Przepraszam za dzisiejszy tytuł wszystkie duszyczki wrażliwe na piękno języka polskiego (sorry, I'm not sorry :). Ja, z kolei, jestem bardzo wrażliwa na jego bogactwo :D. Kochać, cackać, pierdolić - czy to nie jest piękne? Jedna czynność, a tyle możliwości. No dobrze, ale do rzeczy.

Cukierek przez papierek

Znam wielu ludzi, którzy żyją marzeniami i gówno z tych marzeń mają. Bo wiesz, możesz marzyć o najnowszym mercedesie, codziennie oglądać go przez szybę najlepszego salonu w mieście, wizualizować sobie, jak zalewasz swojego instagrama selfiaczami w swoim nowym aucie z hasztagiem #wiozesiepomau i nigdy tego mercedesa nie mieć na własność. Wiesz dlaczego? Bo tak naprawdę nie robisz nic, żeby to marzenie spełnić. Zdaję sobie sprawę z tego, że wizualizacja jest bardzo skutecznym narzędziem, ale wciąż tylko narzędziem, a nie parą rąk, która odwali za Ciebie całą robotę. I od razu zaznaczę, ja też bardzo często byłam tym opierdalaczem. Ba, wciąż mi się to zdarza, ale dużo rzadziej i w mniejszym stopniu. Marzycielem, który śnił o Nowym Jorku, a dzień w dzień budził się w Obornikach i nic nie robił, żeby któregoś razu zaśpiewać na Manhattanie "Englishman in New York":



"Biedak" czy "głupiec"?

Marzenia to bardzo często wynik cholernie ciężkiej pracy i o tym się nie mówi, zwłaszcza, gdy to nie nasze marzenia się spełniają. Wtedy raczej mówi się o farcie i znajomościach - bogatym ojcu, wpływowej ciotce, znanym nazwisku. Bo przecież "głupi to ma szczęście", a "biednemu zawsze wiatr w oczy". Chyba nie muszę mówić, kto pełni rolę głupiego, a kto biednego? ;)


A gdyby tak wyjść z roli biedaka i stać się tym przysłowiowym głupcem, który krok po kroku zdobywa wszystko, o czym marzy? Gdyby tak przyjąć dodatkowe zlecenie i w końcu odłożyć pieniądze na wymarzone wakacje? A może wreszcie zacząć szanować swój czas i pracę i przestać pracować za psie pieniądze?  I nie czytać już "Sekretów odchudzania" podczas regularnych wizyt w McDonald's? Co Ty na to?


Przestań się ze sobą pierdolić 

Jeżeli kochasz marzyć i panicznie boisz się potu, to będziesz sobie dalej marzyć. Ale nigdy tych marzeń nie dotkniesz, nigdy nie poczujesz ich na własnej skórze. Będziesz siedzieć długie godziny przed komputerem i z zazdrością oglądać zdjęcia znajomych z egzotycznych wakacji - Twoich wymarzonych wakacji. Będziesz wzdychać na myśl o torebce Chanel, a jedyne, na co Cię będzie stać to siatka z Biedronki. I wreszcie będziesz pieprzyć w kółko o tym, jak jest Ci ciężko. O tym, że w Polsce nie ma żadnych perspektyw (jeżeli rzeczywiście tak jest, to może warto wystawić nos poza jej granice, choćby na wakacje?)  O tym, że pogoda zła - raz zbyt mocne słońce, innym razem zbyt intensywny deszcz. Zawsze coś. Naprawdę chcesz do końca życia być takim leniwym, niespełnionym i sfrustrowanym kapciem, który narzeka na wszystko i wszystkich dookoła? Który żyje życiem innych zamiast robić swoje? Jeżeli tak jak ja chcesz poczuć prawdziwe szczęście i spełnienie, to wreszcie przestań się ze sobą pierdolić. Przestań szukać kolejnej setki wymówek, zamknij dziób i zacznij pracować na swoje marzenia. Na swoje piękne życie. I przede wszystkim pracuj mądrze - ale o tym innym razem.

Ściskam!

