Schudnę. Przytyję. Zapuszczę włosy. Obetnę się "na chłopaka". Skoczę ze spadochronem. Albo bez. Bezgranicznie zaufam. Przestanę być chodzącą reklamą naiwności. Pomogę obcym ludziom. A może nie dam sobie wchodzić na głowę. Zostanę wegetarianką. Zjem nieprzyzwoicie wielkiego krwistego stejka. Rzucę pracę. Ale najpierw znajdę tą pierwszą, by mieć, co rzucać.

Ile osób, tyle (nierzadko skrajnych) postanowień. I nie ma w tym nic dziwnego, przecież każdy z nas idzie swoją drogą. Mamy inne oczekiwania względem samych siebie, a nasz bagaż doświadczeń różni się nie tylko wagą, ale również jakością. Wyznajemy różne wartości i różne marzenia zapraszamy do swoich domów. Dlatego nie zamierzam bawić się w pseudoobiektywne osądy mające ustalić, które postanowienia mają większe szansę na spełnienie. Zamiast tego, opowiem Wam o tym, co w tym roku jest dla mnie wyjątkowo ważne i nad czym chcę popracować.


 Masz to, na co się odważysz. 

Siedzenie w kącie z podkulonym ogonkiem nie sprzyja walce o swoje. Wiem, bo swoje już w życiu przespałam i przemilczałam. Ubiegły rok był w tej kwestii przełomowy. Skłamałabym, pisząc, że przestałam się bać rzucenia na głęboką wodę, ale na pewno trochę oswoiłam ten lęk. Już mnie tak nie paraliżuje, dzięki czemu w 2015r. przeżyłam sporo fajnych rzeczy. Wzięłam udział w warsztatach wokalnych. Byłam wolontariuszem podczas wrocławskiego festiwalu One Love. Nagrałam swoje pierwsze filmiki. W tym roku chcę pójść za ciosem i doświadczyć jeszcze więcej! 


  Twoje reakcje to jedyne, na co zawsze masz wpływ

Pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. I choćbyśmy wszyscy razem stanęli na głowie, to i tak nic to nie zmieni. Dlatego zamiast się zadręczać, warto skupić się na minimalizowaniu wpływu negatywnych wydarzeń na nas i naszych Bliskich. Dlatego w Nowym Roku zamiast w nieskończoność pytać dlaczego, chcę karmić się dobrymi myślami i szukać rozwiązań. Wziąć odpowiedzialność za swoje życie, zacząć działać i już nigdy nie być obserwatorem swojego życia, tylko jego pełnoprawnym uczestnikiem. Hmmm, to chyba nazywa się dorosłość.


Jesteś swoim największym wrogiem i przyjacielem 

Najbardziej satysfakcjonująca rywalizacja to ta ze sobą samym. I tak naprawdę jest to jedyna rywalizacja, którą można określić mianem 100% fair. No bo czy fair jest, gdy wokalista z wieloletnim doświadczeniem porównuje się do osoby będącej na początku swojej muzycznej drogi, albo gdy biegacz krótkodystansowy zestawia swoje wyniki z  wynikami ultramaratończyka? Jedyną miarą sukcesów Pana/i X jest on(a) sam(a). Dlatego największym osiągnięciem każdego z nas jest bycie lepszym od siebie wczorajszego. Wiadomo, zawsze znajdzie się ktoś szybszy, bardziej utalentowany, lepiej wyrzeźbiony, bogatszy.  I co z tego? Przecież nie żyjemy po to, by z zapartym tchem obserwować czyjeś sukcesy, tylko po to, by osiągać swoje. I właśnie tego zamierzam się trzymać w 2016 roku. 
  

Koniecznie dajcie znać, jaki jest Wasz stosunek do postanowień noworocznych. Chcecie coś konkretnego zmienić/osiągnąć w 2016? :) 

 Follow my blog with Bloglovin

Cześć Łobuzy! :)

Witam Was serdecznie w....2016! Pozwólcie, że tym razem zamiast się rozpisywać, trochę sobie do Was pogadam i....pożyczę tego, co najważniejsze w Nowym Roku :). Mam nadzieję, że taka forma komunikacji przypadnie Wam do gustu. Koniecznie dajcie znać, co sądzicie o filmie i czy chcielibyście, abym nagrywała dla Was częściej, bo mi szczerze mówiąc, zaczyna się to bardzo podobać :).

