koral oraz Mokate, tegorocznych partnerów See Bloggers, którzy zadbali, żeby żadnemu uczestnikowi nie burczało w brzuszku. W imieniu wszystkich obżartuchów - dziękuję, bo to właśnie u Was było najsmaczniej! 

 

Ludzie 


Calutkie dwa dni (a tak naprawdę trzy ♥) upłynęły mi w towarzystwie najlepszej ekipy: Socjopatka & Influencer bez zasięgów, Fox in the Forest, Freeleserka, Lekka Przesada, Gabriela Deda. Wreszcie miałam okazję spędzić trochę więcej czasu z Dziewczynami z bloga Dekostacja, Asią i Dawidem (My na Swoim), z czego mega się cieszę :). Poza tym poznałam Agatę z bloga Agata pisze, z którą pogadałam chwilkę o muzyce i Woodstocku oraz Karolę (Ona jedna), która była moim cierpliwym fotografem po warsztatach kulinarnych.


Warsztaty 



Jeżeli chodzi o same warsztaty, to wzięłam udział w zaledwie dwóch. Pierwsze to warsztaty kulinarne z Josephem Seeletso - przesympatycznym szefem kuchni z Botswany i, jak się później dowiedziałam, jurorem Top Chefa, który swoją energią pobudzi i rozweseli nawet największego ponurasa. Wszyscy uczestnicy wspólnie przygotowali trzy potrawy - łososia zapiekanego z morelami, wołowinę w sosie mango oraz kiwi zapiekane w wytrawnej bezowej piance. Warsztaty miały charakter typowo rozrywkowo-integracyjny, a nie edukacyjny. Dlatego osoby, który oczekiwały solidnej dawki wiedzy mogły wyjść zawiedzione. Mnie jednak odpowiadała taka forma warsztatów. Niestety ze względu na mocno ograniczony czas musieliśmy się spieszyć, dlatego zdążyłam skubnąć zaledwie dwa kęsy łososia oraz wołowiny. Smuteczek. 

Kolejne warsztaty to, pozwolę sobie zacytować, "praktyczne porady, badanie diagnostyczne oraz ciekawe przypadki medyczne - czyli wszystko, co powinniście wiedzieć o skórze głowy, by mieć zdrowe włosy." A jak było naprawdę? Omówienie po łebkach 4 głównych włosowych problemów - łysienie androgenowe, siwienie, przetłuszczanie się włosów oraz ich wypadanie. Prelegentki przeskakiwały z tematu na temat z taką szybkością, że gdy już znalazłam jeden mały interesujący slajd, nie zdążyłam zrobić mu zdjęcia ;). Z warsztatów nie wyniosłam absolutnie żadnej nowej wiedzy i szczerze mówiąc, nie wiem, czy były na sali osoby, dla których przełomowym odkryciem była wzmianka o typowych przyczynach wypadania włosów (stres, zaburzenia hormonalne, niewłaściwa pielęgnacja) oraz zasugerowane rozwiązanie problemów - badania (ale jakie?) oraz właściwa (czyli jaka?) pielęgnacja. Nie mam wątpliwości, że obydwie panie prowadzące warsztaty mają niemałą wiedzę na temat skóry głowy i włosów. Jednakże mając świadomość, że warsztaty trwają 45 minut, powinny były wybrać jeden wiodący temat i dokładnie go zrealizować. Tymczasem porwały się z motyką na słońce i zostawiły uczestników warsztatów w szczerym polu.

Ale to jeszcze nie koniec. Na część teoretyczną byłam skłonna machnąć ręką, gdyż interesowało mnie najbardziej badanie trychologiczne mające na celu ocenić kondycję skóry głowy i włosów oraz ustalić przyczyny ewentualnych dolegliwości. Jednakże w międzyczasie okazało się, że zaledwie 15% uczestników zostanie wybranych do badania poprzez losowanie karteczek z nazwiskami z małego, okrągłego akwarium (prototyp Totolotka). Niestety nie znalazłam się w gronie szczęśliwców. Miałam jednak nadzieję, że nie wszystko stracone, gdyż będąc na stoisku Pharmaceris, zostałam poinformowana, że uczestnicy warsztatów mają pierwszeństwo do wzięcia udziału w badaniu drugiego dnia See Bloggers oraz że nie obowiązują żadne zapisy. Następnego dnia zjawiłam się na w/w stoisku i jedna z pań poinformowała mnie, że "zapisy zostały zamknięte". Hmm? Jakie zapisy? Powołanie się na ustalenia z dnia poprzedniego nie przyniosło absolutnie żadnych rezultatów. Podsumowując, brak profesjonalizmu i moje wielkie rozczarowanie.

