Wyobraź sobie natłok myśli w swojej głowie. Poczuj ogromne zmęczenie codziennym biegiem. A teraz zostaw to wszystko pod swoimi stopami i leć. Delikatnie wiruj na wietrze i tańcz. Poczuj lekkość w swojej głowie. 


Zacznij na nowo się wszystkim zachwycać - balonem w kolorze tęczy, ciepłem ognia, który masz tuż nad sobą, stadem koni, które 500 metrów niżej biegną przez jeszcze letnią łąkę i nie mają pojęcia, że ich każdy ruch jest obserwowany przez kilkoro gapiów. 


Zdaj się na los i przyrodę. Niech wiatr niesie Cię tam, gdzie chce. Zaufaj mu, dziś nie musisz wszystkiego kontrolować. Nie liczy się nic poza obecną chwilą i wolnością, której być może  na co dzień trochę Ci brakuje. A teraz nie patrz w dal. Sprawdź, co masz na wyciągnięcie ręki. Nie, nie tylko puchaty jak owca obłok. Może to druga ręka, która szuka Twojego dotyku. Zamknij ją w swojej i poczuj, że nic nie smakuje lepiej niż wspólnie spełnione marzenie.
Jeśli podążyłeś za moją instrukcją, poczułeś się dokładnie tak jak ja, gdy leciałam z Kamilem balonem. Dziękuję Ci za to, Katalogu Marzeń :). 

Fot. Katalog Marzeń - Warszawska integracja uczestników III edycji CHTP :)
W kolorowej prasie dla nastolatek wszystko jest zero-jedynkowe, a co za tym idzie proste. Każda Twoja wątpliwość może zostać rozwiana w ułamek sekundy. Wystarczy, że rozwiążesz krótki quiz i już czarno na białym widzisz jednoznaczną odpowiedź na nurtujące Cię od dłuższego czasu pytanie. Na przykład, czy Aśka jest Twoją prawdziwą przyjaciółką. W rozważaniu może Ci pomóc wciągająca jak rura od odkurzacza lektura. Zaczynasz więc czytać na głos: "Jak często chodzicie razem na zakupy?", "Jak myślisz - czy pożyczyłaby Ci swoją ulubioną sukienkę?", "Czy jej również podoba się Ryan Gosling?" Szybko podliczasz punkty - 3/3. Uff, możesz odetchnąć z ulgą i w 100% jej zaufać. To Twoja Best Friend Forever.

Mijają lata. Dorastasz. Być może ogarniają Cię podobne, co za nastoletnich lat wątpliwości, ale nie uciszy ich już żaden magazyn. Orientujesz się, że prawdziwe życie wystawia nas i nasze relacje na nieco inne próby. Wspólne zamiłowanie do zakupów czy robienie sobie nawzajem pazurków przestają odgrywać istotną rolę. Bardzo często mówi się, że prawdziwym testem dla przyjaźni jest to, jak traktujemy bliskich, gdy są w przysłowiowej biedzie. Czasem zapominamy, że istotne jest również to, czy pomagamy im się rozwijać, wspieramy ich w istotnych dla nich kwestiach i jak się zachowujemy, gdy odnoszą sukces.

Zgłaszając się do udziału w akcji ,,Chcę to przeżyć" (klik) organizowanej przez Katalog Marzeń (klik), nieświadomie wystawiłam swoich znajomych na taką próbę. I wiesz co? Poradzili sobie śpiewająco.

K. :* przed realizacją mojego pierwszego marzenia na 200% zaangażował się w nagranie ,,Laura Croft w walce ze strachem", wcielając się w postać tytułowego Strachu :). Później kumpela poznana kilka lat temu w blogosferze pojechała ze mną na łódzką strzelnicę. Bezpośrednio przed wejściem rozluźniła nieco napiętą atmosferę, a później dzielnie nagrywała moje strzelanie. Dzięki Niej zostały uwiecznione najciekawsze momenty. Dziękuję Daga! :)

Fot. Katalog Marzeń - Warszawska integracja uczestników III edycji CHTP :)

Drugi etap i znów mój niezawodny K. :*. Myślał, że jedzie do stolicy wyłącznie po to, by pomóc mi zrelacjonować moje drugie marzenie - lot widokowy nad Warszawą. Nie wiedział, że w kieszeni miałam drugi voucher - prezent dla Niego. Na miejscu przedstawiłam Mu swoją koncepcję na film i już po chwili K. wcielił się w rolę ucznia. Po udanych nagraniach, dosłownie na chwilę przed lotem dowiedział się, że leci ze mną - Jego reakcja była bezcenna :).