Trzymajcie się cieplutko i miłego oglądania! :)


Cześć Łobuzy! 

Jak żyjecie po Świętach? U mnie wszystko ok, tylko niepokoi mnie jedna kwestia. Nie mam zbyt dobrej pamięci do dat, ale  około 27 grudnia drzwi w moim domu stały się podejrzanie wąskie. Wiecie może o co chodzi? Cholera, chyba znowu Św.Mikołaj nie skumał mojego listu. A przecież jak wół było napisane: "Chcę dostać 3-drzwiową szafę", a nie "Chcę zostać 3-drzwiową szafą" (:

No dobra, suchary na bok. Skupmy się na rzeczach ważnych. Wow, jak ten czas leci. Za niespełna dwa dni obudzimy się o rok starsi. Starsi również blogowym stażem, z czego niezmiernie się cieszę :). Końcówka roku zawsze kusi mnie podsumowaniami i gdybym miała wybrać najważniejsze blogerskie wydarzenia tego roku, pierwszym z nich byłaby na pewno zmiana nazwy bloga. Na dobre pożegnałam Kosmetyczną Studnię tylko po to, by przywitać Fitkolę - moje nowe dziecko, które dopiero uczy się chodzić. Ale po malutku do przodu będziemy podnosić się z kolan. Byleby matce nie zabrakło wytrwałości. A tak między nami mówiąc, jeszcze się na tym łapię, że zapytana o nazwę bloga odpowiadam "Kos...Fitkola". Co tu ukrywać, nie tak łatwo odciąć się od siebie z przeszłości i choć te trzy lata wspominam z jakimś dziwnym kłuciem w serduchu, mam świadomość, że  żeby się rozwijać, trzeba iść dalej. 

A skoro o rozwoju mowa, to jednym z moich blogowych marzeń jest poznanie Was - mordek siedzących po drugiej stronie ekranu. Strasznie mnie ciekawi, ile macie lat, skąd jesteście i dlaczego tu zaglądacie. Czy trafiliście tu przez przypadek i czy znaleźliście to, czego szukaliście? I dlaczego tak mało ze mną "gadacie'', Łobuzy? Ja naprawdę jestem gadułą otwartą na dyskusje, wymianę choćby najbardziej skrajnych poglądów :). Uwielbiam Was czytać, poznawać. Uwielbiam się od Was uczyć.  Dajcie mi tą szansę!

A wracając do tematu Fitkoli i tym samym przechodząc do drugiego ważnego blogerskiego wydarzenia tego roku, muszę się Wam pochwalić, że miałam przyjemność wziąć udział w tegorocznej Blogowigilii. To było moje pierwsze tak duże blogerskie wydarzenie. I choć nie do końca umiałam się na nim odnaleźć, bardzo miło je wspominam. Najbardziej cieszy mnie fakt, że mogłam wziąć udział w akcji "Rzeczy od serca" organizowanej przez WOŚP oraz Allegro. Cała akcja polega na tym, że influencerzy przekazują na aukcję przedmiot bliski swojemu sercu, a następnie nagrywają film, w którym opowiadają, dlaczego dana rzecz jest wyjątkowa i dlaczego warto ją licytować. 

W tym roku zdecydowałam się przekazać na licytację Tośkę - ręcznie szytą fioletową niedźwiedzicę, ale o tym, dlaczego jest wyjątkowa i jakie wartości promuje opowiem Wam jak już pojawi się pełne nagranie z przekazania jej na licytację - bądźcie czujni! :) A póki co, odsyłam Was do obejrzenia króciutkiej relacji z Blogowigilii: 


Oglądajcie nas -  mnie i Tośkę -  01:38-01:41 :)


Nie byłabym sobą, gdybym nie pokusiła się również o małą fotorelację. Mam nadzieję, że choć trochę uda mi się oddać klimat tego wydarzenia:





Kochani, pamiętajcie, że dobro wraca. Pozdrawiamy Was z Tośką serdecznie i do napisania! :)
 