 

Perły Blogosfery/Youtube'a 



Żeby jednak nie było zbyt gorzko, muszę wspomnieć o perełkach, których na See Bloggers nie brakowało. Zahaczyłam o kawałek wywiadu z Anią Skurą (What Anna Wears), która w rzeczywistości jest tak samo naturalna i przesympatyczna jak w internecie - jak ja to mówię "kulka szczęścia" :). Porozmawiałyśmy chwilę o Australii i podróżowaniu. Miłym zaskoczeniem okazała się Maja Sablewska - fajna, inteligentna babka, z którą na luzie można porozmawiać zarówno na życiowe jak i typowo modowe tematy. Zamieniłyśmy kilka zdań na temat samoakceptacji, pracy i... tatuaży :). Z kolei wywiad z udziałem Red Lipstick Monster pokazał, że Ewa to człowiek-konkret, który nie lubi owijać w bawełnę. Korzystając z okazji, zapytałam ją o wakacyjne plany i nie da się ukryć, że... będzie grubo! A Paulina z Mówiąc inaczej jest tak samo zabawna i naładowana pozytywną energią jak na swoim kanale, prawdziwa petarda :). 

 Wystawcy



Jeżeli chodzi o wystawców, mam swoje TOP 5. Przemiło spędziłam czas na stoisku AA, gdzie przekonałam się o niezawodności swoich zmysłów. Za zmacanie aloesu, sztachnięcie algą oraz skubnięcie buraka otrzymałam kosmetyczną nagrodę (Ej, skąd wiedzieliście, co akurat mi się kończy?:)). Z kolei dzięki marce Oillan utwierdziłam się w przekonaniu, że mam suchą skórę i muszę jeszcze bardziej skupić się na pielęgnacji. A na stoisku Play strzelając do potworów, wreszcie poczułam się jak rasowy gamer. U Annabelle Minerals stworzyłam pastelową kompozycję, dzięki której wreszcie będę miała okazję przetestować róże i cienie do powiek - z podkładami i korektorami poznałam się dużo wcześniej ;). Natomiast u Fit&Easy piłam przepyszne, zdrowe koktajle, po czym swoim zdjęciem zgarnęłam główną nagrodę. Czy można chcieć czegoś więcej? :D  

Podsumowując, See Bloggers 2017 uważam za udane. Pomimo zawodu wywołanego warsztatami z Pharmaceris, spędziłam w Gdyni cudowny weekend. W dużej mierze jest to zasługa wyjątkowych ludzi, o których wspomniałam na samym początku i samej atmosfery wydarzenia. Mieliśmy do dyspozycji tyle atrakcji, że jedyne, o czym marzyłam to rozdwojenie, a może nawet roztrojenie się i bycie na wszystkich panelach oraz warsztatach. Mam nadzieję, że w przyszłym roku zapisy na warsztaty pójdą w 100% po mojej myśli, a ja lepiej zorganizuję swój czas i wrócę do domu z solidną dawką nowej wiedzy. W tym roku te dwa dni upłynęły mi pod hasłem: rozrywka. Ale kto powiedział, że to coś złego? Jestem bardzo wdzięczna za to, że miałam możliwość wziąć udział w tym wydarzeniu i wierzę, że pojadę tam również za rok.

Ściskam!

Pewnie nieraz dostałeś po dupie. Pewnie nieraz ktoś, komu oddałeś serce w podzięce dał Ci po ryju. Pewnie nieraz zderzyłeś się ze ścianą. I jeszcze nieraz to zrobisz. Właśnie o Tobie jest ten wpis, piękny, naiwny człowieku.

Czy naiwność to głupota? 


