Ostatnio zdradziłam Ci swoje pierwsze cztery lifehacki na szczęśliwe życie - klik. Sposoby na to, by zaczynać każdy kolejny dzień z wielkim uśmiechem na twarzy zarówno "pomimo" jak i "dzięki" różnym życiowym doświadczeniom i okolicznościom. Jeżeli jednak czujesz niedosyt, a w Twojej głowie wciąż pojawia się pytanie:
  • Skąd czerpać siłę?
  • Jak znaleźć energię do życia?
  • Jak przestać narzekać i zacząć cieszyć się życiem? 

... to zapraszam Cię na drugi wpis o tej tematyce :).

 

Nie przypisuj sobie zbyt dużej sprawczości 


Myślę, że większości z nas siła kojarzy się z poczuciem kontroli i sprawczością. I oczywiście jest w tym sporo prawdy. W końcu same możemy być tym słynnym sterem, żeglarzem i okrętem. Same decydujemy, gdzie w danej chwili jesteśmy, kto nam towarzyszy i czym się zajmujemy. Są jednak rzeczy, na które nie mamy absolutnie żadnego wpływu albo mamy naprawdę niewielki. Są to przede wszystkim sytuacje losowe - wypadek, choroba, śmierć, czyli tak naprawdę TOP 3 zdarzeń, na myśl o których mamy gęsią skórkę. W momencie, kiedy przestaniemy sobie przypisywać zbyt dużą sprawczość i powiemy sobie szczerze "To, co robię jest wystarczające", przestaniemy się również za te rzeczy obwiniać. To najtrudniejsza i jednocześnie najbardziej wartościowa praca domowa do odrobienia. Warto się do niej przyłożyć nie tylko dla nas samych, ale również dla naszych bliskich. Ulga, spokojniejsze głowa i serce gwarantowane.

Fot. Mikołaj Sumiński. / MUA Marlena Markowska

 

Wystawiaj się na próby 


To, że każdy z nas ma jakieś lęki i obawy to jedna sprawa. To, co z nimi robimy to druga. Jak zwykle mamy dwa klasyczne rozwiązania - zamieść je pod dywan i udawać, że wcale ich tam nie ma albo przepracować. Zawsze wybieram numer dwa. Powiem Ci szczerze, że jeszcze do niedawna bałam się w zasadzie wszystkiego, co nowe. Tego, czego nie mogłam w 100% przewidzieć i zaplanować. A nie da się ukryć, że jest sporo takich sytuacji, których kalendarz nie jest w stanie uwzględnić. Wcześniej każde niezapowiedziane BOOOM!  oznaczało moje wycofanie i rezygnację. Możliwe, że dzięki temu czułam się spokojna i bezpieczna, ale na pewno nie byłam spełniona, zadowolona z siebie i życia. A na pewno nie tak jak jestem teraz.  Brak satysfakcji sprawił, że postanowiłam działać pomimo lęku. I Ciebie zachęcam do tego samego. Jeżeli czegoś się boisz, nie poświęcaj swojego czasu i energii na walkę z tym stanem. To nie ma sensu. Po prostu bój się i rób. Więcej na temat oswajania lęku przeczytasz w jednym z moich wcześniejszych wpisów - o tutaj.

Bądź kobietą, którą chciałabyś mieć za przyjaciółkę 


Brzmi banalnie, prawda?  Ale chyba nie ma bardziej zawistnej społeczności od kobiecej. W sumie to bardzo dziwne. Czujemy podobnie, mamy podobną wrażliwość. Wchodzimy w te same role (np. bycie matką), a mimo to często na dzień dobry traktujemy się jak swoich największych wrogów. Odpowiada Ci taki układ? Spoko, ale pamiętaj, że jeżeli zachowujesz się jak kawał jędzy, to dostaniesz to samo od innych, być może z nawiązką. To, do czego bardzo chciałabym Cię zachęcić to wyłamanie się z tego bezsensownego schematu i wspieranie innych kobiet w ich dążeniach. Otwarte komplementowanie babeczek, nawet tych obcych. Inspirowanie się tymi obrotnymi zamiast zazdroszczenia im. Niech dobra energia krąży! :)

Wyznaczaj sobie pozytywne cele  


Pozytywne cele to te będące marzeniami :). Tym razem niech nie będą to rzeczy, które skrupulatnie zapisujesz w swoim plannerze turboproduktywności, rzeczy wymagające Twojego ogromnego zaangażowania. Niech to będzie wakacyjny wyjazd, który śni Ci się każdej nocy, spotkanie z kumpelą, które nie wiedzieć czemu przekładałaś już dobre sto razy albo kolacja w świetnej knajpie, na którą Cię stać, ale dotychczas po prostu na sobie dziadowałaś $.  To może być mała albo wielka rzecz. Dobra książka, cholernie kaloryczny deser na mieście albo nieprzyzwoicie długa kąpiel. Lot do Amsterdamu albo do najbliższego monopolowego po butelkę najlepszego wina. Whatever makes you happy, just do it, Kobieto!

Ale zaraz, zaraz, nie uciekaj mi jeszcze. Podobno za darmo można dostać tylko w mordę, więc żeby nie było, że naprodukowałam się dla Ciebie za darmo, czekam na Twoje sposoby na życiowy power i latanie po suficie. No nie bądź sknera, zdradź mi je w komentarzu pod postem :)).  

Ściskam!

Wpisuję w wyszukiwarkę hasło: "skąd czerpać siłę do życia?" i w zaledwie 0,60 sekundy wyskakuje mi 1 460 000 źródeł o tej tematyce. Co gorsza, wcale mnie ta liczba nie dziwi.  W końcu bardzo często czujemy się słabi. Czasem nie dostrzegamy drzemiącej w nas mocy. A czasem rzeczywiście gubimy ją w codziennym biegu. Pozwalamy innym się z niej okradać. Nierzadko sami to robimy. 

Mnie też zdarzają się gorsze momenty, ale szybko się po nich podnoszę. I myślę, że właśnie na tym polega życie. Nie chodzi w nim o to, żeby kurczowo trzymać się barierki w obawie przed upadkiem. Tylko o to, by obić tyłek setki razy i po każdej glebie otrzepać kolanka, podnieść się i  pójść dalej. Jak to zrobić? Ile ludzi, tyle sposobów, by tę siłę odzyskać. Pozwól, że podzielę się z Tobą moimi sposobami. Są proste, a przede wszystkim skuteczne. Jedyne czego potrzebujesz to chęć pracy nad sobą i konsekwencja. W sumie mam 8 sprawdzonych lifehacków, poprawiaczy nastroju, energetycznych dopalaczy - zwał jak zwał. Łap dziś ode mnie pierwsze cztery:


Zaakceptuj to, kim jesteś teraz


W obecnym kształcie. Z aktualną wagą , stanem zdrowia, zasobnością portfela, wykształceniem lub jego brakiem. I dopiero wtedy wprowadzaj zmiany. Nie ma sensu zmieniać się dla kogoś, kogo nie lubisz. Uwierz mi, że nienawiść jest kiepskim motorem napędowym. Możesz nazywać siebie "grubą świnią", zapieprzać na siłowni jak dziki osioł, trzymać czystą michę, zrobić niesamowitą formę i ...do końca życia tą "świnią" pozostać. Magiczna liczba na wadze ani odbicie w lustrze tego nie zmienią. To, co musi się zmienić to Twój sposób myślenia. To samo tyczy się pozostałych dziedzin życia. Możesz skończyć dwa kierunki studiów, zrobić doktorat, całe mnóstwo kursów doszkalających i dalej czuć się głupkiem. Dlatego zanim zaczniesz akcję: metamorfoza, powiedz sobie w myślach: "Jestem spoko i właśnie dlatego biorę się za siebie". 

Nie mów o siebie źle i nie ośmieszaj się w towarzystwie 


Odnoszę wrażenie, że kobiety przez większość czasu skupiają się na swojej rzekomej przeciętności i wszem i wobec ją manifestują. Zawsze mamy słabe wyniki w pracy, słabe zdrowie, związki, a nawet paznokcie. No nic tylko się położyć i pachnieć słabością. Wydaje mi się, że takie podejście ma dwie przyczyny. Po pierwsze, zbyt dużą wagę przywiązujemy do niepowodzeń. Robimy z nich ewenement na skalę światową, wierząc, że "lepiej jak ja o tym opowiem niż ktoś inny miałby to zrobić za mnie i mnie publicznie ośmieszyć". Po drugie, chorujemy na "skromność", a dokładniej mówiąc, jej błędne rozumienie. Bo skromnością nie jest kajanie się, robienie z siebie męczennicy czy życiowego nieudacznika. Nie jest nią również umniejszanie swojej wartości ani zasług. Ta prawdziwa skromność to umiejętność rozmawiania o swoich sukcesach bez jednoczesnego stawiania się ponad innymi. To jak, jesteś "skromna" czy skromna?