Wiem, że kobiet nie pyta się o wiek, ale skoro nie jestem wciętym Sebixem ani obleśnym Pawełkiem z koprem pod nosem, to zaryzykuję. 18? 20? 26? No ile masz? Dobrze, proste pytania mamy za sobą. To jedziemy dalej. Jak długo żyjesz? Nie, nie pytam Cię tym razem o wiek. Pytam, jak długo żyjesz - tak naprawdę? 5, 10 lat? A może jeszcze nie zaczęłaś?

Urlop od życia



Ja miałam małą przerwę od życia. Przez kilka miesięcy nie było mnie dla Ciebie. Nie było mnie dla samej siebie. Budziłam się każdego ranka z cholernym bólem brzucha. Stresowała mnie już sama myśl, że zaczyna się nowy dzień, który muszę jakoś przeżyć.  Nie byłam wtedy sobą. Niby oddychałam, ale wewnątrz czułam się martwa. Na kilometr śmierdziało trupem. Wszystko, co robiłam było mechaniczne. Śniadanie, wyjście do pracy, sen. I tak w kółko. Każdy kęs jedzenia, każdy obowiązek przeplatany był płaczem. Z bezsilności. Z bólu, który rozrywał serce, ale nie chciał zabić. Tak naprawdę, do końca. 


W pewnym momencie zaczął pojawiać się spokój. Dwie godziny płaczu i pół godziny spokoju. Z czasem odwróciły się proporcje. Po krótkim płaczu było kilka godzin spokoju. Takiego dziwnego wyciszenia i pustki, przez którą czułam się nieswojo, ale która była sto razy lepsza od bólu. Jak już weszłam w strefę obojętności, mogłam tam zostać na dłużej. Było całkiem bezpiecznie i w miarę wygodnie. No wiesz, to słynne "chujowo, ale stabilnie." Jeżeli choć raz straciłaś grunt pod nogami, to na pewno wiesz, jak pragnie się stabilizacji. Jednej małej rzeczy, która będzie na pewno i na zawsze. Bez względu na mniej lub bardziej sprzyjające okoliczności.

Odważnie


Łatwo się zasiedzieć, ale to nie jest życie na 100%. To takie bierne patrzenie na to, co mi się przydarza. A przecież nigdy nie chciałam, żeby życie mi się przydarzało. Sama chciałam nim kierować. Odkrywać piękne miejsca, poznawać dobrych ludzi. Dawać i brać czystą, pozytywną energię. Dlatego zaryzykowałam. Zdjęłam puchate kapcie, założyłam płaszcz. I wyszłam z domu. Zobaczyłam, że znów świeci słońce. A może ono cały czas świeciło, tylko schowana za roletami go nie widziałam? Zaczęłam ryzykować. Pchać się w nieznane. Robić rzeczy, o których od dłuższego czasu marzyłam. I jakby tego było mało, poznałam ludzi, którzy marzą o tym samym. Którzy mają rozwiązanie na każdy problem, a nie problem na każde rozwiązanie. Którzy tak jak ja są w stanie spakować się w ciągu 5 minut i pojechać na drugi koniec Polski. Ot tak, żeby zjeść razem nieprzyzwoicie dobry obiad. Wreszcie przestałam się zastanawiać, czy mogę, czy dam radę. Już nie tracę czasu na myślenie godzinami, czy to bezpieczne, czy to dobre. Dopóki tego sama nie sprawdzę, nie będę wiedziała. Pewnie w oczach niektórych jestem wariatem, ale nie dbam o to. Dawno nie byłam taka szczęśliwa :-).        



Ściskam! 


 Sporo mówi się o marzeniach. O tym, że warto o nie walczyć i dzień w dzień wznosić się ponad swój słomiany zapał. Ten, który docenia tylko to, co łatwe i dostępne od ręki. Bez tych wszystkich nerwowych podskoków i potu. Taki fast-food dla niewymagających klientów. A Ty przecież jesteś nieprzeciętnym smakoszem. Nie rozbijasz się po podrzędnych gospodach. Zawsze chcesz wyżej, więcej, mocniej, lepiej. Chcesz chłonąć szczęście wszystkimi zmysłami. 