Jest taka naiwność, którą warto w sobie pielęgnować. Ta dziecięca ufność, kiedy wchodzisz w nowe relacje. I nie chowasz blizn pod długim rękawem. Odważnie wyciągasz przed siebie nagie ręce, bo wierzysz, że są bezpieczne. Pokazujesz 100% siebie. Pozwalasz zajrzeć wgłąb jak do barku ze słodyczami. I albo ktoś dołoży swój słoik nutelli albo zapierdoli wszystko, co dotychczas zgromadziłeś. To nic. Warto czekać. Dać się okraść pierwszy, a nawet drugi raz. Bo w końcu pojawi się turbo dostawa i nie będziesz później musiał żałować, że nie otworzyłeś drzwi. Nie będziesz pluć sobie w brodę, że na paluszkach zakradłeś się do przedpokoju, ostrożnie zerknąłeś przez wizjer i udałeś, że nikogo nie ma w domu. Że zamknąłeś się na cztery spusty i zacząłeś sobie wmawiać, że te puste ściany to dom. Nie, to nie jest dom i Ty dobrze o tym wiesz. Dom to nie są Twoje nowe panele z Ikei ani błyszcząca toaletka. Nie jest nim nawet wypasiony zestaw kina domowego ani ta nieprzyzwoicie miękka kanapa, w której łatwiej się utopić niż z niej podnieść.

 

Warto zaufać


Dom to bliskość i zaufanie. Radość i łzy dzielone z tymi, przy których nie musisz udawać. Z tymi, którzy nie odgrywają przed Tobą swojej życiowej, oskarowej roli. Dom to ludzie, przy których robisz z siebie durnia, a oni i tak zawsze się do Ciebie przyznają. Ba, oni są nieodłączną częścią tych wszystkich akcji, na wieść o których Tereska spod trójki osiwiała w jedną noc. To przy nich możesz uchlać się do nieprzytomności i wiedzieć, że nic Ci nie grozi. Tylko oni wiedzą, jak wyglądasz, gdy śpisz i jaki masz wyraz twarzy tuż po przebudzeniu. Kibicują Ci nawet wtedy, gdy kompletnie nie kumają tych Twoich dziwnych zajawek. I nigdy nie powiedzą, że jesteś za stary na zostanie pilotem. Co z tego, że masz trzy plomby i wadę wzroku. Swoje ostatnie pieniądze wydadzą na pluszowy samolot, którym będziesz latać na trasie dywan - Amsterdam, tfu, kanapa, słuchając soundtracku z Top Gun.  Zamiast pieprzyć o rutynie, pokażą Ci setki miejsc, które z otwartą buzią oglądałeś w telewizji. A gdy zaczniesz się bać, każdy Twój lęk zamkną w swojej dłoni i przeprowadzą Cię przez ciemność.


Jednak ci ludzie są tylko... ludźmi. I pewnie nieraz Cię zranią. Z egoizmu, pychy, bezsilności, zmęczenia. Mniej lub bardziej świadomie. Być może polecą talerze i parę kurew. Ale nigdy, przenigdy nie sprawią, że Twój świat rozsypie się na milion drobnych kawałków i nie będą udawać, że nic się nie stało. O takich ludzi warto walczyć. Dla nich warto biec choćby na koniec świata.


Dzisiejszy wpis dedykuję osobom, dzięki którym każde moje marzenie stało się celem z datą realizacji. Dobrze, że jesteście. Dziękuję.

Ściskam!

Nie lubię wielkiej matematyki. Nie jeżeli chodzi o jedzenie. Nie dla mnie jest obsesyjne liczenie kalorii i odcinanie półcentymetrowego kawałka ciasta tylko dlatego, że nie mieści się w moim dziennym bilansie energetycznym. Myślę, że w świecie, w którym niejednokrotnie mamy więcej schorzeń niż lat moje podejście do odżywiania jest bardzo zdrowe. Po co nakręcać tą całą machinę ekstremalnych wyrzeczeń, które coraz częściej prowadzą do zaburzeń odżywiania? Jedzenie to przede wszystkim paliwo. Ale co tu ukrywać, to również ogromna przyjemność. Kocham jeść. To dla mnie jeden ze sposobów na okazanie sobie troski i wyprodukowanie nieprzyzwoicie dużej ilości endorfin. Jednakże mam świadomość, że nie wszystko, co służy moim kubkom smakowym służy mojemu zdrowiu i dobremu samopoczuciu. Dlatego na co dzień szukam zdrowszych odpowiedników swoich #guiltypleasure. Moje eksperymenty kończą się naprawdę różnie - kwadratowo i podłużnie :D. Tym razem przybywam z tarczą, a nie na tarczy i przedstawiam Wam swój przepis na legalne ciasto z "kremem", galaretką i malinami. Jest prosto, pysznie i bez wydumanych składników. A z resztą zobaczcie sami:

  

Składniki 

(tortownica o średnicy 28cm :) 


Spód

  • 200g płatków owsianych
  • 3 czubate łyżki rafinowanego oleju kokosowego
  • 2 jajka
  • ok. 3 łyżeczki ksylitolu
  • kilka łyżek wody do uzyskania odpowiedniej konsystencji

Masa (później rzeźba ;))

  • 500g mielonego sera z wiaderka
  • 150g jogurtu typu greckiego 0%
  • ok. 2 łyżki miodu
  • 20g żelatyny (wege alternatywa to agar-agar, który podobno żeluje mocniej od żelatyny, więc zakładam, że wystarczy jego mniejsza ilość ;))
  • ok. 100ml wody do rozpuszczenia żelatyny 
  • świeże maliny
  • galaretka malinowa przygotowana wg przepisu na opakowaniu 
  • listki świeżej mięty (opcjonalnie)


 Przygotowanie:


Spód: Rozpuść na patelni olej kokosowy i połącz go z płatkami owsianymi. Dodaj jajka oraz ksylitol. Kontroluj konsystencję ciasta poprzez stopniowe dodawanie wody (w moim przypadku było to ok. 8 łyżek). Dokładnie wymieszaj wszystkie składniki. Rada: Jeżeli zależy Ci na spodzie o jednolitej konsystencji, zblenduj płatki owsiane na mąkę. Wylej masę blachę posmarowaną śladową ilością prawdziwego masła (82%). Piecz przez ok. 18 minut w 180 stopniach. Odstaw do ostygnięcia.

Masa: Rozpuść żelatynę w gorącej wodzie. Jeszcze ciepłą dodaj do jogurtu greckiego. Połącz z mielonym serem uprzednio posłodzonym miodem. Wyłóż masę na spód i wstaw do lodówki. Poczekaj aż masa stężeje. W międzyczasie przygotuj galaretkę zgodnie z przepisem na opakowaniu. Udekoruj ciasto świeżymi malinami, a następnie wylej na wierzch tężejącą galaretkę. Wstaw ponownie do lodówki na kilka godzin. I ciesz się swoim legalnym bezglutenowym ciastem bez dodatku białego cukru, margaryny, kosmicznych utwardzaczy i innych shitów ♥. Spód jest ciężkawy i zbity za sprawą płatków owsianych i oleju kokosowego, a masa delikatnie słodka i lekka. Galaretka i maliny dodają ciastu typowo letni charakter. Fanom orzeźwiających, nieco bardziej odważnych rozwiązań polecam podawać ciasto ze świeżymi listkami mięty. Coś pysznego!  




PS. FIT to w moim rozumieniu niekoniecznie coś niskokalorycznego. To prostu wszystko, co wpisuje się w kategorię "przyjemne z pożytecznym", czyli smaczne, zdrowe i odżywcze jedzenie :-). Fit to przyjemne, zdrowe życie bez wielkich wyrzeczeń. 


To jak wypróbujesz mój przepis? (:

Ściskam!

 

Nie jestem idiotą


Nie lubię pieprzenia. Takiego gadania, że jeśli się czegoś boisz, to przegrywasz życie. Że jeśli z dnia na dzień nie rzucasz pracy ani partnera, to jesteś największym cykorem i loserem w jednym. A jeśli nie pływasz w oceanie pełnym rekinów w przerwie między piątym a piętnastym kieliszkiem absyntu, to Twoje życie nie ma najmniejszego sensu. Nie wspominając już o zaciągniętym na spontanie kredycie, który będziesz spłacać do usranej śmierci.

Bo w tym wszystkim nie chodzi o to, żeby robić totalne głupoty i niczego się nie bać. No przecież nie jesteś idiotą. Masz mózg, którego dzielnie używasz dzień w dzień. To normalne, że w Twojej głowie kłębi się masa wątpliwości i obaw. Martwisz się o to, co będzie jutro. Masz przecież sporo zobowiązań. Jesteś odpowiedzialny za siebie i za bliskich - to wszystkim znane "jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś" nie wzięło się z kosmosu.