Trzeci etap (w toku) - póki co jedna wielka niewiadoma i... ogromne wsparcie ze strony znajomych, ale zacznijmy od początku. Na "deser" akcji ,,Chcę to przeżyć" wybraliśmy wspólnie z K. lot balonem. Byliśmy umówieni z organizatorem na 19 sierpnia i niestety na 3 godziny przed planowanym lotem dostaliśmy informację, że ten się nie odbędzie i, że nie ma już dla nas żadnych sierpniowych terminów. Od razu odezwałam się do mojego katalogowego Anioła (tak, Aga, o Tobie mowa ;)) i wymieniłam voucher na lot balonem u innego organizatora. Jest jednak  jeden mały haczyk - to lot typu last minute, więc trzeba grzecznie siedzieć i czekać aż 1-2 dni przed  lotem zostaniemy o nim poinformowani. Wtedy szybka decyzja - kto pierwszy, ten lepszy i ...musi się (w końcu) udać. Wczoraj się nie udało, choć odpisałam w zasadzie od razu po otrzymaniu sms-a. Jeszcze "chwilę" poczekam na balon i jeśli nie znajdzie się dla mnie miejsce w koszu, to...wjedzie plan C (skoro B już był ;p).

Głęboko wierzę, że wszystko, co nas spotyka ma sens. Może to, że teraz jest pod górkę ma mi uświadomić jak duże wsparcie mam zarówno w Bliskich jak i w katalogowych znajomych. Jeżeli to czytacie, to bardzo Wam dziękuję za to, że dopytujecie, co u mnie i piszecie, że trzymacie za mnie mocno kciuki. Ola, Kasia, Julka, łapcie ogromne buziaki :*. Obiecuję, że będę walczyć do samego końca. Jak zawsze :).

I choć to jeszcze nie czas na podsumowania, to już teraz chcę, żebyście wiedzieli, że doceniam Wasze każde dobre słowo powiedziane mi prosto w twarz, każdą wiadomość, komentarz i polubienie w sieci, które sprawiają, że chce mi się chcieć jeszcze bardziej :). Cieszę się, że Was mam i że moje relacje Was bawią i poprawiają Wam humor np. po ciężkim dniu w pracy. Tworzenie dla Was to ogromny zaszczyt i równie ogromna przyjemność, za co z całego serca Wam dziękuję!

PS. Wierzę, że w przeciągu kilku najbliższych dni dopiszę update z balonowym happy endem :).

Zawsze byłam pełna marzeń, ale od kilku lat po prostu nimi żyję. Analizując swoje różne działania - zwłaszcza te w sieci, doszłam do wniosku, że mam ogromny komfort - komfort bycia sobą. Robię rzeczy, na które mam ochotę i nie zastanawiam się po 5 razy, czy wypada. Widać to chociażby w mojej najnowszej relacji z lotu widokowego nad Warszawą, który odbył się w ramach akcji "Chcę to przeżyć" (klik) organizowanej przez Katalog Marzeń (klik):

Jeśli mnie obserwujesz, to wiesz, że bez najmniejszego skrępowania śpiewam przed kamerą, udaję, że gram na gitarze, tańczę do disco-polo, wcielam się w postać Lary Croft, udaję obleśnego Sebixa i robię tysiące innych rzeczy, które część osób być może uznaje za głupie, żałosne i nieadekwatne do mojego wieku. I wiesz co jest najśmieszniejsze? To, że mam świadomość, jaki może być odbiór publikowanych przeze mnie treści i nic sobie z tego nie robię. Nie boję się pokazywać prawdziwych emocji. Nie wstydzę się łez ani suchych żartów. Nie zakrywam się ręką, gdy nie mam na swojej twarzy ani grama makijażu. Coraz bardziej czuję jak na mojej szyi rozluźnia się łańcuch społecznych oczekiwań. I jestem z siebie dumna, bo od długiego czasu na to pracuję. Pracuję nad sobą dla... siebie i Bliskich, bo chcę, żeby w każdej sytuacji widzieli prawdziwą mnie i dostawali ode mnie miłość i wdzięczność w najczystszej, najbardziej surowej, pięknej postaci, a nie przecedzone przez pokrzywione społeczne sito, które nijak się ma do wartości, w które wierzę. I dlatego nie zamierzam się wstydzić ani stada buziaków lądujących na ukochanym policzku, gdy wokół mnóstwo gapiów ani swojego ogromnego, dla niektórych niezrozumiałego zaangażowania w walce o rzeczy, na których mi zależy.