Nie moje marzenia

Sama mówisz sobie, że gdy już będziesz miała u boku kogoś, kto wierzy w to samo, co Ty,  poczujesz spełnienie. Z kolei ciotka trzecią Wielkanoc z rzędu gdacze, że mieszkając na wsi, byłabyś szczęśliwsza. Sąsiadka jej wtóruje, rozprawiając o sielskim życiu w Pipidówku Dolnym u boku gospodarnego Andrzeja. W pewnym momencie te wszystkie słowa zaczynają piętrzyć się w Twojej głowie. Są jak wodospad, pod którym doszczętnie mokniesz. Jak natrętny facet, któremu chciałabyś dać kosza, ale w sumie nie wiesz jak. Bo w gruncie rzeczy jest całkiem miły i przystojny. I obiecuje Ci złote góry, choć na podwórku ma tylko hałdy śmieci.

Halo, halo. Jakie hałdy? Przecież marzenia są z natury piękne i dobre. Przecież gdyby takie nie były, to byś tyle o nich nie marzyła, prawda? Ale zaraz. Ile w tych marzeniach jest Ciebie, a ile cudzych oczekiwań? Ile "dobrych rad", a ile Twoich pragnień? Bo wiesz, ten Pipidówek Dolny może być, obiektywnie oceniając, najpiękniejszym miejscem na ziemi, a wspomniany Andrzej facetem, dla którego warto stracić głowę, majtki i bóg wie jeszcze co. Ale dopóki sama tego nie poczujesz, dopóki nie dostrzeżesz w tej wsi raju, a w Andrzeju Belmondo, nici ze spełnienia. I gwoli jasności, Twoje zadanie nie polega na wkręceniu sobie, że to TO - wymarzony facet i wymarzone miejsce. Nie chcesz chyba żyć cudzymi marzeniami i po latach dostać odznaki za bycie największym loserem? 

Gówno w sreberku 

Ale złe mogą być nie tylko marzenia, które ludzie swoimi tłustymi łapskami wpychają Ci do kieszeni. Twoje własne też mogą takie być. Takie typowe gówno w błyszczącym sreberku. Z wierzchu ładne, a jak się dokopiesz do środka, okazuje się, że cholernie śmierdzi. Gdybyś tam nie zajrzała, cały czas żyłabyś w błogiej nieświadomości. Ale Ty już wiesz i jesteś mądrzejsza o tę wiedzę. Możesz iść dalej w świat w poszukiwaniu prawdziwych skarbów. Po drodze wdepniesz pewnie w niejedno gówno, ale w końcu znajdziesz to, czego szukasz. Dlatego nie żałuj tych wszystkich odpakowanych marzeń, które okazały się klapą. Wiesz, znam ludzi, którzy dobrze wiedzą, że gówno, a dalej udają, że kwiatek. Ciężko przyznać się przed innymi, a co dopiero przed samą sobą, że zainwestowało się dużo energii w coś, co okazało się nic nie warte. Ale dużo lepiej przełknąć rozczarowanie teraz niż trzymać się kurczowo czegoś, co miało rozwijać, a tak naprawdę ciągnie w dół. Czasem trzeba działać "wbrew sobie" - wbrew tej, która się boi i która znajdzie wytłumaczenie dla największych świństw.  
  
Sekret kryje się w trzech słowach: LET IT GO.

Nie wiesz jak się za to zabrać? Już Ci mówię. Sekret kryje się w trzech słowach: Let it go. Po prostu odpuść i pozwól odejść. Wszystkim ludziom i rzeczom, które miały dawać szczęście, a dają ból.  Wszystkiemu, co miało sprawiać, że będziesz śmiała się do utraty tchu, a w rzeczywistości przyprawiało Cię o mdłości. Po prostu zamknij oczy i powiedz te trzy magiczne słowa. Poczujesz pustkę. Jakiś dziwny przeciąg w sercu, który chciałoby się jak najszybciej zlikwidować. Wytrzymaj, przeczekaj. I podziękuj sobie za to. Właśnie zwolniłaś miejsce na piękne rzeczy, które są przed Tobą.  

Zakładaj trampki i idź po swoje. Odważnie. 

Ściskam!

Zastanawiałam się ostatnio, kiedy tak naprawdę zaczyna się dorosłość. Sprawa okazała się na tyle skomplikowana, że najpierw było mi łatwiej ustalić, czym dorosłość na pewno nie jest. Dopiero później  zaczęły mi przychodzić do głowy różne postawy i zachowania, które moim zdaniem świadczą o byciu dorosłym. Dlatego jeżeli interesuje Cię, jak zakończyła się moja burza mózgów i chcesz poznać odpowiedź na pytanie postawione w tytule, zapraszam Cię do lektury :). 