 Na zdjęciach z Dagą - Socjopatką :). Fot. Bartosz Sobczak :) 
 

Dawaj sobie to, czego oczekujesz od innych  


Prawda jest taka, że inni ludzie nie są od spełniania naszych oczekiwań. Choćby nie wiem jak się starali, nie są w stanie załatać ran, które nosimy głęboko w sercu. Nawet Twój ukochany mężczyzna nie będzie w stanie zapewnić Ci poczucia bezpieczeństwa, jeśli sama go sobie nie dasz, np. poprzez szacunek do swojego zdrowia czy budowanie poduszki finansowej. Z kolei komplementy zarówno obcych jak i bliskich nie sprawią, że się polubisz. One mogą co najwyżej poprawić Twoje samopoczucie. Na chwilę. To wszystko, czego potrzebujesz i o czym marzysz musi wyjść z Ciebie, z Twojego wnętrza. Inni  ludzie mogą tylko albo i aż Cię w tym wspierać.

Czerp siłę ze wspomnień 


W gorszych momentach wspomnienia są najlepszą siłą napędową. Kiedy wydaje Ci się, że gorzej być nie może, to właśnie one sprawiają, że znowu stajesz na nogi i chce Ci się chcieć. Najlepsze źródła wspomnień to moim zdaniem:

  • Słoik dobrych zdarzeń, do którego wrzucasz mini-karteczki, które w słabszy dzień przypominają Ci o beztroskich wakacjach, wygranym konkursie, usłyszanym od nieznajomego komplemencie czy motywującym do działania cytacie :) (więcej na temat magicznego słoika przeczytacie u Ani z bloga Ania maluje :))
  • Kalendarz, ale nie taki w formie "to-do list", tylko taki, który jest zbiorem "awesome things I've done" z przypisaną im  konkretną datą, która sprawia, że wspomnienia są wiecznie żywe :) (pamięć bywa zawodna).
  • Zdjęcia - w obecnych czasach zwłaszcza te umieszczone w mediach społecznościowych, bo niestety już mało kto wywołuje zdjęcia lub regularnie przegląda setki folderów na dysku. Dla mnie formę takiego publicznego albumu pełni instagram (kto nie obserwuje @fitkola, ten gapa! ;p). Uwielbiam po jakimś czasie wracać do tych wszystkich pięknych momentów, które jednym razem łapałam w pośpiechu, a drugim celebrowałam te chwile znacznie dłużej. 

Wygląda na to, że znasz już moje pierwsze cztery sposoby na to, by odzyskać swój wewnętrzny power. Jeżeli intrygują Cię kolejne cztery, koniecznie zajrzyj tu do mnie w piątek, 23 marca, bo właśnie wtedy opublikuję drugą część tego wpisu :).

Niech moc będzie z Tobą, 
ściskam! 
 Fot. Mikołaj Sumiński / MUA Marlena Markowska 
Przez okrągły rok zmotywowane blogiery zalewają internet swoimi DIY planerami - tygodnikami, miesięcznikami. Polecają najlepsze habit trackery i co-tam-jeszcze-sobie-zamarzysz, a to wszystko ku chwale turbo produktywności. Za każdym razem, gdy coś takiego widzę, w mojej głowie pojawia się myśl: "No nic tylko rzucić robotę, zostać w domu i drukować te magicznie zmieniające życie tabelki, testować skazujące nas na sukces apki". Jednak już jeden mały łyk wina sprawia, że krew dopływa mi do mózgu i porzucam te szalone plany (... i drukuję po pracy ;p, np. taki piękny roczny mini-planer od Los Grafikos). Ale część tzw. influencerów chyba nie pije wina (nawet Prosecco z open baru?!) albo pije za słabe, bo dalej napieprza jak karabin maszynowy motywującymi cytatami w nieco dopieszczonej wersji - "Carpe diem, Koty!". Na prawo i lewo trąbią o swoich planach podbicia świata w najbliższym czasie - "Misie Pysie, koniecznie bądźcie ze mną w najbliższy poniedziałek". O upieczonej szarlotce dla teściowej, naprawionym kranie i porannej aktualizacji social mediów (a to wszystko w zaledwie 1,5 godziny!) piszą jak o zdobyciu Oscara.

Blogerskie pierdololo 


Rozglądam się wokół i zaraz, zaraz... Ja też mam sprawny kran i zdarza mi się upiec ciasto. No dobra, teściowej jeszcze się nie dorobiłam (U got me!). I choć też chętnie o tej szarlotce napiszę, ba, nawet pstryknę jej kilka fotek, to pod koniec roku nie zbiera mi się na pierdololo, czyli brak konsekwencji i gadanie dla samego gadania ("A nuż ktoś ważny zalajkuje i machnę virala" ;)). Ludzie, którzy planują każdą minutę swojego życia pod kątem produktywności pod koniec grudnia odkrywają Amerykę (sorry, kto inny był pierwszy). Jak jeden mąż twierdzą, że podsumowania są zbędne. Że to tylko przechwałki zamieszczone na łamach internetu. Albo wręcz przeciwnie - podkopywanie własnej, i tak niskiej, samooceny. Serio? To ci sami, którzy częściej podsumowują niż robią? One more wine, please, bo na trzeźwo nie dam rady.

Czy warto robić podsumowanie roku, miesiąca...? 


A ja właśnie myślę, że podsumowania są spoko, bo wtedy czarno na białym widzimy, co nam służy, a co nas krzywdzi. Co robimy zajebiście, a do czego mamy słomiany zapał. Na czym nam zależy. Na czym powinno nam zacząć zależeć bardziej, a w  jakich kwestiach możemy całkowicie odpuścić. Dużo łatwiej to wszystko ustalić, gdy patrzymy z dystansu, który przychodzi z czasem. A czy to będzie rok, dwa miesiące czy tydzień nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Tak samo jak to, czy wyciągnięte wnioski potraktujecie jak coś bardzo intymnego czy podzielicie się tym ze światem. Wasze życie, Wasze decyzje. W podsumowaniach najważniejsze jest to, żeby najpierw opadły nierzadko skrajne emocje - nadmierna ekscytacja, złość, urażona duma czy nie do końca uzasadniony żal do siebie,  które potrafią kosmicznie zakrzywić rzeczywistość. Dlatego dajcie sobie czas i... nie bójcie się podsumowań. Są naprawdę dobrym drogowskazem :).

Ściskam!


 Na zdjęciu z Socjopatką ♥ / Fot. Bartosz Sobczak :)

Patrzysz w lustro i nie dowierzasz. Z Twoich ulubionych jeansów wylewają się dwie spore fałdki. Pospiesznie zdejmujesz spodnie, żeby sprawdzić, czy naprawdę wyglądasz aż tak kiepsko czy może jednak nie umiesz dobrać właściwych ubrań do swojej sylwetki. Po chwili stoisz przed lustrem w skąpej bieliźnie. I widzisz czarno na białym. Mnóstwo perłowych rozstępów, które pamiętają jeszcze Twoje nastoletnie lata. Małe "pajączki" na nogach - takie same jak u Twojej mamy i babci. Niejednolita skóra. Komicznie sterczący biust, ale nie tak ponętnie jak u tych pań z pornosów. Po kilkunastu minutach dokładnego "przeglądu" pada wiekopomne: "Biorę się za siebie!". Co tu dużo mówić, potrzebujesz motywacji. Ale nie takiej jednorazowej w postaci zerknięcia do lustra, tylko długofalowej. Masz dwie drogi. Twoim motorem napędowym może być miłość albo nienawiść do samej siebie.

Znienawidź


Niektóre kobiety uważają, że żeby wreszcie wziąć się w garść, trzeba sobie porządnie dokopać. Obrzydzić się samej sobie. Nawrzucać, jaka to jesteś słaba i beznadziejna. Wydrukować sobie swoje najbardziej obleśne zdjęcie w możliwie największym formacie i w chwilach słabości zerkać na to beznadziejne ciało - przestrogę, a jednocześnie dowód na to, jak bardzo można się zaniedbać. Podczas treningu nakręcać się do działania masą negatywnych myśli na swój temat. Nienawiść do siebie i swojego ciała przekuć w największą siłę. Bo przecież nic tak nie motywuje jak poczucie niezadowolenia, a co za tym idzie, realna potrzeba zmiany .

Pokochaj

Jest jeszcze drugi sposób. Zawsze można zacząć zmiany z miłości do samej siebie. Ale wiesz, niekoniecznie takiej ślepej i narcystycznej. Chodzi po prostu o przyjazne, pozytywne nastawienie: "Ej, jestem fajną babką. Zasługuję na wszystko, co najlepsze - dobre zdrowie i sprawne ciało, dlatego biorę się za siebie!" I uwierz mi na słowo, możesz tak myśleć bez względu na to, czy masz 5 czy 15 kg za dużo na swoim koncie. Bo tu nie chodzi o to, jak wygląda ciało, tylko, co myśli głowa. Kochając i będąc kochaną, możesz przenosić góry (zwłaszcza gdy nieobcy jest Ci trening siłowy! ;p). I nie ma to większego znaczenia, czy mówimy o relacji z drugim człowiekiem czy samą sobą. Miłość i szacunek to najlepszej jakości paliwo, dzięki któremu dotrzesz tam, gdzie naprawdę chcesz się widzieć. Każda, nawet najmniejsza zmiana w Twoim ciele sprawi, że docenisz swoją dotychczas wykonaną pracę i będziesz miała siłę na więcej :).