Nie będę ukrywać, że ogromnie cieszy mnie to, że są osoby, które doceniają moje szalone pomysły i pomagają mi w ich realizacji. Szeroko uśmiecham się na myśl o tych, którzy doceniają moją autentyczność i spontaniczność. Szczególne podziękowania dla mojego K. :* oraz całej Ekipy z Katalogu Marzeń, której wsparcie czuję codziennie od ponad dwóch miesięcy :). Buziaki!
Nie zajrzę do  Twojej głowy, bo boję się, że znajdę w niej zakurzone marzenia. W mojej do niedawna też takie były. Szczerze mówiąc, było ich całe mnóstwo. O części z nich zapomniałam. O reszcie udawałam, że nie pamiętam. Głównie z obaw, że się nie uda. Że ktoś wyśmieje te moje małe-wielkie plany. Bałam się, że jak zawsze znajdzie się ktoś "uprzejmy", kto rozliczy mnie ze wszystkich niepowodzeń. Z ironicznym uśmiechem na twarzy zapyta: "Po co po raz kolejny porywałaś się z motyką na słońce?!" A ja nie będę wiedziała, co mu odpowiedzieć.
Od tamtej pory minęło trochę czasu i... znam już odpowiedź na tamto pytanie. Porywam się z motyką na słońce, bo nie boję się sparzyć. Niestraszna mi ciężka praca. Nie mam alergii na pot ani na tysiące prób i powtórzeń, gdy mi na czymś bardzo zależy. Od około 2-3 lat regularnie zaglądam do swojej głowy i sprawdzam, czy nie ma w niej zaniedbanych, a jednocześnie wciąż aktualnych marzeń. I ciągle coś nowego znajduję. Właśnie tak było ze strzelaniem. A idealnym pretekstem do odkurzenia tego marzenia okazała się 3. edycja "Chcę to przeżyć" organizowana przez Katalog Marzeń. Znalazłam się  wśród 700 szczęśliwców, którzy w 1. etapie konkursu mogli zrealizować jedno ze swoich marzeń. Nie miałam wątpliwości, że wybiorę strzelnicę. Padło na łódzki Top-Shot (klik!) i z perspektywy czasu wiem, że nie mogłam wybrać lepiej.
Na kilka minut przed wejściem na strzelnicę naszły mnie obawy, że sobie nie poradzę. Mam wadę wzroku, a moje zabójcze spojrzenie to jedyna broń z jaką miałam do czynienia przez całe swoje 27-letnie życie. Mój lęk wyciszyła Daga. I już po chwili weszłyśmy dziarskim krokiem na strzelnicę przy ul. Okopowej 70/106. Na miejscu czekał na nas przesympatyczny pan Szymon ubrany od stóp do głów w moro (pomyślałam: "Boże, czy to mój zaginiony brat bliźniak?!"), który szczegółowo opowiedział mi o zasadach bezpieczeństwa obowiązujących na strzelnicy, krok po kroku wytłumaczył jak posługiwać się pistoletami bocznego i centralnego zapłonu oraz karabinkiem sportowym, nadzorował mnie podczas strzelania, a na koniec stwierdził, że będzie ze mnie dobry snajper (i to bez łapówki! ;p). To było najbardziej emocjonujące 60 minut w moim życiu. Ekscytacja mieszała się z przyjemnym zmęczeniem, niepewnością i wreszcie... dumą .  Wniosek? Zanim złapiesz za odkurzacz i zaczniesz jeździć nim po salonie po raz 5-ty w tym tygodniu, sprawdź, czy bardziej pilnego odkurzania nie wymagają Twoje marzenia. Trzymam za Ciebie mocno kciuki. PS. Więcej o akcji "Chcę to przeżyć" znajdziesz TUTAJ
 Fot. Socjopatka (:

To drugi dzień z rzędu, który spędzam w pidżamie. Nigdzie nie biegnę, bo nie muszę. Zwalniam się z większości obowiązków i nie czuję ulgi. Kuchnia wydaje mi się dziś wyjątkowo odległa, choć dzieli mnie od niej zaledwie kilkanaście kroków. Ochota na coś ciepłego sprawia, że jednak wstaję. Może kubek zielonej herbaty z miętą postawi mnie na nogi, bo wcale nie czuję jakbym stała. A przecież stoję. Dzisiaj mało mnie we mnie.  A może wręcz przeciwnie, zbyt dużo. I dlatego jest mi tak ciężko. Na sercu i głowie.  Żeby poczuć się choć trochę lżej, wspominam miniony marzec. I właśnie dlatego zapraszam Was na marcowe What's up?

What's up? to mój nowy comiesięczny cykl wpisów, z którego dowiecie się:
  • jak mi idą treningi
  • co dobrego ląduje na moim talerzu
  • gdzie podróżuję
  • co mnie inspiruje (muzyka, książka, film, kanał na yt, blog) 
  • jakie miejsca polecam 
  • co u mnie słychać prywatnie i jakie mam przemyślenia

W dzisiejszym What's up? zdradzam m.in.:

  • czy warto trenować crossfit
  • gdzie są dobre burgery i mojito w Warszawie
  • gdzie można dobrze i tanio zjeść w Wiedniu
  • tytuły stand-upów, po  obejrzeniu których brzuchy rozbolą Was ze śmiechu (:

Marzec był... dobry. Cholernie dobry ♥.  A to wszystko za sprawą dwóch rzeczy - powrotu do regularnej aktywności fizycznej i wycieczki do Wiednia.

To właśnie miesiąc temu wróciłam do swojej miłości sprzed roku. Miłości, która potrafi mnie przetyrać jak nikt inny, sprowadzić do poziomu podłogi i sprawić, bym naparzała burpeesy jak szalona. Mowa oczywiście o crossficie, który poznałam w ubiegłe wakacje. Są to tak naprawdę jedyne zajęcia, na które chodzę z przyjemnością, nawet gdy coś mi nie wychodzi i czuję się jak totalny cienias. Znowu mam poczucie, że robię coś dla siebie, w 100% dla siebie. Crossfit to moje dwie pieczenie na jednym ogniu - robię dobrze zarówno swojemu ciału jak i umysłowi. I Wam polecam to samo. Znajdźcie aktywność, która sprawia Wam frajdę i... nie odpuszczajcie :).


Marzec był również pod hasłem promocji, podczas której upolowałam bilety autobusowe w śmiesznie niskiej cenie. Jedyne 5 złotych sprawiło, że po raz pierwszy wylądowałam w Austrii, na dodatek w towarzystwie niezawodnej Dagi. I choć spędziłyśmy w Wiedniu zaledwie jeden (chłodny) dzień, to zdążyłam się w tym mieście zakochać. Przepiękna architektura na każdym rogu, studencka pakistańska knajpa Der Wiener Deewan, w której jesz, ile chcesz i... płacisz, ile chcesz (o wysokości rachunku decydujesz przy kasie, serio!), pyszna włoska pizza w knajpie Disco Volante wypiekana w kuli dyskotekowej to zaledwie kropla w morzu atrakcji, jakie oferuje klimatyczna stolica Austrii. Jak przystało na prawdziwe shopping queens, nie mogłybyśmy odpuścić wizyty w podwiedeńskim Primarku. Moje zakupy zakończyły się trzema parami butów (tylko jedna dla mnie ;)). 


Wspomniana pakistańska knajpa i drzwi do damskiej toalety z pięknym przekazem ♥.