 _________________________________________________________________

Czym dorosłość NIE JEST?
 _________________________________________________________________

Dziś wiem, że dorosłość nie jest wtedy, kiedy nie wracasz do domu na noc. Ani wtedy, gdy wydajesz nieprzyzwoicie dużą sumę pieniędzy na Levisy, na które nigdy nie było stać Twoich rodziców. Dorosłość to nie jest też ten Twój pierwszy przypalony obiad ani rachunek opłacony nieco po czasie. Dorosłość to też niekoniecznie Twoja pierwsza praca, w której dzielnie udajesz przodownika pracy, a w międzyczasie ogarniasz fejsbuki, pudelki i inne ważne sprawy ;). 

 _________________________________________________________________

Kiedy zaczyna się dorosłość?
 _________________________________________________________________

Dorosłość jest wtedy, kiedy umiesz wybaczać. Ale tak serio, z ręką na sercu, a nie nożem za plecami ;-). Kiedy mówisz, że przeszłość to... przeszłość i nie babrasz się ciągłe w tym całym gównie wiecznych pretensji i żalu. Kiedy umiesz odpuścić sobie i innym.

Dorosłość jest wtedy, kiedy widzisz, że godzina spędzona z rodziną ma inną wartość niż ta spędzona w pracy. Kiedy ta wszechobecna pogoń za pieniądzem jest jedynie środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Kiedy zamiast iść do pracy w sobotę tylko po to, by zarobić na Louboutiny, których podeszwa zedrze się przy pierwszym spotkaniu z chodnikiem, wolisz spędzić dzień z ukochanym facetem w tych swoich żałosnych tenisówkach za dwie dychy.

Dorosłość jest wtedy, kiedy następuje naturalna zamiana ról - teraz to Ty pomagasz rodzicom odnaleźć się w tym zwariowanym świecie. Jesteś cierpliwym nauczycielem, który tłumaczy tą samą kwestię choćby i sto razy - dokładnie tak jak robili to oni, kiedy byłaś mała.

Dorosłość jest wtedy, kiedy przestajesz udawać. Kiedy Twoje każde wyjście z domu nie sprowadza się do wyboru idealnej maski. Kiedy masz w głębokim poważaniu, co pomyśli ciotka, widząc Cię 6-ty rok z rzędu z tym samym "nieudacznikiem" zarabiającym najniższą krajową, z tym, którego kochasz nad życie i którego nie zamieniłabyś na żadnego nadzianego snoba. Kiedy nie rzucasz się na szyję pseudokoleżance z pracy, która najchętniej rzuciłaby Cię rekinom na pożarcie. Kiedy dajesz sobie swobodę bycia sobą, bo po prostu lubisz to, kim jesteś naprawdę.

Dorosłość jest wtedy, kiedy nie pozwalasz się ranić. Kiedy przestajesz wierzyć, że bycie kulką nieszczęść jest Ci pisane. Kiedy bierzesz życie w swoje ręce. Kiedy zdajesz sobie sprawę z tego, że to od Ciebie zależy to, z kim, jak i gdzie żyjesz. Dorosłość jest wtedy, kiedy żyjesz świadomie.


Ty już wiesz, czym dla mnie jest dorosłość. A teraz ja chętnie poznam Twoją własną definicję.
Przebieram nóżkami w oczekiwaniu na Twój komentarz! :-)