Zdecyduj 


To, którą wybierzesz drogę zależy wyłącznie od Ciebie. Ale pozwól, że coś Ci powiem. Negatywne myśli na swój temat są jak fałszywa przyjaciółka, która obiecuje pomoc, a tak naprawdę jeszcze Ci tych problemów dokłada. Przez chwilę czujesz się pozytywnie nakręcona, ale to, co pozornie stymuluje do działania, tak naprawdę ściąga Cię w dół. I na nic te wszystkie utracone kilogramy czy zabiegi w SPA. Z nienawiścią na tylnym siedzeniu daleko nie zajedziesz. Ok, odbębnisz te 5, 10, może nawet 15 treningów, ale prędzej czy później stracisz zapał. Bo po co masz się starać dla kogoś, na kim Ci nie zależy? Po co masz się starać dla samej siebie?

Mając piękne, wysportowane ciało, możesz dalej czuć się jak śmieć. Tak samo jak mając nieidealne ciało, możesz czuć się piękna i wartościowa. Wszystko to kwestia wyboru. Proszę, wybieraj mądrze. 

Ściskam!
 

 

Nie jestem idiotą


Nie lubię pieprzenia. Takiego gadania, że jeśli się czegoś boisz, to przegrywasz życie. Że jeśli z dnia na dzień nie rzucasz pracy ani partnera, to jesteś największym cykorem i loserem w jednym. A jeśli nie pływasz w oceanie pełnym rekinów w przerwie między piątym a piętnastym kieliszkiem absyntu, to Twoje życie nie ma najmniejszego sensu. Nie wspominając już o zaciągniętym na spontanie kredycie, który będziesz spłacać do usranej śmierci.

Bo w tym wszystkim nie chodzi o to, żeby robić totalne głupoty i niczego się nie bać. No przecież nie jesteś idiotą. Masz mózg, którego dzielnie używasz dzień w dzień. To normalne, że w Twojej głowie kłębi się masa wątpliwości i obaw. Martwisz się o to, co będzie jutro. Masz przecież sporo zobowiązań. Jesteś odpowiedzialny za siebie i za bliskich - to wszystkim znane "jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś" nie wzięło się z kosmosu.

A jeśli nie dam rady?


Ale powiedzmy sobie szczerze, bardzo często boisz się czegoś tylko dlatego, że jest nowe i nieznane. Boisz się, bo w siebie nie wierzysz. Boisz się podjąć nowej pracy, choć do obecnej chodzisz jak za karę. Boisz się pojechać na zagraniczne wakacje życia, bo pewnie okaże się, że Twój angielski jest mega słaby. Boisz się zagadać do grupki nieznajomych na imprezie, bo prawdopodobnie zrobisz z siebie idiotę. Boisz się udzielać rad, bo przecież zawsze jest ktoś, kto wie lepiej od Ciebie. Boisz się założyć 10-centymetrowe szpilki, bo co sobie ktoś pomyśli o dziewczynie mającej ponad 180 cm wzrostu. Boisz się spróbować krewetek, bo co jeśli się okaże, że wcale ich nie lubisz i wyrzuciłeś kasę w błoto. 

Ja też się boję wielu rzeczy. Naprawdę. Tak było, jest i będzie. Ale to nie znaczy, że pozwolę żeby strach mnie paraliżował. Żeby sterował moim życiem. Decydował, gdzie mam być, a gdzie być nie powinnam. Nie będę siedziała w złotej klatce tylko dlatego, że jest "ciasna, ale własna" i... dobrze mi znana. Wiem, że poza nią jest całe mnóstwo rzeczy, które chcę poznać. I nie mam żadnej pewności, że rzeczy, o których dzisiaj myślę z uśmiechem na twarzy okażą się dla mnie dobre. Ale to nieważne. Chcę widzieć, doświadczać, smakować tego, co nowe. Czuć to wszystko na własnej skórze. Choćbym się następnego dnia miała porzygać od tych nowości.

Bój się i rób 



I nie zamierzam zgrywać bohatera narodowego, który bez najmniejszego mrugnięcia skacze w ogień. Bo w życiu nie chodzi o to, żeby przestać się bać. Chodzi o to, żeby działać pomimo lęku. Dlatego bój się i rób. Nie chowaj się za maminą spódnicą ani pod łóżkiem.  Rób swoje. Rób wszystko to, o czym marzysz, a co być może wydaje się poza Twoim zasięgiem. Rób wszystko, na co podobno już jesteś za stary. Wszystko, czego Ci nie wypada, a na myśl o czym masz dreszcze. Zacznij pisać tę cholerną książkę. Naucz się wreszcie pływać. Nie żałuj tysiaka na skok ze spadochronem, o którym tak trąbisz znajomym od dobrych 5 lat. Co z tego, że masz już ponad 30. Chcesz, żeby Twoje życie było jak powolne umieranie? Nie? To nie żałuj sił, czasu i pieniędzy na spełnianie marzeń. Kolekcjonuj wrażenia, a nie przedmioty, które za kilka lat nie będą miały dla Ciebie żadnej wartości. Idź przed siebie i już nigdy nie rezygnuj. Z siebie. 


Ściskam!


Jeszcze pół roku temu nie uwierzyłabym, że przebiegnę Runmaggedon. Po pierwsze, pewnie zabrakłoby mi odwagi, a po drugie - ja i bieganie? Hell no! A teraz? Teraz zastanawiam się, jak przygotować się do kolejnego startu.

Wszystko zaczęło się od mojego kumpla - sportowego świra, który przybliżył mi temat biegów z przeszkodami. Opowiedział mi o swoich startach raz, drugi, trzeci i co tu dużo mówić, rozbudził moją ciekawość i chyba nie do końca świadomie wjechał mi na ambicje. No bo jak taki cienias (tak się czułam pod względem fizycznym) miałby przebiec min. 3 km, pokonując na trasie kilkanaście przeszkód? Jaaasne. Przecież nigdy nie biegałam. Ok, za wyjątkiem tych kilku razy na w-fie. Pamiętam, że szło mi dobrze na krótkich dystansach. Byłam jedną z szybciej biegających dziewczyn w klasie. Niestety w trakcie dłuższych biegów wypruwałam sobie flaki.


Jak znalazłam motywację?  

 


Przełom nastąpił w Nowym Roku. To właśnie wtedy postanowiłam, że przebiegnę Runmageddon. Wiedziałam, że muszę to zrobić. Nie dlatego, że czułam się na siłach. Wręcz przeciwnie. Czułam, że nie dam rady pod żadnym względem. Był to dla mnie bardzo ciężki okres, o czym szerzej pisałam tu i tu. I pomimo tego, że czułam się wtedy złamana, wiedziałam, że przyjdzie czas, kiedy będę musiała o siebie zawalczyć. Nie dlatego, że tak wypada, że ktoś ode mnie tego wymaga. Tylko dlatego, że na to zasługuję. W styczniu, gdy pojawiły się pierwsze zapisy, od razu wniosłam opłatę startową. Mocno wierzę w zasadę "polskiej cebulki" - co zapłacone, trzeba wykorzystać w 100%. No wiesz, w restauracji wylizać talerzyk do końca, nawet jeśli już pękasz z przeżarcia. I'm kidding. Just a little. Wiedziałam, że gdy to zrobię (opłacę swój start, a nie wyliżę talerzyk, Obżartuchy!), nie będzie odwrotu i bardzo chciałam żeby go nie było.


Jak się przygotowywałam? 




Z początkiem kwietnia zaczęłam przygotowania. Ale proszę, nie wyobrażajcie sobie mnie ze 100-kilogramową sztangą na plecach biegającą półmaratony. Zaczynałam od 650 metrów truchtu. Taaak, słownie: sześćset pięćdziesiąt metrów. Minuta przerwy i kolejne. I tak razy dwa, co dawało mi w sumie 2,5 km. Truchtałam tak przez  jakieś 1,5-2 tygodnie, średnio 3 razy w tygodniu. Można by pomyśleć, że sukces miałam już w garści. W końcu w Runmageddonie Intro miałam do przebiegnięcia 3 kilometry. Zatem od upragnionego dystansu dzieliło mnie zaledwie 500 metrów. Teoretycznie. W praktyce sprawy miały się nieco inaczej. Przecież docelowo nie miałam sobie robić żadnych przerw, a w dodatku miałam do pokonania 15 przeszkód. Dlatego stopniowo zaczęłam zwiększać dystans i zmniejszać częstotliwość przerw. Biegłam 1 km, robiłam minutę przerwy - wszystko x3. W końcu rozbiegałam się (a tak naprawdę swoją głowę - napiszę o tym przy innej okazji) nieco bardziej. Pękła moja pierwsza 4-ka, a bezpośrednio przed startem 5-tka. Wiedziałam, że 3-kilometrowy dystans pokonam bez problemu.

Ale co z przeszkodami? Nie trenowałam typowo siłowo. Od stycznia chodziłam raz w tygodniu na zajęcia, które w pewnym sensie można nazwać siłowymi. Jednak powiedzmy sobie szczerze, ćwicząc z taką częstotliwością, nie ma co liczyć na cud. Cud nad Wisłą, bo to właśnie w stolicy przy Wale Miedzeszyńskim odbywał się bieg.  Około miesiąc przed biegiem nieco zwiększyłam częstotliwość ćwiczeń. Przeprosiłam się z Chodakowską i Mel B. W międzyczasie wygrałam karnet na zajęcia fitness, więc na dwa tygodnie przed Runmageddonem wpadło mi kilka dodatkowych zajęć. Nie ćwiczyłam z obciążeniem, a mimo to dałam radę.