A jeśli nie dam rady?


Ale powiedzmy sobie szczerze, bardzo często boisz się czegoś tylko dlatego, że jest nowe i nieznane. Boisz się, bo w siebie nie wierzysz. Boisz się podjąć nowej pracy, choć do obecnej chodzisz jak za karę. Boisz się pojechać na zagraniczne wakacje życia, bo pewnie okaże się, że Twój angielski jest mega słaby. Boisz się zagadać do grupki nieznajomych na imprezie, bo prawdopodobnie zrobisz z siebie idiotę. Boisz się udzielać rad, bo przecież zawsze jest ktoś, kto wie lepiej od Ciebie. Boisz się założyć 10-centymetrowe szpilki, bo co sobie ktoś pomyśli o dziewczynie mającej ponad 180 cm wzrostu. Boisz się spróbować krewetek, bo co jeśli się okaże, że wcale ich nie lubisz i wyrzuciłeś kasę w błoto. 

Ja też się boję wielu rzeczy. Naprawdę. Tak było, jest i będzie. Ale to nie znaczy, że pozwolę żeby strach mnie paraliżował. Żeby sterował moim życiem. Decydował, gdzie mam być, a gdzie być nie powinnam. Nie będę siedziała w złotej klatce tylko dlatego, że jest "ciasna, ale własna" i... dobrze mi znana. Wiem, że poza nią jest całe mnóstwo rzeczy, które chcę poznać. I nie mam żadnej pewności, że rzeczy, o których dzisiaj myślę z uśmiechem na twarzy okażą się dla mnie dobre. Ale to nieważne. Chcę widzieć, doświadczać, smakować tego, co nowe. Czuć to wszystko na własnej skórze. Choćbym się następnego dnia miała porzygać od tych nowości.

Bój się i rób 



I nie zamierzam zgrywać bohatera narodowego, który bez najmniejszego mrugnięcia skacze w ogień. Bo w życiu nie chodzi o to, żeby przestać się bać. Chodzi o to, żeby działać pomimo lęku. Dlatego bój się i rób. Nie chowaj się za maminą spódnicą ani pod łóżkiem.  Rób swoje. Rób wszystko to, o czym marzysz, a co być może wydaje się poza Twoim zasięgiem. Rób wszystko, na co podobno już jesteś za stary. Wszystko, czego Ci nie wypada, a na myśl o czym masz dreszcze. Zacznij pisać tę cholerną książkę. Naucz się wreszcie pływać. Nie żałuj tysiaka na skok ze spadochronem, o którym tak trąbisz znajomym od dobrych 5 lat. Co z tego, że masz już ponad 30. Chcesz, żeby Twoje życie było jak powolne umieranie? Nie? To nie żałuj sił, czasu i pieniędzy na spełnianie marzeń. Kolekcjonuj wrażenia, a nie przedmioty, które za kilka lat nie będą miały dla Ciebie żadnej wartości. Idź przed siebie i już nigdy nie rezygnuj. Z siebie. 


Ściskam!


Odkąd bycie blogerem stało się profesją, wielu początkujących głowi się, jak zrobić na tym hajsy. Dlatego postanowiłam wyjść wszystkim zainteresowanym naprzeciw i opowiedzieć, jak w jeden dzień zostałam wielką blogerką. Ale zanim to zrobię, pozwolę sobie na małe słowo wstępu.

Mały człowiek


Zastanawiam się, czy masz wokół siebie małych ludzi. Hmmm... chyba każdy zna chociaż jednego małego człowieka. I nie chodzi mi o ziomka "metr pięćdziesiąt w kapeluszu", tylko o kogoś, kto całą swoją energię poświęca na narzekanie, krytykowanie innych i podcinanie im skrzydełek. No wiesz, o kogoś, kto swoim brakiem ambicji zaprzepaścił tysiące pięknych marzeń, tylko dlatego, że wymagały wysiłku. A teraz zamiast nadrobić stracony czas i wziąć się do pracy, siedzi bezczynnie na swoim zapyziałym podwórku, bacznie wszystko obserwuje i  drwi z Ciebie i Twojej motywacji.