Być może jesteś teraz w tym samym miejscu, co ja miesiąc temu i zastanawiasz się, gdzie znaleźć siłę i prawdziwą motywację do ćwiczeń. Nie pomaga Ci nawet fakt, że Twoje mieszkanie wygląda jak świątynia Chodakowskiej. Z szuflady z bielizną nieśmiało wygląda płyta z wizerunkiem pani z ładnie zarysowaną krateczką na brzuchu, a przyklejony do lustra skrawek gazety codziennie stara się Ciebie przekonać, że gruncie rzeczy jesteś całkiem fajna babką, że to jest Twój dzień - dzień, w którym raz na zawsze rozprawisz się ze swoimi słabościami, bo przecież "Twoje ciało może więcej niż podpowiada Ci Twój umysł''. I rzeczywiście takie słowa sprawiają, że rosną Ci skrzydełka i wznosisz się hen, hen, wysoko, ale po chwili spadasz, waląc głową o parkiet.  Z jednej strony czujesz realną potrzebę zadbania o swoje zdrowie i wygląd, a z drugiej jesteś jak biedny balonik, z którego uchodzi powietrze. Myślę, że każdej z nas zdarza się jechać na rezerwie motywacji. Niby się nie poddajemy, ciągle idziemy naprzód, a jednak po treningu bliżej nam do płaczu niż słodkiego upojenia endorfinami. Co z tym zrobić? Odłożyć matę do szafy i wyjść do ludzi!

Właśnie dzisiaj mija miesiąc odkąd zapisałam się na siłownię. Zanim powiedziałam "tak" wylewaniu potu u boku koksików, którzy mogliby mnie zabić swoim udźcem, w duchu myślałam, że to nie dla mnie, że to strata czasu i pieniędzy, bo przecież mogę wykonać porządny workout, nie ruszając się z domu. Dotychczas byłam typowym i, jak się tak teraz zastanowię, niezbyt szczęśliwym dywanowcem. Scenariusz był zawsze taki sam. Ja, mata i program treningowy odpalony na telewizorze. W którymś momencie do naszego cudnego trio dołączyła niechęć i frustracja. Zrobiło się zbyt tłoczno, a ja nie miałam już czym oddychać. 

Decyzję o wykupieniu karnetu na siłownię przyspieszyła promocja -50%. Jak dobrze wiecie, jestem Boską Łowczynią Promocji, dlatego wyskubałam pięć dyszek z portfela, mówiąc sobie w myślach: "Wchodzę w to!" I weszłam...na dobre. Pierwsze dwa tygodnie były istnym szaleństwem. Ćwiczyłam 4-5 razy w tygodniu. Stawałam na głowie, żeby pogodzić nową zajawkę z dotychczasowymi obowiązkami i tym sposobem prawie codziennie krążyłam pomiędzy domem, uczelnią, pracą i siłownią właśnie. Wreszcie nie szukałam wymówek. Po prostu robiłam to, co do mnie należy. Robiłam to, co sprawia mi prawdziwą przyjemność, dlatego nawet po ciężkim dniu biegłam z wywalonym jęzorem na siłownię. Obecnie ze względów zdrowotnych mam małą przerwę, dlatego wykorzystam ten czas, opowiadając Ci o powodach, dla których warto choć raz się tam wybrać :). 


3 powody, dla których warto wybrać się na siłownię 

1. Na siłowni poznasz wartość pozytywnej rywalizacji. 
"Ale zaraz, zaraz, 60-letnia babeczka zasuwa na bieżni?! To co, ja nie dam rady?" Zupełnie obcy ludzie dzielnie walczący ze swoimi słabościami są najlepszą motywacją. Nie żadne celebrytki zostawiające grubą kasę w portfelach swoich równie znanych trenerów, tylko przeciętna Kowalska, której życie dało porządnego kopa w dupę, a ona zamiast upaść, dała mu w ryj z półobrotu, a przy okazji wyhodowała brazylijskie pośladki (:

2. Przypomnisz sobie, że Twoja głowa i ciało kochają różnorodność
A dzięki temu uświadomisz sobie, że machanie nóżką sześćdziesiąty dzień z rzędu w tą samą stronę nie było najlepszym pomysłem. I nawet jeśli siłownia nie stanie się Twoim drugim domem, zawsze będzie planem B, alternatywą dla monotonnych programów treningowych i pretekstem do kreatywnych rozwiązań - dostęp do różnych maszyn i akcesoriów (taśm, hantli, piłek) umożliwi Ci swobodne modyfikowanie treningów, a co za tym idzie, sprawi, że obce będzie Ci pojęcie nudy.    