Jakie przeszkody są na Runmageddon Intro?

 


Jeżeli chodzi o przeszkody, były to m.in. 3-metrowe ściany. Duuużo ścian. Z tego miejsca dziękuję wszystkim panom, którzy podali mi pomocną dłoń, ramię, plecy i inne mniej oczywiste części ciała, a  tym samym pomogli mi pokonać tę przeszkodę :). Jesteście wielcy! Poza tym było sporo czołgania się w błocie ♥, mule rzecznym, pod drutem kolczastym, siecią czy też oponami. Nie zabrakło też przejścia przez rzekę, które bardzo mi się spodobało, wspinaczki po linie (moja pięta Achillesowa) czy Indiany ("lot" na linie zawieszonej nad wodą). Był również bieg z oponami/workami z piachem, przewracanie opon od traktora. Na trasie pojawiła się również jedna przeszkoda logiczna. Nie pamiętasz, czy najpierw wykonuje się dodawanie czy mnożenie? No cóż, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach - czeka Cię nieco dłuższa trasa! :D (Ja podałam poprawną odpowiedź, bang!)


Czy warto? 

 


Jeżeli zastanawiasz się, czy warto wziąć udział w Runmageddonie, to przestań o tym myśleć. Po prostu to zrób. Poczuj dawkę adrenaliny, pozytywną energię i spędź ten czas z ludźmi, którzy wiedzą, że siła i charakter to nie rzecz nabyta, lecz ciągła praca, która przynosi niesamowite efekty :-). A skoro o mega fajnych ludziach mowa, nie mogę nie wspomnieć o mojej ekipie. Iza, Marta, Iza, nie mogłam sobie wymarzyć lepszego towarzystwa! Jesteście niesamowite. Do zobaczenia na kolejnej trasie! :-)  A Was, drogie Robaczki, mam nadzieję, że już nie muszę dłużej zachęcać :).

Ściskam!
  

Przepraszam za dzisiejszy tytuł wszystkie duszyczki wrażliwe na piękno języka polskiego (sorry, I'm not sorry :). Ja, z kolei, jestem bardzo wrażliwa na jego bogactwo :D. Kochać, cackać, pierdolić - czy to nie jest piękne? Jedna czynność, a tyle możliwości. No dobrze, ale do rzeczy.

Cukierek przez papierek

Znam wielu ludzi, którzy żyją marzeniami i gówno z tych marzeń mają. Bo wiesz, możesz marzyć o najnowszym mercedesie, codziennie oglądać go przez szybę najlepszego salonu w mieście, wizualizować sobie, jak zalewasz swojego instagrama selfiaczami w swoim nowym aucie z hasztagiem #wiozesiepomau i nigdy tego mercedesa nie mieć na własność. Wiesz dlaczego? Bo tak naprawdę nie robisz nic, żeby to marzenie spełnić. Zdaję sobie sprawę z tego, że wizualizacja jest bardzo skutecznym narzędziem, ale wciąż tylko narzędziem, a nie parą rąk, która odwali za Ciebie całą robotę. I od razu zaznaczę, ja też bardzo często byłam tym opierdalaczem. Ba, wciąż mi się to zdarza, ale dużo rzadziej i w mniejszym stopniu. Marzycielem, który śnił o Nowym Jorku, a dzień w dzień budził się w Obornikach i nic nie robił, żeby któregoś razu zaśpiewać na Manhattanie "Englishman in New York":



"Biedak" czy "głupiec"?

Marzenia to bardzo często wynik cholernie ciężkiej pracy i o tym się nie mówi, zwłaszcza, gdy to nie nasze marzenia się spełniają. Wtedy raczej mówi się o farcie i znajomościach - bogatym ojcu, wpływowej ciotce, znanym nazwisku. Bo przecież "głupi to ma szczęście", a "biednemu zawsze wiatr w oczy". Chyba nie muszę mówić, kto pełni rolę głupiego, a kto biednego? ;)


A gdyby tak wyjść z roli biedaka i stać się tym przysłowiowym głupcem, który krok po kroku zdobywa wszystko, o czym marzy? Gdyby tak przyjąć dodatkowe zlecenie i w końcu odłożyć pieniądze na wymarzone wakacje? A może wreszcie zacząć szanować swój czas i pracę i przestać pracować za psie pieniądze?  I nie czytać już "Sekretów odchudzania" podczas regularnych wizyt w McDonald's? Co Ty na to?


Przestań się ze sobą pierdolić 

Jeżeli kochasz marzyć i panicznie boisz się potu, to będziesz sobie dalej marzyć. Ale nigdy tych marzeń nie dotkniesz, nigdy nie poczujesz ich na własnej skórze. Będziesz siedzieć długie godziny przed komputerem i z zazdrością oglądać zdjęcia znajomych z egzotycznych wakacji - Twoich wymarzonych wakacji. Będziesz wzdychać na myśl o torebce Chanel, a jedyne, na co Cię będzie stać to siatka z Biedronki. I wreszcie będziesz pieprzyć w kółko o tym, jak jest Ci ciężko. O tym, że w Polsce nie ma żadnych perspektyw (jeżeli rzeczywiście tak jest, to może warto wystawić nos poza jej granice, choćby na wakacje?)  O tym, że pogoda zła - raz zbyt mocne słońce, innym razem zbyt intensywny deszcz. Zawsze coś. Naprawdę chcesz do końca życia być takim leniwym, niespełnionym i sfrustrowanym kapciem, który narzeka na wszystko i wszystkich dookoła? Który żyje życiem innych zamiast robić swoje? Jeżeli tak jak ja chcesz poczuć prawdziwe szczęście i spełnienie, to wreszcie przestań się ze sobą pierdolić. Przestań szukać kolejnej setki wymówek, zamknij dziób i zacznij pracować na swoje marzenia. Na swoje piękne życie. I przede wszystkim pracuj mądrze - ale o tym innym razem.

Ściskam!
To przez niego dni stają się krótkie i szare. Jest jak maleńka igła, która powoli wysysa z nas całą energię. Z każdym dniem stajemy się coraz mniejsi i słabsi tak jak balony, z których ucieka powietrze. Dzień dobry, Październiku, mam kilka pomysłów, jak skopać Ci tyłek ;). Dzień dobry, Czytelniku, wiem, że mi w tym pomożesz :).


1. Zostań tygrysem lub innym dalmatyńczykiem.

 Moja nowa pidżamka z sh za 2zł :)

Nie da się ukryć, że coraz chłodniejsze wieczory i poranki dają się we znaki. Czas więc wyciągnąć z szafy swoją flanelową pidżamkę, wełniane skarpety i puchaty szlafrok. No chyba, że są starsze od babci i dziadka razem wziętych ;), Wtedy warto pomyśleć nad nowym zakupem. Ja od ponad dwóch lat jestem wielką fanką jednoczęściowych pidżamek. Tak, to te wszystkie misie i tygryski, na widok których zdarzyło Ci się parsknąć śmiechem :D. Ejj, one są naprawdę ciepłe, słodkie i wygodne (dopóki nie zachce Ci się w środku nocy siku i pobiegniesz toples półmaraton na trasie łóżko-łazienka ;p). Ale jesienią nie tylko pidżamki dają radę. Polarowe kapciochy w norweskie wzory i zakopiańskie, nieco gryzące skarpety to też jestem ja!

2. Oszczędzaj dolce! 

Październik to dla mnie również idealny czas na oszczędzanie. Długie, typowo wakacyjne wyjazdy niestety mam już za sobą, ale to nie oznacza, że resztę roku spędzę, chlipiąc w poduszkę podczas oglądania gorących za sprawą sierpniowego słońca zdjęć. Mając w pamięci te wszystkie wakacyjne chwile, chcę mieć pewność, że kolejne wakacje spędzę przynajmniej tak samo dobrze. Zdaję sobie sprawę, że wiele fajnych rzeczy jest za darmo, ale powiedzmy sobie szczerze, brak pieniędzy potrafi skutecznie związać ręce. I właśnie tego chcę za wszelką cenę uniknąć. Dlatego powoli zaczynam odkładanie pieniędzy na wakacyjne festiwale i błogie lenistwo nad morzem, jeziorem lub w górach - kto wie, gdzie nas w przyszłym roku poniesie :). 