Może wydawać Ci się, że masz niewiele. W końcu nie stać Cię na wakacje na Teneryfie. Ba, nie stać Cię nawet na pobyt w sopockim hotelu. Zawsze ciułasz się po tych zapyziałych pokoikach. Śpisz - byle taniej. Jesz - byle taniej. A jak już wracasz z tych cholernych wakacji, to w drzwiach wita Cię komornik. Ups, znowu nie uregulowałaś czynszu na czas. Dymasz więc co sił w nogach, byleby zdążyć przed zamknięciem poczty. Puszczasz ten pieprzony przelew, a w drodze powrotnej zahaczasz o Tesco. Twój wzrok wędruje w stronę Twojego ulubionego wina za sześć dyszek....ale zaraz, Królowo, pomyliłaś alejkę. No więc smętnym krokiem kierujesz się w stronę wyprzedażowych lodówek. Wątróbka - 2,49zł. Kawałek piersi z kurczaka - 6,99zł. Paczka nieco przywiędłej rukoli - 1,99zł. Cudownie, zatem obiad masz już z głowy. Po chwili jesteś już w domu i dłubiesz w tej wykwintnej wątróbce. Tym razem nawet nie starasz się odgonić złych myśli. Wszędzie widzisz to, czego nie masz i pewnie nigdy mieć nie będziesz. W gruncie rzeczy to Twoje życie to takie powolne umieranie. Pełne lęku, smutku i niespełnienia.

_________________________________________________________________

- Dzień dobry, poproszę szczęście.
- Zosiu, daj Pani kilogram wdzięczności. 
 _________________________________________________________________

Dlatego mam dla Ciebie i siebie rozwiązanie - prosty sposób, który sprawi, że będziemy szczęśliwsze. Bez względu na to, na jakim etapie życia jesteśmy, czym zajmujemy się zawodowo, ile posiadamy, czy i z kim jesteśmy w związku. Ta magiczna recepta na szczęśliwe życie to uważność - życiowa uważność, która sprawi, że zaczniemy wreszcie dostrzegać to całe mnóstwo drobnostek, które na co dzień jakoś nam umyka. Zauważymy wreszcie najlepszą mamę na świecie, wartościowego faceta, dach nad głową, pełny brzuch  i dobre zdrowie. Docenimy ulubioną wełnianą czapkę, kąpiel w rzece (w sumie to taki mały ocean ;-) i psa sąsiadki, który bez względu na  pogodę codziennie rano wita nas radosnym merdaniem.  

I teraz zapewne chcesz się dowiedzieć, jak tą życiową uważność w sobie obudzić, by w końcu żyć lepiej i pełniej. Po prostu żyć szczęśliwiej. Sprawa jest bardzo prosta. Zamiast tworzyć w swojej głowie kolejną listę o wdzięcznej nazwie "Things I'll never have in my fuckin' life", skup się na rzeczach, które już masz i je doceń. Jeżeli jednak wciąż wydaje Ci się, że nie ma w Twoim życiu ani jednej rzeczy, za którą jesteś wdzięczna losowi, pomyśl sobie, że nagle wszystko tracisz. Nie masz już swojego niesamowicie ciasnego M2 ani nadwrażliwej przyjaciółki, która zalewa się potokiem łez, oglądając czołówkę "M jak miłość". Nie ma już Twojego starego i nieco niedołężnego dziadka, któremu musisz powtarzać przynajmniej pięć razy dziennie imię swojego nowego wybranka. Nie ma już żadnej wizji podróży, na którą musiałabyś odkładać dolce przez kolejne trzy lata. Nie ma miłości. Nawet tej oczyszczającej złości też nie ma. A co gorsza, nie ma już marzeń.

_________________________________________________________________

- Ale jak to tak, tylko kilogram wdzięczności? 
- Zośka, znowu przyszła ta Dziecina. Dorzuć Jej 
jeszcze 15 dag pozytywnych reakcji skoro taka głodna.
 _________________________________________________________________

To, co chcę Ci dzisiaj przekazać, mogłabym zamknąć w dwóch słowach: wdzięczność, o której pisałam 2 lata temu (klik) i reakcja. I o ile to pierwsze pojęcie jest zrozumiałe, tak drugie już niekoniecznie. Poza wdzięcznością warto jest nauczyć się kontrolować swoje reakcje. Przynajmniej od czasu do czasu zdarzają Ci się przecież nieprzyjemne sytuacje, na które nie masz absolutnie żadnego wpływu. Jednakże to, że nie możesz cofnąć ani zmienić różnych zdarzeń, nie czyni Cię ofiarą biernie czekająca na  swojego kata. Dlatego w każdej sytuacji staraj się dostrzec coś pozytywnego. Wątpisz, że to wszystko ma sens? Zatem pozwól mi na małą wizualizację. Poniżej znajduje się kartka z kalendarza opisująca ten sam poranek w dwóch różnych wersjach. Jednakże jedyna różnica między tymi wersjami leży wyłącznie w podejściu osoby piszącej:

_________________________________________________________________
Wersja I: 
Mam już dość.
 _________________________________________________________________

Wtorek, godzina 06:15. To kolejny dzień z rzędu, kiedy mam ochotę krzyknąć:"Ku**a! Znowu się nie wyspałam". Ale jak wiadomo, czas to pieniądz, więc bluzgi odkładam na potem. Pospiesznie przykrywam kosmiczne zasinienia pod oczami i po chwili już biegnę do znienawidzonej od lat pracy - taaak, gniję w niej już od ponad 10 lat. W drodze na przystanek odczuwam dziwny niepokój. O cholera, mam na sobie pidżamę. Ląduję z powrotem na swojej zarzyganej klatce schodowej i z zamkniętymi oczami recytuję treść ogłoszenia: "Szanowni Mieszkańcy, z przykrością informujemy, że winda jest nieczynna do odwołania". "God, why?!" - dopowiadam sobie w myślach. Z wywalonym jęzorem wbiegam na 11-te piętro i widzę, jak 69-letni sąsiad zerka na mój skaczący cellulit. No szlag by go trafił...albo lepiej mnie. Na domiar złego mijający mnie małolat spod trójki nuci moją ulubioną piosenkę: "Ten dzień zaczął się marnie i marnie skończy się". Frajer ma rację. 

_________________________________________________________________
Wersja II: 
Chcę więcej.
 _________________________________________________________________

Wtorek, godzina 06:15. Wow, to kolejny dzień, kiedy mogę zacząć wszystko od nowa. Budzik mówi, że trochę zaspałam - zdrajca jeden ;-). No cóż, zawsze twierdziłam, że  gwiazdy muszą mieć dobre wejście...nawet do pracy. Chyba właśnie powinnam  założyć tą nudną szarą garsonkę i z prędkością światła wybiec do pracy. Ale zaraz, zaraz. Nowy korektor pod oczy sam się nie przetestuje! Dwa maźnięcia pod okiem i mam ochotę śpiewać "Shine bright like a diamond" - taka jestem rozświetlona (znajomy z pracy pewnie powie, że świecę się jak psu jajca, ale co on biedny może wiedzieć o prawdziwych jajcach ;-). Zaraz, zaraz, gdzie jest moja korpo-garsoniera? Szybciutki rzut okiem i już wiem - żałośnie spogląda na mnie z kosza na pranie. Oł jeee, wreszcie mam pretekst, by założyć swój ulubiony t-shirt z myszką Mickey. No dobra, z Minnie, gwoli ścisłości. W podskokach lecę do pracy, choć nie jest ona moją wymarzoną. Ale to dzięki niej stać mnie na moje hobby - pole dancing, Bejbe! W drodze na autobus czuję, że coś mnie chłodzi po nogach. Koszulka koszulką, ale czemu mam na nogach dół od pidżamy? Po chwili ląduję z powrotem na swojej klatce schodowej. Niesamowicie dumna wbiegam na swoje 11-te piętro - workout sam się nie zrobi ;-) i widzę, jak 69-letni sąsiad zerka na mój skaczący tyłeczek. W sumie wcale mu się nie dziwię - jakbym mogła, to sama bym się za sobą obejrzała :-). Nie no, po takim poranku nie mogę się doczekać reszty dnia! Może już za kilka godzin wyleję swój mniej-odchudzający-bardziej-śmierdzący sok z pokrzywy na kogoś pokroju Leonardo DiCaprio?! Już wiem, co mu powiem "Honey, your Oscar is here!" (wskazuje palcem na siebie) ;-).

 _________________________________________________________________


Widzisz, to, co Ci się przydarza - to jedno, a to w jaki sposób to postrzegasz - to drugie. To wyłącznie od Ciebie zależy, jaka będzie reszta dnia, który zaczął się kiepsko. To od Ciebie zależy, który scenariusz będzie tym  prawdziwym. Życzę Ci żebyś zawsze wybierała te najlepsze scenariusze. Tylko wtedy Twoje szczęście będzie niezależne od tych wszystkich małych-wielkich rzeczy, które spędzają innym sen z powiek.