3. Wyeliminujesz dotychczas popełniane błędy. 
Wbrew pozorom żeby to zrobić nie musisz oddać się w ręce trenera personalnego. Na siłowni spotkasz przynajmniej kilku starych wyjadaczy, którzy chętnie wytłumaczą Ci, jak wykonać poprawnie dane ćwiczenie lub obsłużyć poszczególne maszyny. "Kto pyta, nie błądzi", a przynajmniej błądzi krócej niż ten, który nie pyta ;). Nie ma co się krępować. Przecież nikt z nas nie urodził się na siłowni. A jeżeli się urodził, to jest przypadkiem jednym na milion, o którym zapewne usłyszysz w sobotnim wydaniu wiadomości ;).    

Mam nadzieję, że  tym postem dmuchnęłam choć trochę w Twoje skrzydełka. I teraz się nie poddasz,  nawet pomimo gorszych dni! Przecież nie ma piękniejszej walki niż walka o samego siebie :). Jeżeli jednak wciąż czujesz niedosyt, zostań ze mną na dłużej :). Zostań obserwatorem mojego bloga, śledź moje poczynania na facebooku i instagramie (@fitkola). Zrobię wszystko, żeby nie zabrakło Ci motywacji!


klik
  
Trzymaj się cieplutko i do napisania! 


 Ważne etapy w życiu mają to do siebie, że trudno je zamykać. I właśnie tak jest w przypadku mojej trzylatki - Kosmetycznej Studni. Wszystko zaczęło się w 2012 roku. Właśnie wtedy odkryłam swoją pasję - pisanie i uświadomiłam sobie, że chcę się nią z Wami dzielić. Obecnie mamy już końcówkę roku 2015 roku, z czego cholernie się cieszę. Cieszę się, bo te trzy lata pokazały mi, że blogowanie to nie moje kolejne widzimisię i że jednak nie do wszystkiego mam słomiany zapał. 

Na samym początku mojej blogowej drogi raczyłam Was kosmetycznymi recenzjami i aktualizacjami dot. pielęgnacji włosów i mojej problematycznej cery. Z czasem te tematy naturalnie zaczęły schodzić na drugi plan. Zdałam sobie sprawę, że jest tyle ważniejszych spraw, którymi chcę się z Wami dzielić. Zaczęłam pisać dość osobiście o samoocenie i samorozwoju. O motywacji, którą tak ciężko w sobie odnaleźć. O ważnych relacjach, które nieświadomie psujemy i tych toksycznych, od których nie umiemy się uwolnić. Ważnym elementem tego bloga stała się również aktywność fizyczna, dlatego dzieliłam się z Wami moimi poczynaniami, nie stroniąc również od pokazywania chwil słabości, które nierzadko mnie dopadały. Oddałam Wam również moje kulinarne serce. Na blogu na dobre zagościła seria comiesięcznych foodbooków i przepisy na moje ukochane dania. I choć właśnie w te tematy włożyłam najwięcej czasu, uwagi i osobistych emocji, największą popularnością i tak cieszyła się włosowa aktualizacja sprzed kilku miesięcy z informacją o 2-centymetrowym przyroście.

Dlatego mam nadzieję, że zmiana nazwy zasygnalizuje Wam to, co jest mi teraz najbliższe. Fitkola to połączenie szeroko rozumianego zdrowia  i mojego imienia: Nikola (a dokładniej Nikolina). Fitkola to moja walka o lepsze zdrowie i samoocenę. To również kulinarny i treningowy pamiętnik okraszony apetycznymi zdjęciami. To niezmiennie rzetelne recenzje i coraz bardziej świadoma pielęgnacja. 

W ciągu najbliższych dni Kosmetyczna Studnia stanie się Fitkolą. Postaram się, abyście wpisując "kosmetyczna studnia", zostali automatycznie przekierowani na nowy adres. Oczywiście zmiana nazwy dotyczy również facebooka i instagrama. Znajdziecie mnie pod nazwą: Fitkola. Wszystkie treści opublikowane na tym blogu zostają zachowane :).