3. Pozytywnie się nakręcaj.

Wiosna, lato, jesień, zima - nieważne. Bez względu na porę roku nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Jesienią jestem pełna skrajności. Z przyjemnością sięgam po spokojniejsze kawałki, a za chwilę śpiewam energetyzujące, pełne jamajskiego słońca reggae :D. I właśnie do takiej różnorodności Cię namawiam! Nie patrz się tępym wzrokiem w sufit, zamulając 24h/dobę przy starym, dobrym Hey czy Myslovitz. Wypuść z głośników coś, co nie tylko Cię wyciszy i uspokoi, ale  również doda energii i motywacji do fajnego spędzenia jesieni :-). Jeżeli tak jak ja lubisz kompromisy, to serdecznie polecam Ci całą płytę Julki Pietruchy Parsley. Ten album to spokój, beztroska, błogość, szum morza i pozytywny dźwięk ukulele w jednym :). Cały album do odsłuchania znajdziesz tutaj:

 


4. Rusz tyłek!


I błagam Cię, nie siedź w domu! Idź do kina lub na fajny klubowy koncert. Wiem, że chłodek za oknem nie zachęca do wychylania nosa zza kołdry, ale gwarantuję Ci, że jak już to zrobisz, to zachce Ci się...chcieć. Chcieć przyjemnie przespać spędzić jesień, chcieć poznawać nowe rzeczy, chcieć mieć dla siebie czas i dobrze go wykorzystać ♥.


5. Bądź super!

Najpiękniejsze oczy we wszechświecie ♥

Bądź dobrym człowiekiem - tak po prostu. Zwłaszcza dla futrzanych braci, którzy ciężko znoszą coraz chłodniejsze miesiące. Wykorzystaj nieco luźniejszy weekend na ocieplenie psiej budy. Wymień siano, słomę na nowe. I pamiętaj o ciepłym jedzonku. To cholernie ważne i potrzebne,  a wymaga naprawdę małego nakładu pracy z Twojej strony ;).

Hmmm, wygląda na to, że już wiesz, co warto zrobić w październiku. Mam nadzieję, że wykorzystasz przynajmniej jeden pomysł! ;)

 Ściskam!

Na pewno słyszałaś o nim przynajmniej raz. Ba, jestem pewna, że słyszałaś jego głos - choćby przez ułamek sekundy. I być może na jego widok powiedziałaś sobie w myślach: Bożeee, kolejny pajac... Spoko. To tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia, bo  bez względu na to, czy Twojemu gustowi muzycznemu bliżej do Freddiego Mercurego czy Zenka Martyniuka z zespołu Akcent, czy wolisz modowe bezpieczeństwo czy bycie kolorowym ptakiem, to jest to osoba, od której możesz się wiele nauczyć. O kim mowa? O Michale Szpaku, oczywiście. Zapraszam do lektury.


1. Prawdziwa klasa

Być może nie jesteś na bieżąco z okołoeurowizyjnymi wydarzeniami, więc pozwól, że Ci nakreślę sytuację, jaka wydarzyła się bezpośrednio po polskich eliminacjach do tegorocznej Eurowizji. Choć w konkursie wzięło udział 9 artystów, za czarne konie uważano dwie osoby - Edytę Górniak i Margaret. Przewidywania minęły się z rzeczywistością - wygrał Michał. I wtedy się zaczęło prawdziwe show. "Wielkie przegrane" zostały poproszone o skomentowanie całej sytuacji. Jedyne zdanie, jakie utknęło mi w pamięci to komentarz pani Górniak, która stwierdziła, że nie spodziewała się, że wygra - no jak mu tam- Michał Szpak. Nie wnikam, czy to celowa złośliwość czy przykrótka pamięć. W każdym razie zabrzmiało to jak niemała zniewaga i idealny pretekst to wszczęcia tzw. gównoburzy typowej dla naszego showbiznesu. Jednak Szpak pozostawił to bez komentarza. Powiem więcej - zapytany w późniejszym czasie, jakie to uczucie zmierzyć się z "divą", odpowiedział, że bardzo cieszy się, że było mu dane stanąć na jednej scenie z osobą, którą bardzo sobie ceni. To się nazywa klasa. Pani Edyto, odsyłam na korepetycje z kultury osobistej. Na naukę nigdy nie jest za późno.


2. Życie bez maski 

Na pewno jest jakaś rzecz w Twoim życiu, o której kiedyś marzyłaś i która wiązała się ze zmianą wizerunku. Może to były różowe włosy, bordowe glany albo oldschoolowy dres z lat 80-tych. Nieważne. Ważne, że zabrakło Ci odwagi do bycia sobą i żadna z tych rzeczy nigdy nie wylądowała na Twojej głowie, nogach czy plecach. I w gruncie rzeczy to mega przykre, że zawsze było coś, co blokowało Twoją ciekawą osobowość. Jednym razem mogło to być krzywe spojrzenie babci na widok Twoich poszarpanych jeansów, a innym głupkowate uśmieszki rówieśników, gdy na studniówkę założyłaś welurową marynarkę. Myślisz, że Szpak miał inaczej? Ja myślę, że miał dwa razy gorzej niż my. W końcu to facet. A przecież facetowi nie wypada założyć czerwonych, skórzanych spodni czy pomalować paznokci. Gówno prawda. Wszystko, o czym marzysz wypada. Nawet zęby. (koniec sucharu, kurtyna opada :D)





3. Ciężka praca 

Postał przez dwie i pół minuty na scenie X-factora i stał się gwiazdą. Nie, nie, nie. W przeciwieństwie do jednosezonowych gwiazdek, które ledwo błysną i już gasną nie wykorzystał w pełni swoich "5 minut". Zniknął na dłuższy czas z showbiznesu i wrócił do niego dopiero po 3-letniej przerwie. Z większym doświadczeniem, nową płytą i odmienionym wizerunkiem. A teraz sukcesywnie realizuje postawione sobie cele - jak chociażby wczorajsze 3-cie miejsce przyznane przez eurowizyjną publiczność. Wniosek? Nie zawsze warto pchać się przed szereg. Czasami lepiej stanąć na uboczu i po cichutku robić swoje. W myśl zasady: Pracuj w ciszy. Niech Twój sukces robi hałas :).

Zatem już znasz 3 rzeczy, których możesz się nauczyć od Michała Szpaka. Jestem bardzo ciekawa, czy dla Ciebie również jest to inspirująca postać? Koniecznie daj mi znać w komentarzu! :-)


Pozdrawiam Cię w wersji patriotycznej :D 
 (wciąż świętuję nasz eurowizyjny sukces ;)

PS. Jeżeli szukasz motywacji i inspirują Cię historie znanych osób, to odsyłam Cię do mojego pierwszego tekstu z serii: "Rzeczy, których możesz się nauczyć od..." - klik, w którym pisałam o Nicku Vujicu. 


Większość z nas na początku swojej przygody z  aktywnością fizyczną bacznie przygląda się fit celebrytom - nie tylko tym, którzy dorobili się ciepłego fotela w telewizji śniadaniowej, ale również rzeszy instagramowiczów, którzy dzień w dzień zalewają nas morzem motywacji. No właśnie, motywacja jest tutaj kluczowa, zwłaszcza, że początki bywają ekstremalnie trudne. Dlatego zawzięcie szukamy inspiracji - osób, które wirtualnie poprowadzą nas za rączkę i pokażą, że naprawdę warto się spocić.

Z zapartym tchem śledzimy ich każdy trening, każdy posiłek oznaczony hasztagiem #czystamicha i mamy poczucie, że jesteśmy świadkami wielkich rzeczy. Z czasem inspiracja przeradza się w przynajmniej częściową imitację. Płatki owsiane czy kasza jaglana przestają smakować. Bliżej im do paszy dla konia niż smacznego śniadania. Co innego nasiona chia czy zielony jęczmień. To jest prawdziwe jedzenie! 

To samo dzieje się z domowym treningiem wykonanym w lekko przetartych legginsach. Ten nagle staje się nudny i nieefektywny, dlatego trzeba ogarnąć markowe dresy i czym prędzej podreptać na siłownię. Ale nie jakąś tam podrzędną, w naszym rodzinnym pipidówku. "Warsiawy" nam trzeba. Fruwających na bieżni metek i błysku fleszy naszego najnowszego iphone'a. No workout without fame czy jakoś tak.

Po czasie dostrzegamy realne zmiany. Drogi strój rzeczywiście robi robotę. Szczupło, szczuplej, najszczuplej. Ale zaraz, zaraz, to my miałyśmy być szczuplejsze, a nie nasz portfel. Hmmm...no nic. Spróbujmy podziałać dietą.

Śniadanie - pudding chia ze startą laską wanilii i odrobiną czarnuszki. Do tego biała herbata, ale tylko ta z ekologicznej plantacji - jakakolwiek inna ssie. Drugie śniadanie - wytrawna muffinka bez glutenu, bez nabiału, bez fruktozy. W gruncie rzeczy to...bez smaku :D. Obiad - stejk z dzika z dodatkiem komosy ryżowej. Podwieczorek - filet z uśmiechniętego rekina z dodatkiem czerwonego pieprzu. Kolacja - jajko przepiórcze. Kury są jakieś takie...démodé.

Zatem masz już te swoje szykowne dresy i niebanalne posiłki. Masz wszystko. Wszystko za wyjątkiem motywacji. I wiesz co Ci powiem? Możesz być chodzącą reklamą Adidasa i "superfoods", a i tak w Twoim życiu nic się nie zmieni. No może poza iskierką zazdrości w oczach koleżanek, których nie stać na te hajlajfowe stylówy i dziwne żarcie. Ty wciąż będziesz taka sama - ekstremalnie zakompleksiona i nieszczęśliwa.