Moja druga w życiu wizyta w Primarku (:

Jeden marcowy trip niestety okazał się niewypałem - dosłownie. Po prostu nie doszedł do skutku, ale "nie ma tego złego...", bo dzięki temu wylądowałam w Warszawie w 7 Street Bar & Grill w towarzystwie Siostry i Jej narzeczonego na turbo wyżerce - dobrych burgerach, pysznych szejkach i obłędnym bezalkoholowym mojito, które mogłabym pić wiadrami. Jeżeli ktoś kwestionuje, że jedzonko to życie, to ja tej osobie nie ufam! :))


Ufam natomiast ludziom z dobrym poczuciem humoru, np. takim jak Łukasz "Lotek" Lodkowski. Jeżeli lubicie stand-upy i jeszcze tego pana nie znacie, to  czas najwyższy to nadrobić. Póki co obejrzałam "Zamawianie pizzy", "Blablacar", "Izba wytrzeźwień" i wszystkie trzy sprawiły, że ryłam wniebogłosy :)).



Wygląda na to, że właśnie dobrnęliśmy do końca marcowego What's up?. Mam nadzieję, że polecone przeze mnie miejsca i stand-upy znajdą się na Waszej liście do zobaczenia i wywołają niejeden uśmiech :). Zdradzicie mi swoje marcowe polecajki? Będę bardzo wdzięczna! (:

Ściskam!
 
Ostatnio zdradziłam Ci swoje pierwsze cztery lifehacki na szczęśliwe życie - klik. Sposoby na to, by zaczynać każdy kolejny dzień z wielkim uśmiechem na twarzy zarówno "pomimo" jak i "dzięki" różnym życiowym doświadczeniom i okolicznościom. Jeżeli jednak czujesz niedosyt, a w Twojej głowie wciąż pojawia się pytanie:
  • Skąd czerpać siłę?
  • Jak znaleźć energię do życia?
  • Jak przestać narzekać i zacząć cieszyć się życiem? 

... to zapraszam Cię na drugi wpis o tej tematyce :).

 

Nie przypisuj sobie zbyt dużej sprawczości 


Myślę, że większości z nas siła kojarzy się z poczuciem kontroli i sprawczością. I oczywiście jest w tym sporo prawdy. W końcu same możemy być tym słynnym sterem, żeglarzem i okrętem. Same decydujemy, gdzie w danej chwili jesteśmy, kto nam towarzyszy i czym się zajmujemy. Są jednak rzeczy, na które nie mamy absolutnie żadnego wpływu albo mamy naprawdę niewielki. Są to przede wszystkim sytuacje losowe - wypadek, choroba, śmierć, czyli tak naprawdę TOP 3 zdarzeń, na myśl o których mamy gęsią skórkę. W momencie, kiedy przestaniemy sobie przypisywać zbyt dużą sprawczość i powiemy sobie szczerze "To, co robię jest wystarczające", przestaniemy się również za te rzeczy obwiniać. To najtrudniejsza i jednocześnie najbardziej wartościowa praca domowa do odrobienia. Warto się do niej przyłożyć nie tylko dla nas samych, ale również dla naszych bliskich. Ulga, spokojniejsze głowa i serce gwarantowane.

Fot. Mikołaj Sumiński. / MUA Marlena Markowska

 

Wystawiaj się na próby 


To, że każdy z nas ma jakieś lęki i obawy to jedna sprawa. To, co z nimi robimy to druga. Jak zwykle mamy dwa klasyczne rozwiązania - zamieść je pod dywan i udawać, że wcale ich tam nie ma albo przepracować. Zawsze wybieram numer dwa. Powiem Ci szczerze, że jeszcze do niedawna bałam się w zasadzie wszystkiego, co nowe. Tego, czego nie mogłam w 100% przewidzieć i zaplanować. A nie da się ukryć, że jest sporo takich sytuacji, których kalendarz nie jest w stanie uwzględnić. Wcześniej każde niezapowiedziane BOOOM!  oznaczało moje wycofanie i rezygnację. Możliwe, że dzięki temu czułam się spokojna i bezpieczna, ale na pewno nie byłam spełniona, zadowolona z siebie i życia. A na pewno nie tak jak jestem teraz.  Brak satysfakcji sprawił, że postanowiłam działać pomimo lęku. I Ciebie zachęcam do tego samego. Jeżeli czegoś się boisz, nie poświęcaj swojego czasu i energii na walkę z tym stanem. To nie ma sensu. Po prostu bój się i rób. Więcej na temat oswajania lęku przeczytasz w jednym z moich wcześniejszych wpisów - o tutaj.