Szczerze mówiąc, czuję się nieco zagubiona w tym nowym blogowym świecie, w którym jak z rękawa sypie się komentarzami typu "poklikane" (taaak, w 2012 było to "zapraszam do mnie" ;)) , w którym jedynie przegląda się zdjęcia, nie wiedząc, czego dotyczy sam post, w świecie, który sprowadza się do wzajemnego napędzania sobie statystyk. Gdzie do cholery podziało się to prawdziwe blogowanie?

Do zobaczenia w moim starym-nowym świecie! Trzymajcie się cieplutko! :)
Jesień ma dwa oblicza. Jedno, które zaklina niższe temperatury, tańczy z przeszywająco zimnym wiatrem i zaszczepia w nas brak chęci do wychylenia nosa zza cieplutkiej pierzynki. Drugie, z kolei, kocha się w złotych, słonecznych porankach i leniwych wieczorach spędzonych w towarzystwie książki, śliwkowej tarty i gorącego kakao. 

I choć jesieni bez wątpienia nie brakuje uroku, niektórzy popadają w podły nastrój już na sam widok  kalendarzowej przypominajki: 23 września. Imieniny Tekli i Bogusława. Początek kalendarzowej jesieni. A tam Tekla, a tam Bogusław. To już jesień?! Zatem chowamy swoją letnią opaleniznę pod znienawidzonym, rozciągniętym swetrem, a urozmaicone letnie posiłki zastępujemy kulinarną nudą - dokładnie taką jak w piosence: "Jutro znowu będzie pomidorowa zrobiona z rosołu z wczoraj. A jutro znowu będzie pomidorowa..." :>

Tak, sugeruję, że bardzo często sami wpędzamy się w tą słynną melancholię i inne dziwne stany zarezerwowane tylko dla jesieni. A może by tak zamiast taplać się w tej jesiennej zamule, zrobić coś pożytecznego i pozytywnego za razem? Przygotowałam dla Was kilka propozycji:

1. Gdyby jesień była kolorem, pewnie miałaby na imię Bordo, Khaki albo Beż. 

Dlatego zakładasz bordowy szal, który podkreśla Twój świńsko-różowy za sprawą kataru nosek, otulasz się beżowym oversize'owym płaszczem, w którym czujesz się jak wielki słój musztardy, który pomimo atrakcyjnej ceny nie może się sprzedać od ponad dwóch miesięcy, a żeby dopełnić swoją niesamowitą stylizację zakładasz niemodne od trzech sezonów buty w kolorze zgniłej zieleni, która kojarzy Ci się jedynie z apetycznymi procesami gnilnymi. Podsumowując, jesteś wielką różową musztardą po dacie ważności. I wszystko jest w najlepszym porządku dopóki spełniasz się w tej roli. Gorzej jednak jeśli wolisz być soczystą, skąpaną w letnim słońcu truskawką albo wiosenną trawą. I chciałabyś okręcić się cudownie miękkim szalem w kolorze groszku. Ale nie, nie zrobisz tego. Jesień to jesień - rządzi się swoimi prawami, dlatego z łezką w oku zerkasz na swoje odbicie w lustrze przypominające produkt uboczny spacerków  z Azorem :). Odpuść sobie i pozwól żywym kolorom wprowadzić się do Twojego życia na stałe. Kochasz czerwień, trawiastą zieleń i intensywny róż? Przecież nie musisz z nich rezygnować! Nawet mały akcent w postaci szala, rękawiczek czy czapki w ulubionym kolorze potrafi zdziałać cuda.

2. Jesienne wieczory, czyli łzawe teksty Edyty Bartosiewicz w akompaniamencie życiowej beznadziei.

Pozytywnie, czyli tak jak lubię!  A może by tak zmienić płytę na coś nieco bardziej energetycznego od  "Kroplą deszczu" Gabriela Fleszara? Muzyka ma naprawdę ogromne znaczenie. Nie bez powodu w leczeniu różnych schorzeń wykorzystuje się muzykoterapię. Nie musisz być ciężko chora ani pod opieką specjalisty, by się przekonać o jej zbawiennym działaniu. Odpal przyjemną składankę i pozwól pozytywnym myślom płynąć!