Ostatnio przydarzyło mi się coś, co w sumie nie wiem, czy było bardziej śmieszne czy może jednak żałosne. Środek tygodnia, dzień - a dokładniej poranek - jak co dzień. Poszłam pobiegać. Ale najpierw standardowo rozgrzewka na trasie. Mijałam sąsiada, więc rzuciłam szybkie "dzień dobry" i zaczęłam truchtać. Ale zaraz, zaraz. Jego odpowiedź nie zakończyła się na "dzień dobry". Bez większego skrępowania skomentował do swojego znajomego: "Taaa, bo to ta wielka blogerka he-he" (ironia - level hard). Say what? Serio czy się przesłyszałam?

Nie wiem, skąd w ludziach tyle jadu. Oh wait, wiem, ale kompletnie tego nie rozumiem. Ktoś próbuje umniejszyć moją wartość tylko dlatego, że każdego dnia się cholernie staram? Dlatego, że wstaję wcześnie rano (no dobra, ściemniam, o 09:00, hiehie), żeby pójść pobiegać przed pracą? Dlatego, że walczę ze swoimi słabościami i dzień w dzień przesuwam granice swojej wytrzymałości? Czy dlatego, że poza pracą mam zajęcie, które sprawia mi ogromną przyjemność? Zajęcie, dzięki któremu bywam w ciekawych miejscach i poznaję cudownych, ambitnych ludzi, którzy nie boją się marzyć i którzy wiedzą, do czego służą dwie nogi i dwie ręce. A może nie do pomyślenia jest to, że od kilku miesięcy codziennie budzę się z wielkim uśmiechem na twarzy i turbo energią? (z małym przerwami na bycie kołderkowym naleśnikiem ;p) Że cieszy mnie każda mała rzecz, a ja sukcesywnie dokładam sobie kolejne powody do radości?

Wielka blogerka 


Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć, że żadna ze mnie "wielka blogerka". Myślę, że szybki rzut okiem na statystyki wystarczy ;). I nie mam z tym absolutnie żadnego problemu. Powiem więcej, nie chciałabym, żeby ludzie poznając mnie, widzieli we mnie tylko Fitkolę. W końcu to tylko mały procent tego, kim jestem i co robię. Nie jestem liczbą odsłon i unikalnych użytkowników. Nie jestem Twoim mniej lub bardziej miłym  komentarzem. Nie jestem workiem na lajki i hejty. Jestem człowiekiem z marzeniami.  

Są jednak ludzie, którym nie mieści się w głowie, że można żyć pasją, a tym bardziej się z niej utrzymywać. Że życie od 10-tego do 10-tego to nie jedyne wyjście, a wybór każdego z nas. Że życie nie kończy się na wyjściu z i do pracy. Oni nie rozumieją, że marzenia nie są po to, by je mieć, tylko po to, by je realizować dzień po dniu. I gwoli jasności, nie piszę tego wszystkiego, żeby się pochwalić ani tym bardziej pożalić, że ktoś w przypływie bólu dupy nazwał mnie "wielką blogerką". Zależy mi jedynie na tym, żebyś Ty czytając ten tekst, obiecał sobie, że nigdy się nie poddasz. Nigdy nie przestaniesz. Nawet, gdy ktoś wyśmieje Ciebie, Twoje marzenia, Twoje pasje. Proszę, nie pozwól, żeby mali ludzie odebrali Ci chęć do robienia rzeczy wielkich. 

Wiesz, po tamtych słowach przebiegłam o 3 kilometry więcej niż dnia poprzedniego. Pękła moja pierwsza 10-tka :-). I wiem, że nikt ani nic mnie nie zatrzyma. Mam głęboko w dupie sfrustrowanych ludzi, a ich zła energia spływa po mnie jak po kaczce. A nie, znowu ściemniam. Wcale nie mam ich w dupie. Są dla mnie ogromną motywacją, bo patrząc na nich, wiem, jak nie chcę żyć. Jestem bezczelnie pewna, że tak żyć nie będę. Za dwa tygodnie spełnię swoje kolejne marzenie. I pomyśleć, że ja się dopiero rozkręcam :-).

Ściskam!