I tak będzie zawsze, jeśli nie zrozumiesz, że praca nad swoim ciałem to przede wszystkim praca nad swoją głową. Nad swoimi myślami. Ta cała materialna otoczka okaże się gówno warta, jeżeli nie dasz sobie szansy. Jeżeli nie uwierzysz, że to od Ciebie zależy, czy będziesz silną kobietą czy taką, którą jest w stanie powalić nawet delikatny wietrzyk.

Dlatego zamiast inwestować pieniądze w te wszystkie cudawianki, zainwestuj czas w siebie. Znajdź wolną chwilę i wybierz choćby najbardziej lajtowy trening z youtube'a. Możliwe, że nawet on okaże się dla Ciebie nie do przejścia. To nic, że nie jesteś w stanie dać z siebie 100%. Dzisiaj dasz z siebie 50%, a jutro 60%. Za miesiąc lub dwa przekonasz się, że to, co jeszcze do niedawna było nie do przeskoczenia nie jest dla Ciebie żadnym wyzwaniem Wreszcie zobaczysz, jak płynna jest granica Twojej wytrzymałości.

Zdrowsze, silniejsze, smuklejsze ciało będzie tylko przyjemnym skutkiem ubocznym. Najważniejsze jest to, co wydarzy się w Twojej głowie. Byle problem nie będzie już w stanie wywołać w Tobie lawiny stresu. Z większą śmiałością zaczniesz walczyć o swoje. Nie dasz nikomu sobą pomiatać. Będziesz spokojniejsza, pewniejsza siebie. Będziesz po prostu szczęśliwsza. I właśnie tego życzę Ci z całego serducha.

Pamiętaj, że jesteś dzielna i bardzo, ale to bardzo mocno w Ciebie wierzę - tak samo jak w siebie samą :-).

PS. Koniecznie daj znać, czy zgadzasz się ze mną, że motywacji warto szukać w sobie, a  nie w innych. Odezwij się, nawet jeśli mamy całkowicie odmienne zdanie. Dyskusje są mega fajne i rozwijające :-). 


Boże, znowu 7:15. A to oznacza, że zaspałaś piąty dzień z rzędu. Brawo Ty. Dlatego w nagrodę pospiesznie wypijesz kawę, zalewając przy tym swoją ulubioną spódnicę. To znaczy, ulubiona to ona była jakąś dekadę temu, kiedy aż tak Cię nie opinała, ale walić to. A wracając do tematu kawy, zalałaś się nią, bo jak zwykle chciałaś wygrać z czasem, zdążając na autobus 102. No patrz, znowu się nie udało. Najważniejsze, że nie zapomniałaś zabrać głowy, wychodząc z domu. A w zasadzie, to szkoda.  Miały być hollywoodzkie fale, a wyszedł jak zwykle przylizany pudel. Ale zaraz, zaraz, wyglądasz do bani, a jednak ten facet z naprzeciwka jakoś podejrzanie długo na Ciebie zerka. Dziewczyno, Ty to masz jednak wrodzony czar. Ten styl, szyk...Cholera, ten facet to kanar. Znowu zapomniałaś o skasowaniu biletu.

Czy ten scenariusz wydaje Ci się jakoś podejrzanie znajomy? No dobra, może jednak to nie była kawa, tylko zielona herbata i nie zaspałaś piąty dzień z rzędu, a zaledwie trzeci. Tak czy siak, wstałaś lewą nogą* i jakiś miły głos w Twojej głowie podpowiada Ci, że jeśli chcesz jakoś przetrwać  ten dzień, musisz go przespać. Ja wiem, wiem, sen jest bardzo zdrowy. Sen uspokaja. Sen to najlepszy przeciwzmarszczkowy krem do twarzy. Itepe itede. A co najważniejsze, we śnie możesz spotkać boga seksu na białym koniu i odjechać z nim w siną dal. Kochanieńka, bóg bogiem, a obowiązki obowiązkami. Samo się nie zrobi. I nie mówię już nawet o tej stercie niedokończonych rozliczeń na Twoim biurku  ani zgniłym bananie, w którym od ponad tygodnia kwitnie życie towarzyskie muszek-owocówek.  Chodzi mi o Ciebie i o Twoje samopoczucie :-). 

Nie masz wrażenia, że często, zbyt często pozwalasz błahostkom zepsuć Twój cały dzień? Że totalne bzdury potrafią zrobić z Ciebie stereotypowego przedstawiciela emo, który od czasów gimnazjum tnie się tą samą bagietką?  Jeżeli na któreś z tych pytań odpowiedziałaś twierdząco, to zerknij na moje 3 nietypowe sposoby na poprawienie sobie humoru:


1. Pomóż obcej osobie. 
Już wielokrotnie wspominałam, że pomaganie jest super. A wiesz co jest w nim takiego fajnego? To, że dobra energia wraca. Nie za tydzień, miesiąc, rok, tylko od razu. I nie chodzi mi o wzajemne robienie sobie przysług, tylko o satysfakcję z tego, że zmieniliśmy czyjeś życie na lepsze. Choćby na ułamek sekundy. Paradoksalnie, drobne gesty mają wielką moc. Kto wie, może Twój brak obojętności przywróci komuś wiarę w drugiego człowieka? :-)  Mówi się, że w dzisiejszych czasach każdy tylko czyha aż druga osoba upadnie. Obal ten pieprzony mit i udowodnij, że takie fajne serducho jak Ty naprawdę stąpa po tej interesownej ziemi. 


2. Pomyśl o tym, jak wiele masz.
Nie myśl o różowym porsche, do którego wzdychasz od kilku tygodni ani torebce Louis Vuitton, która wygląda nieprzyzwoicie dobrze z płaszczem...Twojej koleżanki z pracy. Skup się na tym, co Ty masz. Na tym, czego nikt Ci nie odbierze. Na uśmiechu swojego dziecka. Na  ciepłych ramionach swojego faceta, w których możesz się zanurzyć kiedy tylko chcesz. Na głupkowatych żartach, które kumasz tylko Ty i Twoja Mama. I co, dalej się przejmujesz tą głupią kawą? :-)


3. Zrób coś głupiego. 
Jaaa? Ja mam robić coś głupiego? Przecież jestem matką, nauczycielką, poważną panią prezes i przewodniczącą kółka różańcowego! To nie przystoi! - pewnie zaraz mi powiesz. Spokojnie, jak dotąd nie widziałam wypowiedzenia umotywowanego w ten sposób :

Z powodu jazdy na sankach bez sanek, tańca w deszczu  oraz zorganizowania konkursu dot. łapania chipsów na czas w korpokuchni, Pani Mariola Kot zostaje zwolniona dyscyplinarnie.

Wyjmij kij z tyłka i wyluzuj. Choć na chwilę przypomnij sobie, jak to jest być dzieckiem. Dzieckiem, któremu tak niewiele potrzeba do szczęścia i które zamiast rozpaczać, uśmiecha się do lustra na widok swojego ryjka usmarowanego nutellą.


To jak, który z moich sposobów na poprawę humoru przetestujesz jako pierwszy? :-)  

 Ściskam!


*lewe nogi są super, ręce też,a  mówi Wam to ekspert - leworęczna Fitkola (:
 
Być może jesteś teraz w tym samym miejscu, co ja miesiąc temu i zastanawiasz się, gdzie znaleźć siłę i prawdziwą motywację do ćwiczeń. Nie pomaga Ci nawet fakt, że Twoje mieszkanie wygląda jak świątynia Chodakowskiej. Z szuflady z bielizną nieśmiało wygląda płyta z wizerunkiem pani z ładnie zarysowaną krateczką na brzuchu, a przyklejony do lustra skrawek gazety codziennie stara się Ciebie przekonać, że gruncie rzeczy jesteś całkiem fajna babką, że to jest Twój dzień - dzień, w którym raz na zawsze rozprawisz się ze swoimi słabościami, bo przecież "Twoje ciało może więcej niż podpowiada Ci Twój umysł''. I rzeczywiście takie słowa sprawiają, że rosną Ci skrzydełka i wznosisz się hen, hen, wysoko, ale po chwili spadasz, waląc głową o parkiet.  Z jednej strony czujesz realną potrzebę zadbania o swoje zdrowie i wygląd, a z drugiej jesteś jak biedny balonik, z którego uchodzi powietrze. Myślę, że każdej z nas zdarza się jechać na rezerwie motywacji. Niby się nie poddajemy, ciągle idziemy naprzód, a jednak po treningu bliżej nam do płaczu niż słodkiego upojenia endorfinami. Co z tym zrobić? Odłożyć matę do szafy i wyjść do ludzi!

Właśnie dzisiaj mija miesiąc odkąd zapisałam się na siłownię. Zanim powiedziałam "tak" wylewaniu potu u boku koksików, którzy mogliby mnie zabić swoim udźcem, w duchu myślałam, że to nie dla mnie, że to strata czasu i pieniędzy, bo przecież mogę wykonać porządny workout, nie ruszając się z domu. Dotychczas byłam typowym i, jak się tak teraz zastanowię, niezbyt szczęśliwym dywanowcem. Scenariusz był zawsze taki sam. Ja, mata i program treningowy odpalony na telewizorze. W którymś momencie do naszego cudnego trio dołączyła niechęć i frustracja. Zrobiło się zbyt tłoczno, a ja nie miałam już czym oddychać. 