3. Jesień = zabójca relacji + odżywka dla nudy

Boże, Bożenko, znowu nic Ci się nie chce. Ani wstawać do pracy o 05:00 ani golić nóg co drugi dzień. (Chcesz upewnić się, że to już koniec lata? Stan kobiecych nóg prawdę Ci powie :D) Liczysz się tylko Ty, Twój podły nastrój i łóżko, z którego najchętniej byś nie wychodziła. Nawet jeśli paczka dobrych znajomych wyciąga Cię do kina lub na meksykańskie obżarstwo. Nie przekona Cię nawet wizja randki z przystojniakiem z nowej pracy. No bo jak tu się wystroić w taką pluchę? Połączenie małej czarnej i gryzących, babcinych rajstop ściągających się do kolan raczej nie jest sexy. I wcale Ci się nie dziwię, bo sama jestem jesiennym domatorem. Ale bycie domatorem nie oznacza zawieszenia wszystkich relacji. Jesień to idealny czas na domówki! Wspólne gotowanie i oglądanie głupkowatych komedii z przyjaciółmi. To również dobry czas na romantyczne wieczory z ukochanym. Wspólne wylegiwanie się pod polarowym kocem i planowanie kolejnych wakacji, gdy w powietrzu unosi się otulający, korzenny zapach świec to niezły antydepresant :). 

Mam nadzieję, że dzięki moim pomysłom jesień stanie się dla Was nie tylko mniejszym złem, ale również czymś przyjemnym ♥. Trzymajcie się cieplutko bez względu na temperaturę za oknem!
Dzień dobry, Październiku! Skoro już jesteś to znak, że czas na wrześniowe podsumowanie w postaci foodbooka. No to zaczynamy! Nieco ponad miesiąc temu obchodziłam swoje 23 urodziny i właśnie z tej okazji zostałam obdarowana cudownymi smakołykami. Muszę przyznać, że w tym roku TŻ przeszedł samego siebie:


Czy Wy to widzicie? Facet nie będący cukiernikiem zrobił ot tak pierwszy w swoim życiu tort - tort, który wyszedł Mu idealnie. Znakomicie wyważona słodycz kremu, równiutkie spody, kokosowy smak i piękny wygląd - to najlepsze odzwierciedlenia tego, czym objadałam się dobre 2-3 dni. Jak tak dalej pójdzie, to...nie mogę się doczekać kolejnych urodzin (: Mogłoby się wydawać, że to już koniec niespodzianek, ale na stół wjechała pizza, czyli klasyka w naszym związku. "Pizza - to u nas rodzinne" - parafrazując słowa z reklamy kiepskiej jakości herbaty ;). 


Dzięki Bogu urodziny nie są codziennie. Gdyby tak było, na moim instagramie (klik) moglibyście teraz podziwiać puszystą kulkę :). We wrześniu nie zabrakło również kuchni indyjskiej, która niestety nie należy do lekkostrawnych. Poniżej możecie zobaczyć alu koftę, czyli moje ukochane wegańskie pulpeciki na bazie kalafiora i ziemniaków. Baaardzo aromatyczna i pikantna przekąska ♥. Kto nie próbował, ten gapa! 


Jesienny chłód sprawił, że z podkulonym ogonkiem wróciłam do rozgrzewających potraw. Jedną z moich ulubionych jest pomidorowa zupa-krem mojego autorstwa. Jeżeli chcecie poznać mój sekretny przepis, odsyłam Was na instagrama: klik


W ubiegłym miesiącu zrobiło się bardzo pomidorowo. Pomidory świeże i duszone, passata to składniki, które często lądowały na moim talerzu - chociażby w towarzystwie ciemnego makaronu.


Rozkochałam i rozgotowałam się na dobre w kuchni wegańskiej/wegetariańskiej. Na zdjęciu musztardowe paszteciki. 


Wrzesień był również bardzo zielony, a to wszystko za sprawą szpinaku. Kręciłam owocowe koktajle jak szalona :).



Rybka z piekarnika również miała swój dzień.


30 września - Dzień Chłopaka (czyt. Kosmetyczna Studnia do garów, a właściwie do piekarnika :)


Kochani, to by było na tyle. Jeżeli jednak wciąż czujecie niedosyt, to odsyłam Was na mojego instagrama: @kosmetycznastudnia, na którym znajdziecie jeszcze więcej dobrego jedzenia, a dodatkowo dowiecie się, co u mnie słychać i co mnie inspiruje. Trzymajcie się cieplutko i do napisania! ♥