Bądź kobietą, którą chciałabyś mieć za przyjaciółkę 


Brzmi banalnie, prawda?  Ale chyba nie ma bardziej zawistnej społeczności od kobiecej. W sumie to bardzo dziwne. Czujemy podobnie, mamy podobną wrażliwość. Wchodzimy w te same role (np. bycie matką), a mimo to często na dzień dobry traktujemy się jak swoich największych wrogów. Odpowiada Ci taki układ? Spoko, ale pamiętaj, że jeżeli zachowujesz się jak kawał jędzy, to dostaniesz to samo od innych, być może z nawiązką. To, do czego bardzo chciałabym Cię zachęcić to wyłamanie się z tego bezsensownego schematu i wspieranie innych kobiet w ich dążeniach. Otwarte komplementowanie babeczek, nawet tych obcych. Inspirowanie się tymi obrotnymi zamiast zazdroszczenia im. Niech dobra energia krąży! :)

Wyznaczaj sobie pozytywne cele  


Pozytywne cele to te będące marzeniami :). Tym razem niech nie będą to rzeczy, które skrupulatnie zapisujesz w swoim plannerze turboproduktywności, rzeczy wymagające Twojego ogromnego zaangażowania. Niech to będzie wakacyjny wyjazd, który śni Ci się każdej nocy, spotkanie z kumpelą, które nie wiedzieć czemu przekładałaś już dobre sto razy albo kolacja w świetnej knajpie, na którą Cię stać, ale dotychczas po prostu na sobie dziadowałaś $.  To może być mała albo wielka rzecz. Dobra książka, cholernie kaloryczny deser na mieście albo nieprzyzwoicie długa kąpiel. Lot do Amsterdamu albo do najbliższego monopolowego po butelkę najlepszego wina. Whatever makes you happy, just do it, Kobieto!

Ale zaraz, zaraz, nie uciekaj mi jeszcze. Podobno za darmo można dostać tylko w mordę, więc żeby nie było, że naprodukowałam się dla Ciebie za darmo, czekam na Twoje sposoby na życiowy power i latanie po suficie. No nie bądź sknera, zdradź mi je w komentarzu pod postem :)).  

Ściskam!

Wpisuję w wyszukiwarkę hasło: "skąd czerpać siłę do życia?" i w zaledwie 0,60 sekundy wyskakuje mi 1 460 000 źródeł o tej tematyce. Co gorsza, wcale mnie ta liczba nie dziwi.  W końcu bardzo często czujemy się słabi. Czasem nie dostrzegamy drzemiącej w nas mocy. A czasem rzeczywiście gubimy ją w codziennym biegu. Pozwalamy innym się z niej okradać. Nierzadko sami to robimy. 

Mnie też zdarzają się gorsze momenty, ale szybko się po nich podnoszę. I myślę, że właśnie na tym polega życie. Nie chodzi w nim o to, żeby kurczowo trzymać się barierki w obawie przed upadkiem. Tylko o to, by obić tyłek setki razy i po każdej glebie otrzepać kolanka, podnieść się i  pójść dalej. Jak to zrobić? Ile ludzi, tyle sposobów, by tę siłę odzyskać. Pozwól, że podzielę się z Tobą moimi sposobami. Są proste, a przede wszystkim skuteczne. Jedyne czego potrzebujesz to chęć pracy nad sobą i konsekwencja. W sumie mam 8 sprawdzonych lifehacków, poprawiaczy nastroju, energetycznych dopalaczy - zwał jak zwał. Łap dziś ode mnie pierwsze cztery:


Zaakceptuj to, kim jesteś teraz


W obecnym kształcie. Z aktualną wagą , stanem zdrowia, zasobnością portfela, wykształceniem lub jego brakiem. I dopiero wtedy wprowadzaj zmiany. Nie ma sensu zmieniać się dla kogoś, kogo nie lubisz. Uwierz mi, że nienawiść jest kiepskim motorem napędowym. Możesz nazywać siebie "grubą świnią", zapieprzać na siłowni jak dziki osioł, trzymać czystą michę, zrobić niesamowitą formę i ...do końca życia tą "świnią" pozostać. Magiczna liczba na wadze ani odbicie w lustrze tego nie zmienią. To, co musi się zmienić to Twój sposób myślenia. To samo tyczy się pozostałych dziedzin życia. Możesz skończyć dwa kierunki studiów, zrobić doktorat, całe mnóstwo kursów doszkalających i dalej czuć się głupkiem. Dlatego zanim zaczniesz akcję: metamorfoza, powiedz sobie w myślach: "Jestem spoko i właśnie dlatego biorę się za siebie". 