Mam nadzieję, że mój sposób na szczęście okaże się dla Ciebie nie tylko prosty, ale również skuteczny. Koniecznie daj mi znać, czym dla Ciebie jest szczęście. Czy to tylko chwilowy stan, którego na próżno szukać w codzienności czy może nawyk, który można  w sobie wypracować?

Ściskam! 




Jak to jest, że jednym wystarczy słoneczny poranek do bycia szczęśliwym, a innych nie ucieszą nawet 4-tygodniowe rajskie wakacje pod palmami? Czyżby to wszystko było z góry ustalone i jedni rodzą się szczęśliwi i nie muszą robić nic, żeby to szczęście przy sobie zatrzymać, a drudzy choćby stawali na głowie, nie zaznają nigdy jego smaku? 

Taki scenariusz jest dość przerażający i…na całe szczęście nieprawdziwy. Bo nad szczęściem trzeba regularnie pracować. Nie dostaje się go gratis do zakupów powyżej 50 złotych. Gdyby tak było, to bym go nigdy nie gubiła, bo co jak co, ale zakupy spożywcze popełniam bardzo często. Jakby się tak zastanowić, to w sumie szczęściu bliżej jest do kaktusa - niespecjalnie wymagającego, a jednak potrzebującego cyklicznego doglądania. Zaniedbany prędzej czy później uschnie na Twoich oczach. Hm. No dobra. Ale możesz zapytać: Jak pielęgnować szczęście, którego w sobie nie mam? Masz. Każdy z nas je w sobie ma. To Twoje zostało uśpione. Być może silnym rozczarowaniem, a może gonitwą za lepszą pracą, szybszym samochodem, bardziej satysfakcjonującym związkiem. I o ile rozczarowanie drugim człowiekiem, relacją nie musi mieć nic wspólnego z osobistą gonitwą za dobrami materialnymi, tak na jedno i drugie jest dokładnie to samo lekarstwo o wdzięcznej nazwie: ODPUŚĆ SOBIE. I nie zrozum mnie źle. Nie chodzi mi o bierne przyglądanie się życiu, zgubienie ambicji i  pierdzenie w stołek. Tylko o to, że nie ma sensu tracić dobrej energii na rzeczy, na które nie masz wpływu  ani na te, które nie są źródłem prawdziwej satysfakcji. Naucz się cieszyć tym, co masz, choćbyś miał niewiele – niewiele z punktu widzenia dzisiejszego świata nastawionego na konsumpcjonizm i życie ponad stan. W nieustannej pogoni za  ilością tracimy jakość. Wtedy łatwo o krótkowzroczność, a chyba nie chcesz potykać się o zakurzony próg swojego rodzinnego domu, o dziecko, któremu brakuje matki, o męża, którego pozbawiłaś bliskości. Znajdź szczęście w tym, co masz, w tym, co pewne. 

Szczęście jest tu i teraz. Nie za 10 lat, 5 kilogramów mniej czy dodatkowe 20.000zł na koncie. Jest tu i teraz. Po co więc tracić kolejne miesiące, lata na szukanie czegoś, co już jest, na błądzenie po omacku, choć dobrze wiesz, gdzie znaleźć światło? To, czy szklanka będzie do połowy pełna czy pusta zależy wyłącznie od perspektywy, jaką przyjmiesz. To jak, którą wybierasz: tą, dzięki której będziesz budzić się i zasypiać z uśmiechem na ustach czy tą, która nawet najlepszy dzień skwituje grymasem na ustach? Dobrych wyborów nam wszystkim!

Ściskam :),
N.