Decyzję o wykupieniu karnetu na siłownię przyspieszyła promocja -50%. Jak dobrze wiecie, jestem Boską Łowczynią Promocji, dlatego wyskubałam pięć dyszek z portfela, mówiąc sobie w myślach: "Wchodzę w to!" I weszłam...na dobre. Pierwsze dwa tygodnie były istnym szaleństwem. Ćwiczyłam 4-5 razy w tygodniu. Stawałam na głowie, żeby pogodzić nową zajawkę z dotychczasowymi obowiązkami i tym sposobem prawie codziennie krążyłam pomiędzy domem, uczelnią, pracą i siłownią właśnie. Wreszcie nie szukałam wymówek. Po prostu robiłam to, co do mnie należy. Robiłam to, co sprawia mi prawdziwą przyjemność, dlatego nawet po ciężkim dniu biegłam z wywalonym jęzorem na siłownię. Obecnie ze względów zdrowotnych mam małą przerwę, dlatego wykorzystam ten czas, opowiadając Ci o powodach, dla których warto choć raz się tam wybrać :). 


3 powody, dla których warto wybrać się na siłownię 

1. Na siłowni poznasz wartość pozytywnej rywalizacji. 
"Ale zaraz, zaraz, 60-letnia babeczka zasuwa na bieżni?! To co, ja nie dam rady?" Zupełnie obcy ludzie dzielnie walczący ze swoimi słabościami są najlepszą motywacją. Nie żadne celebrytki zostawiające grubą kasę w portfelach swoich równie znanych trenerów, tylko przeciętna Kowalska, której życie dało porządnego kopa w dupę, a ona zamiast upaść, dała mu w ryj z półobrotu, a przy okazji wyhodowała brazylijskie pośladki (:

2. Przypomnisz sobie, że Twoja głowa i ciało kochają różnorodność
A dzięki temu uświadomisz sobie, że machanie nóżką sześćdziesiąty dzień z rzędu w tą samą stronę nie było najlepszym pomysłem. I nawet jeśli siłownia nie stanie się Twoim drugim domem, zawsze będzie planem B, alternatywą dla monotonnych programów treningowych i pretekstem do kreatywnych rozwiązań - dostęp do różnych maszyn i akcesoriów (taśm, hantli, piłek) umożliwi Ci swobodne modyfikowanie treningów, a co za tym idzie, sprawi, że obce będzie Ci pojęcie nudy.    

3. Wyeliminujesz dotychczas popełniane błędy. 
Wbrew pozorom żeby to zrobić nie musisz oddać się w ręce trenera personalnego. Na siłowni spotkasz przynajmniej kilku starych wyjadaczy, którzy chętnie wytłumaczą Ci, jak wykonać poprawnie dane ćwiczenie lub obsłużyć poszczególne maszyny. "Kto pyta, nie błądzi", a przynajmniej błądzi krócej niż ten, który nie pyta ;). Nie ma co się krępować. Przecież nikt z nas nie urodził się na siłowni. A jeżeli się urodził, to jest przypadkiem jednym na milion, o którym zapewne usłyszysz w sobotnim wydaniu wiadomości ;).    

Mam nadzieję, że  tym postem dmuchnęłam choć trochę w Twoje skrzydełka. I teraz się nie poddasz,  nawet pomimo gorszych dni! Przecież nie ma piękniejszej walki niż walka o samego siebie :). Jeżeli jednak wciąż czujesz niedosyt, zostań ze mną na dłużej :). Zostań obserwatorem mojego bloga, śledź moje poczynania na facebooku i instagramie (@fitkola). Zrobię wszystko, żeby nie zabrakło Ci motywacji!


klik
  
Trzymaj się cieplutko i do napisania! 


Nie ma nóg. Nie ma rąk. Nie ma żadnych ograniczeń. Nick Vujic. Na pewno o nim słyszeliście choćby przy okazji tego filmiku: klik. Nick od urodzenia cierpi na fokomelię – wrodzoną wadę, która objawia się zniekształceniem bądź niewykształceniem kończyn. Choć tak naprawdę słowo "cierpi" wydaje się obecnie w jego przypadku co najmniej nieadekwatne. Mówię "obecnie", ponieważ nie zawsze tak było. Choć pierwsze lata życia upłynęły mu beztrosko dzięki ogromnemu zaangażowaniu i mądrości rodziców, na pewnym etapie przeżył poważne załamanie wywołane zależnością od innych. Bezpodstawne uprzedzenia rówieśników również zrobiły swoje. W wieku 10 lat Nick miał próbę samobójczą. Próbował utopić się w wannie. Przed tragicznym końcem uratowała go ogromna dojrzałość – obawa o rodziców, którzy prawdopodobnie obwinialiby się o jego śmierć do końca swoich dni. Postanowił więc walczyć. O siebie, swoje życie i sprawność. Dzisiaj Nick ma obecnie 33 lata, przepiękną żonę u boku, zdrowego syna i…ogromny apetyt na życie.

Jak przekuć słabość w siłę

Większość z nas ma mniejsze lub większe ograniczenia wynikające ze stanu zdrowia, zasobności portfela czy rodzinnych zobowiązań. I choć nie na wszystkie z nich mamy wpływ, to od nas zależy, jaką rolę będą pełniły w naszym życiu – czy będą tylko jego składową czy osią wokół której będzie kręcił się cały nasz świat. Choroba Nicka mogła zdominować jego całe życie i początkowo rzeczywiście tak było. Swoje prawo do szczęścia, relacje z innymi, perspektywę rozwoju widział przez pryzmat swojej choroby. Dopiero gdy zaakceptował to, czego nie mógł zmienić, zaczął naprawdę żyć. Akceptację znalazł nie tylko wśród bliskich, ale również chrześcijańskiej wspólnoty młodzieżowej, która utwierdziła go w przekonaniu, że jest kimś ważnym, kimś, komu przysługuje prawo do szczęścia - tak samo jak mi czy Tobie. Jednym ze swoich oazowych wystąpień zrobił ogromne wrażenie na wszystkich uczestnikach. Zaczął więc udzielać się również w innych organizacjach. Swoją historią ubraną w słowa topił serca i zjednywał sobie ludzi. On po prostu przekuł swoją chorobę, rozumianą jako słabość, w siłę do działania, a przede wszystkim do otworzenia się na drugiego człowieka.

Skazani na...sukces

Na świecie wciąż pokutuje przekonanie, że osoby niepełnosprawne nie mogą być aktywne zawodowo. A jeżeli już się na to zdobędą, to z pewnością nie będą piastować żadnych wysokich stanowisk. Nick sukcesywnie obala ten stereotyp. Ukończył studia na kierunku Księgowość i planowanie finansów, a chwilę obecną jest jednym z bardziej znanych mówców motywacyjnych, autorem poczytnych książek, założycielem firmy oraz organizacji charytatywnej Life without limits. Zatem powtarzając za Bronkiem: Morzna? Morzna! :-) Zerknijmy jednak teraz na swoje polskie podwórko. Jak wynika z Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań sprzed czterech lat, osoby niepełnosprawne stanowią ok.12% ludności krajowej. Wśród nich są artyści, ozłoceni paraolimpijczycy, znani działacze społeczni. Skoro te dwanaście procent osiąga tak wiele, to dlaczego nam miałoby się nie udać?

Na stos ze stereotypami

Niestety niepełnosprawność wciąż wiąże się z wycofaniem z życia społecznego. Wynika ona zarówno z lęku przed odrzuceniem jak i doświadczeniem odrzucenia. Nic więc dziwnego, że osobom niepełnosprawnym trudno uwierzyć, że pewnego dnia znajdą prawdziwych przyjaciół, założą rodzinę i będą mieć satysfakcjonujący seks. I o ile nie mam w zwyczaju nurkowania w czyjejś sypialni, tak mogę powiedzieć, że od trzech lat Nick ma przepiękną, pełnosprawną żoną i....syna :). Tak więc koniec ze stereotypowym myśleniem, wrzucaniem innych i siebie w sztucznie wykreowane ramy. To my sami jesteśmy sterem, żeglarzem, okrętem!

Dystans do siebie

Kolejną rzeczą, której powinniśmy się od niego nauczyć jest dystans do siebie. Jesteście w stanie wyobrazić sobie Nicka stojącego w sklepowej witrynie i udającego manekina? Temu facetowi zdecydowanie nie brakuje poczucia humoru. A my kiedy ostatni raz śmieliśmy się z samych siebie? Kiedy daliśmy sobie prawo do błędu czy słabości? Hm. No właśnie. Przypomnijmy sobie, jak zazwyczaj reagujemy na żarty na swój temat. Czy odpowiadamy na nie kąśliwą uwagą, a może śmiejemy się z nich do rozpuku? Czasem naprawdę warto poluzować majty i przestać zgrywać ważniaka. Z takim podejściem żyje się dużo, duuużo łatwiej.

Większość z nas ma dwie ręce, dwie nogi i całą masę wymówek. Może najwyższy czas się obudzić?

Ściskam :)
N.