Nie mów o siebie źle i nie ośmieszaj się w towarzystwie 


Odnoszę wrażenie, że kobiety przez większość czasu skupiają się na swojej rzekomej przeciętności i wszem i wobec ją manifestują. Zawsze mamy słabe wyniki w pracy, słabe zdrowie, związki, a nawet paznokcie. No nic tylko się położyć i pachnieć słabością. Wydaje mi się, że takie podejście ma dwie przyczyny. Po pierwsze, zbyt dużą wagę przywiązujemy do niepowodzeń. Robimy z nich ewenement na skalę światową, wierząc, że "lepiej jak ja o tym opowiem niż ktoś inny miałby to zrobić za mnie i mnie publicznie ośmieszyć". Po drugie, chorujemy na "skromność", a dokładniej mówiąc, jej błędne rozumienie. Bo skromnością nie jest kajanie się, robienie z siebie męczennicy czy życiowego nieudacznika. Nie jest nią również umniejszanie swojej wartości ani zasług. Ta prawdziwa skromność to umiejętność rozmawiania o swoich sukcesach bez jednoczesnego stawiania się ponad innymi. To jak, jesteś "skromna" czy skromna?


 Na zdjęciach z Dagą - Socjopatką :). Fot. Bartosz Sobczak :) 
 

Dawaj sobie to, czego oczekujesz od innych  


Prawda jest taka, że inni ludzie nie są od spełniania naszych oczekiwań. Choćby nie wiem jak się starali, nie są w stanie załatać ran, które nosimy głęboko w sercu. Nawet Twój ukochany mężczyzna nie będzie w stanie zapewnić Ci poczucia bezpieczeństwa, jeśli sama go sobie nie dasz, np. poprzez szacunek do swojego zdrowia czy budowanie poduszki finansowej. Z kolei komplementy zarówno obcych jak i bliskich nie sprawią, że się polubisz. One mogą co najwyżej poprawić Twoje samopoczucie. Na chwilę. To wszystko, czego potrzebujesz i o czym marzysz musi wyjść z Ciebie, z Twojego wnętrza. Inni  ludzie mogą tylko albo i aż Cię w tym wspierać.

Czerp siłę ze wspomnień 


W gorszych momentach wspomnienia są najlepszą siłą napędową. Kiedy wydaje Ci się, że gorzej być nie może, to właśnie one sprawiają, że znowu stajesz na nogi i chce Ci się chcieć. Najlepsze źródła wspomnień to moim zdaniem:

  • Słoik dobrych zdarzeń, do którego wrzucasz mini-karteczki, które w słabszy dzień przypominają Ci o beztroskich wakacjach, wygranym konkursie, usłyszanym od nieznajomego komplemencie czy motywującym do działania cytacie :) (więcej na temat magicznego słoika przeczytacie u Ani z bloga Ania maluje :))
  • Kalendarz, ale nie taki w formie "to-do list", tylko taki, który jest zbiorem "awesome things I've done" z przypisaną im  konkretną datą, która sprawia, że wspomnienia są wiecznie żywe :) (pamięć bywa zawodna).
  • Zdjęcia - w obecnych czasach zwłaszcza te umieszczone w mediach społecznościowych, bo niestety już mało kto wywołuje zdjęcia lub regularnie przegląda setki folderów na dysku. Dla mnie formę takiego publicznego albumu pełni instagram (kto nie obserwuje @fitkola, ten gapa! ;p). Uwielbiam po jakimś czasie wracać do tych wszystkich pięknych momentów, które jednym razem łapałam w pośpiechu, a drugim celebrowałam te chwile znacznie dłużej. 

Wygląda na to, że znasz już moje pierwsze cztery sposoby na to, by odzyskać swój wewnętrzny power. Jeżeli intrygują Cię kolejne cztery, koniecznie zajrzyj tu do mnie w piątek, 23 marca, bo właśnie wtedy opublikuję drugą część tego wpisu :).

Niech moc będzie z Tobą, 
ściskam!