http://kosmetycznastudnia.blogspot.com/2015/01/tort-czy-wisienka.html

Od tygodnia pławimy się w noworocznych postanowieniach, zadając sobie pytanie, czy tym razem znów utoniemy czy może jednak złapiemy wiatr w żagle i damy się ponieść pomyślnym prądom? Ja bez względu na to, czy tonę czy płynę, w Nowy Rok robię to z uśmiechem na twarzy. Z nim znacznie łatwiej przyjmuje się zarówno kopniaki od niezrealizowanych marzeń jak i zbiera owoce tych zrealizowanych. Te osiągnięte to taka wisienka na torcie - zwieńczenie wysiłku, ładne wykończenie wypieku. Ale czy tak samo istotne co cały tort bez dodatkowych ozdobników? Osobiście gdybym miała do wyboru kilogram przesłodzonych owoców kandyzowanych lub cały, ''czysty'' tort, bez chwili zawahania wybrałabym to drugie. ''Czysty'' tort to droga, jaką przebyliśmy, by choć trochę zbliżyć się ku marzeniom. To suma naszego wysiłku, potknięć i skoków motywacji. Cenna lekcja, której nie da nam etap finalny - sukces. Oczywiście nie pokuszę się o ściemę, że sukcesy mnie nie cieszą. Cieszą i to bardzo. Jednakże w przeciwieństwie do osób, dla których efekt końcowy jest jego jedyną miarą, nie umniejszam roli tych wszystkich kroczków przybliżających mnie ku realizacji marzeń. 


Między innymi dlatego ogromną frajdę daje mi planowanie. W myśl nieco zmodyfikowanych przeze mnie słów: Kto ma pióro, ten ma władzę. Nad sobą, swoim życiem, szczęściem. Dlatego z ekscytacją sięgam po notes, analizuję z Siostrą zarówno nasze wspólne jak i osobiste cele i notuję, notuję, notuję. Dostaję wypieków na twarzy spoglądając na dwie zapisane strony i zamiast trząść się jak galaretka z obawy przed zaburzonym stosunkiem między liczbą zadań do zrealizowania a liczbą dni, jakie na nie ''powinnam'' przeznaczyć, nie mogę się doczekać następnego dnia, który da mi jeszcze więcej energii do ich wykonywania niż ten dzisiejszy. Ale zaraz, zaraz, jakie ''powinnam''? Ja nic nie powinnam. Ja chcę i mogę. Ty też chciej, by móc. Bez zbędnych uprzedzeń, limitów w postaci czasu. Spokojnie, bez pośpiechu, do celu. Na szczęście (,) mamy całą wieczność :).

Ściskam :),
N.

Dzisiejszy post dedykuję wszystkim tym, którzy są głęboko przekonani, że ze Szczęściem jest im nie po drodze.

Ostatnio będąc na wykładzie o wdzięcznym tytule: Jak być szczęśliwym?, usłyszałam niesamowicie motywującą historię o szczęściu. Historia wywarła na mnie na tyle duże wrażenie, że postaram się ją teraz dla Was odtworzyć:


Pewnego dnia Szczęście udało się do lasu. Przechadzając się po jednej z leśnych dróżek, wpadło do ciemnej, głębokiej jamy. Nie mogąc się z niej wystać, głośno zapłakało. Jednakże jego płacz nie trwał długo, gdyż Szczęście usłyszało kroki nadchodzącego człowieka, co obudziło w nim niemałą nadzieję. 

-Dobry Człowieku, dobry Człowieku, pomóż mi wydostać się z jamy! W zamian otrzymasz ode mnie, co tylko chcesz.

Człowiek powiedział, że zawsze marzył o pięknym domu nad brzegiem morza. I tak w mgnieniu oka człowiekowi ukazał się piękny dom. Przejęty spełnioną zachcianką człowiek udał się do swojego nowego domu i zapomniał o Szczęściu. Czas mijał, a Szczęście dalej siedziało w jamie zasmucone swym losem do momentu, w którym usłyszało kroki nadchodzącego kolejnego człowieka.

- Dobry Człowieku, dobry Człowieku, pomóż mi wydostać się z jamy! W zamian otrzymasz ode mnie, co tylko chcesz.

Człowiek poprosił więc szczęście o najdroższy, sportowy samochód, a chwilę później dokładnie taki otrzymał. Zachwycony swym nowym nabytkiem szybko odjechał, tym samym zostawiając Szczęście na pastwę losu.

Siedzi więc Szczęście w jamie i płacze. A tu nagle znikąd pojawia się trzeci człowiek.

- Dobry Człowieku, dobry Człowieku, pomóż mi wydostać się z jamy! 

Nie zastanawiając się nawet przez chwilę, dobry człowiek wyciągnął Szczęście z jamy.

- Co chcesz w zamian dobry Człowieku?

- Nic - odpowiedział Dobry Człowiek i odszedł.
...
Szczęście poszło więc za nim :-).


Kochani, nie zapominajcie, że Szczęście kocha się w bezinteresowności! :)

Ściskam :),
N.