Słyszeliście o efekcie domino? Podejrzewam, że większość z Was z małą pomocą intuicji jest w stanie rozgryźć to pojęcie. Wystarczy przypomnieć sobie grę o tej samej nazwie, która w dużym uproszczeniu polega na precyzyjnym ułożeniu ciągu kostek. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że wystarczy drgnięcie dłoni i jeden  przewrócony element układanki pociąga za sobą lawinę kolejnych. A nasz wysiłek, czas poświęcony tworzeniu misternej konstrukcji biorą w łeb.  Myśleliście kiedyś o efekcie domina w kontekście postanowień, kiedy jedna, nawet mała zmiana pociąga za sobą kolejne? 

Niech za przykład posłuży nam chudnięcie. Mówię więc sobie: Będę się zdrowo odżywiać i dzięki temu schudnę. Ale zaraz okazuje się, że to moje zdrowe odżywianie nie sprowadza się tylko do spożywania odpowiednio skomponowanych posiłków. Najpierw muszę obmyślić odpowiedni  jadłospis, zrobić listę zakupów, skonfrontować ją z domowym budżetem, udać się na zakupy, przygotować posiłek. I dopiero na samym końcu zjeść. Ale to nie wszystko. Bardzo możliwe, że zaraz okaże się, że do osiągnięcia idealnej wagi zdrowe odżywiania nie wystarcza i powinnam rozważyć aktywność fizyczną. Wówczas pojawi się pytanie: w domu czy pod okiem profesjonalisty? Bez względu na decyzję, będzie to miało wpływ na moje finanse. Sportowy biustonosz, wygodne buty oraz mata do ćwiczeń to absolutne minimum, dla którego opróżnię swoją świnkę z pięciozłotówek. Ok, sprawę finansów mamy już załatwioną, ale co z czasem? Muszę określić, ile godzin tygodniowo chciałabym poświęcić na ćwiczenia i zastanowić się, w jaki sposób wygospodaruję ten czas. Niestety, doba w magiczny sposób się nie wydłuży, więc trzeba będzie z czegoś zrezygnować. Czy będzie to bezmyślne przeglądanie portali plotkarskich czy kawa wypita w towarzystwie koleżanki zależy ode mnie. I nagle okazuje się, że moje małe-wielkie postanowienie ma wpływ nie tylko na moje ciało i finanse, ale również na moje relacje z innymi. Bardzo możliwe, że to pomoże zweryfikować mi moje dotychczasowe znajomości. Jeżeli otrzymam wsparcie, utwierdzę się w przekonaniu, że mam wokół siebie prawdziwych przyjaciół. A jeżeli będą usilnie starali się podciąć mi skrzydła, mrucząc pod nosem, że Królowa Pasztetu jest tylko jedna, to wiem, że następnym razem zamiast wysłuchiwać czyichś problemów o 3:00 nad ranem, będę przekręcać się w łóżku  na drugi bok, regenerując się po wieczornym treningu.

Wniosek? Jedno postanowienie zazwyczaj pociąga za sobą całą lawinę zmian. Pytanie, czy jesteśmy tego świadomi. A nawet jeśli jesteśmy, to czy w parze ze świadomością idzie nasza gotowość do zmian. Bardzo łatwo zachłysnąć się wizją siebie szczuplejszej, lepiej wykształconej, na wyższym stanowisku. Niestety żeby to osiągnąć nie wystarczy open karnet na siłownię, dostanie się na wymarzone studia czy 15-letnie doświadczenie w zawodzie. I w tym momencie bardzo często pojawia się rozczarowanie. No bo jak to, mój wysiłek poszedł na marne? Czasem nie wystarczy wspiąć się na palce, by dosięgnąć czekolady schowanej na najwyżej z półek. Potrzeba uporu, taktyki i…stabilnego stołka ;-).Dlatego, Kochani, schodzimy na ziemię i robimy listę potencjalnych zysków i strat wynikających z realizacji naszego celu, a następnie odpowiadamy sobie na pytanie, czy warto. Jeżeli tak, to zakasamy rękawy i bierzemy się do pracy ☺. I nie zwalniamy na byle zakręcie. 

Powodzenia!

Ściskam :),
N.


Mogłoby się wydawać, że to tylko kolejna głupkowata reklama, a jednak niesamowicie motywuje mnie do pracy nad sobą. Spokojnie, motywacyjny aspekt tej reklamy nie sprowadza się do wyzwania  z cyklu: One snickers a day keeps the doctor away. To raczej nie ma szansy się udać, no chyba, że nowo kupione hula-hop ma na nas leżeć jak ulał ;-). Chodzi raczej o to, że ta reklama w idealny sposób ilustruje, jak obecność bądź brak z pozoru błahych rzeczy w naszym życiu determinuje nasze relacje z innymi.


Snickersowy przykład futbolisty zmieniającego się w narzekającą babę do Was nie przemawia? Zerknijcie zatem na przykłady z mojego życia. Kiedy jestem długo poza domem i z jakiś względów nie mogę zaspokoić głodu, robię się poddenerwowana. Nie jestem uważnym słuchaczem, a na zadane pytania odpowiadam zdawkowo. Strzelam jak z karabinu złośliwymi uwagami, a jak wiadomo, nie ma większej broni od słów. To prosta droga do konfliktu, który nie dość, że w swej naturze jest zjawiskiem negatywnym, boli jeszcze bardziej, gdy rozgrywa się między bliskimi osobami. Kolejnym wrogiem dobrych relacji jest PMS. No,bez kitu, dziad jeden przejmuje nade mną kontrolę i sprawia, że:

a) jestem mrukiem i noł lajfem 
b) Nikoliną Mamzawszerację oraz 
c) krytykiem życiowym :D

I o ile to pierwsze zjawisko jest zazwyczaj mało szkodliwe, tak pozostałe mogą doprowadzić nasze otoczenie do szewskiej pasji. W takiej sytuacji jedyne, co można zrobić to wyjść z siebie i powiedzieć: Zjedz snickersa, bo zaczynasz gwiazdorzyć. Uwaga: To działa! Działa tak samo jak publiczne puknięcie się w czoło (jest od niego jednak mniej ekshibicjonistyczne ;) i powiedzenie sobie: Weź się ogarnij! Szanuj innych i doceń to, że poświęcają Ci swoją uwagę i  czas, który obecnie traktowany jest jak ekwiwalent hajsu. Dlatego jeżeli Tobie też zdarzają się dni, że chamstwo wylewa Ci się z kołnierza, to w miarę możliwości ogranicz kontakty z innymi. Zrezygnuj z tych bezpośrednich: face-to-face oraz telefonicznych na rzecz maili i smsów. Przynajmniej masz gwarancję, że nie palniesz nic pod wpływem chwili - będziesz na bieżąco weryfikować swoje nieuczesane myśli. Jeżeli jednak możesz sobie pozwolić na chwilową ''nieobecność'', poluzuj majty i poczekaj aż Ci przejdzie.

Koniecznie napiszcie, w jakich sytuacjach, to Wam przydałby się snickers! :-)


Ściskam :),
N.

Dzisiejszy post dedykuję wszystkim tym, którzy są głęboko przekonani, że ze Szczęściem jest im nie po drodze.

Ostatnio będąc na wykładzie o wdzięcznym tytule: Jak być szczęśliwym?, usłyszałam niesamowicie motywującą historię o szczęściu. Historia wywarła na mnie na tyle duże wrażenie, że postaram się ją teraz dla Was odtworzyć:


Pewnego dnia Szczęście udało się do lasu. Przechadzając się po jednej z leśnych dróżek, wpadło do ciemnej, głębokiej jamy. Nie mogąc się z niej wystać, głośno zapłakało. Jednakże jego płacz nie trwał długo, gdyż Szczęście usłyszało kroki nadchodzącego człowieka, co obudziło w nim niemałą nadzieję. 

-Dobry Człowieku, dobry Człowieku, pomóż mi wydostać się z jamy! W zamian otrzymasz ode mnie, co tylko chcesz.

Człowiek powiedział, że zawsze marzył o pięknym domu nad brzegiem morza. I tak w mgnieniu oka człowiekowi ukazał się piękny dom. Przejęty spełnioną zachcianką człowiek udał się do swojego nowego domu i zapomniał o Szczęściu. Czas mijał, a Szczęście dalej siedziało w jamie zasmucone swym losem do momentu, w którym usłyszało kroki nadchodzącego kolejnego człowieka.

- Dobry Człowieku, dobry Człowieku, pomóż mi wydostać się z jamy! W zamian otrzymasz ode mnie, co tylko chcesz.

Człowiek poprosił więc szczęście o najdroższy, sportowy samochód, a chwilę później dokładnie taki otrzymał. Zachwycony swym nowym nabytkiem szybko odjechał, tym samym zostawiając Szczęście na pastwę losu.

Siedzi więc Szczęście w jamie i płacze. A tu nagle znikąd pojawia się trzeci człowiek.

- Dobry Człowieku, dobry Człowieku, pomóż mi wydostać się z jamy! 

Nie zastanawiając się nawet przez chwilę, dobry człowiek wyciągnął Szczęście z jamy.

- Co chcesz w zamian dobry Człowieku?

- Nic - odpowiedział Dobry Człowiek i odszedł.
...
Szczęście poszło więc za nim :-).


Kochani, nie zapominajcie, że Szczęście kocha się w bezinteresowności! :)

Ściskam :),
N.